Nad moją głową zadzwonił budzik, obwieszczający koniec błogiego snu i powrót do szarej rzeczywistości. Zła, że ktoś, lub w tym wypadku coś, śmie przerywać mi drzemkę, nie otworzywszy nawet oczu, po omacku sięgnęłam po wydający irytujące dźwięki przedmiot i cisnęłam nim o podłogę. Przymknął się. Przewróciłam się na drugi bok, naciągnęłam kołdrę na głowę i modliłam się o jeszcze chociaż 5 minut. Mimo, iż zaciskałam oczy z całej siły, nie udało mi się jednak ponownie zasnąć. Wkurzona obróciłam się z powrotem na plecy, zwaliłam z siebie kołdrę i gwałtownie otworzyłam oczy. Nade mną znajdował się biały sufit, po którym chodziła mucha.
- Ech, nadojeła żyzń... - mruknęłam, zsuwając się z łóżka. Tak, znam sporo języków - to akurat był ruski. Matka wysyłała mnie kiedyś na dużo dodatkowych zajęć, więc siłą rzeczy czegoś się nauczyłam, bardziej z przymusu, niż z własnych zainteresowań. Nie używam ich jednak na co dzień. Właściwie trudno oczekiwać bycia poliglotą od osoby, która raczej nie mówi. Odnoszę wrażenie, że więcej gadam do siebie, niż do wszystkich ludzi na świecie razem wziętych. Odpowiada mi to.
Otworzyłam szafę i zlustrowałam ją krytycznym wzrokiem, machinalnie opierając ręce na biodrach. Natychmiast zdecydowałam się na czarne, wąskie, skórzane spodnie i niemniej czarną koszulkę z logo Green Day - jednego z najlepszych zespołów USA, lub nawet świata, ever.
Po kwadransie miałam już ubrania na sobie. Z maskarą w ręku rozpoczęłam poszukiwanie butów, które gdzieś się zapodziały. Czarne, gustowne obuwie do pół łydki miało zostać zwieńczeniem stroju. W końcu, gdy zdążyłam się już podminować, znalazłam je pod łóżkiem. Odziałam nogi i wróciłam do łazienki, by dokończyć malowanie. Oczy pociągnęłam grubą warstwą eyelinera, a usta - krwistoczerwonej szminki.
Weszłam do pokoju, rzuciłam niedbale piżamę na łóżko i już miałam wychodzić, zgarniając po drodze torbę z książkami, gdy uświadomiłam sobie, że czegoś zapomniałam. Znów stanęłam przed szafą. Podniosłam kupkę koszulek i wyjęłam spod niej dwudziestocentymetrowy sztylet. Wetknęłam go za pas i zakryłam koszulką. W towarzystwie, w którym obracałam się od kilku lat, takie uzbrojenie było czymś obowiązkowym. Sypiam w łóżku z maczetą... Teraz co prawda nikt nie czai się na mnie za rogiem, ale przyzwyczajenie pozostało.
Zeszłam po schodach na dół. Nie miałam jednak zamiaru iść do stołówki, gdzie cały akademik jadł pierwsze śniadanie. Starając się nie wzbudzać podejrzeń, skierowałam się na dwór, a tam natychmiast odeszłam za budynek. Ryzyko zauważenia przez kogokolwiek niewielkie - w końcu wszyscy jedzą. Wyciągnęłam z torby paczkę fajek i, jeszcze raz upewniwszy się, że nikt nie widzi, odpaliłam jedną z nich. Wciągnęłam dym głęboko w płuca, potrzymałam chwilę i wypuściłam. Niebanalne uczucie... Szybko wypaliłam całego papierosa, rozkoszując się przejmującą władzę nad moim ciałem nikotyną, po czym wyrzuciłam go przez ogradzający posesję płot. Miałam jeszcze na później coś mocniejszego, ale to na obiad...
Wróciłam do Wolfind, podeszłam do jakiegoś stolika i zajebałam kolesiowi z talerza świeżo zrobioną kanapkę z serem.
- Co ty robisz?! - obruszył się.
- Bozia rączki dała? Zrób se drugą - warknęłam i zaczęłam bezwstydnie jeść.
- Świruska - prychnął. Bez ostrzeżenia chwyciłam go za koszulę wolną ręką i podniosłam, wpatrując się w niego z mieszaniną odrazy i gniewu. - Puść mnie, idiotko! - krzyknął, ale w jego oczach dostrzegałam strach.
- Szkoda energii - mruknęłam i rozluźniłam uścisk. - Następnym razem przemyśl - dałam mu życzliwą radę, ukazując nożyk pod bluzką, po czym ruszyłam do wyjścia ze stołówki, a następnie z akademika, jedząc nadal swoją kanapkę. Nagle ktoś na mnie wpadł, a śniadanie wylądowało mi na koszulce. Czarne tło zbrukane było masłem.
- Jak łazisz oszołomie?! - krzyknęłam.
Ktoś? A spróbujcie napisać, że Roki była miła i powiedziała komuś, jak ma na imię .. (lub w ogóle coś powiedziała) -.-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz