poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Nie podlizuj się - mruknęła Kat i zajęła się leżącą na łóżku lalką.
- To w końcu jak go nazwiemy? - zapytałem obserwując jednocześnie, z jaką szybkością i łatwością moja dziewczyna zakłada memu synowi pampersa i ubiera go w miniciuszki.
- Liczę na twoją inwencję - oznajmiła. Wzięła bobasa na ręce i zaczęła spacerować z nim po pokoju.
- Stuart. Stuart Malutki - palnąłem pierwsze, co przyszło mi na myśl. Przed oczyma stanął mi obraz białej myszki w sweterku.
- Jak zwykle można na ciebie liczyć - westchnęła. - Co powiesz na Simon?
- Może być - zgodziłem się. - To jak się dzielimy? Ty w nocy, ja w dzień? - wyszczerzyłem zęby.
- Nie ma opcji. Ja też chcę się wyspać, Chris - spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- No ja wiem, no... - jęknąłem. Podszedłem do dziewczyny i bezceremonialnie ją pocałowałem.
- Chris... Trzymam... dziecko - jej słowa przerywało penetrowanie ust przez mój język. W końcu przełożyła lalkę do jednej ręki, drugą zaś położyła mi na policzek i zaczęła rozkoszować się chwilą.
Po kilkudziesięciu sekundach pocałunku Kat oderwała się nagle ode mnie, jakbym zamienił się w żabę. Odruchowo spojrzałem na moją dłoń i z ulgą stwierdziłem, że nie jest zielona. Stwarzało to jednak kolejny problem: czemu dziewczyna zrezygnowała z całowania mnie.
- Chris... To się nagrywa...
Palnąłem się w czoło. Istotnie lalka miała dyktafon, a nie można się nie zgodzić, że pocałunkom towarzyszy megagłośne mlaskanie. Spojrzałem na zadanie domowe z chęcią mordu.
- Pozdrawiam panią Montez - powiedziałem do plastikowego brzuszka.
- Śmiechłam - parsknęła Kat. Ja również zacząłem się śmiać. Naszą euforię przerwał płacz dziecka.
- Co tym razem? - spytałem dziewczynę, choć pewny byłem, że wie tyle, co i ja.
- Jest głodny - oznajmiła z miną znawcy.
- Skąd wiesz? - zapytałem zdziwiony.
- Jestem jego matką, wiem takie rzeczy - żachnęła się.
- No dobra, a tak serio? Skąd wiesz?
- Proste. Dzisiaj jeszcze nie dostał - dziewczyna spojrzała na mnie jak na idiotę.
- No tak, tak, pani mądra. Idź, karm synalka, bo uszy mi odpadną!
- Może ty byś coś zrobił chociaż raz?
- Co ja jestem?! To twoje zadanie!
- Trzeba było nie robić sobie dzieci!
- To ty go urodziłaś!
- To twój plemnik!
Akompaniament dla naszej kłótni stanowił ryk dzieciaka. Nic nie wskazywało na to, by miał się uspokoić, a i Kat nie paliła się do jego przerwania.
- No i co robisz? Bierz się za to!
- Nie wiedziałam, że jestem twoją służącą, Cambell! Skoro tak, to weź dziecko i ja wychodzę! Zobaczymy, co potrafisz, bo jak na razie tylko się drzesz!
Katniss z wściekłością wymalowaną na twarzy wcisnęła mi wydzierającego się Simona do rąk i odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia.
- Nie! Czekaj, Kat! Ja przepraszam!
- O nie, tatuśku! Teraz to możesz mnie pocałować w piętę!
Żoneczka opuściła pokój z trzaśnięciem drzwiami. Nie było sensu jej gonić. Oboje musieliśmy ochłonąć, skoro poszło nam o lalkę. Spojrzałem z bezradnością na małego krzykacza. Z jego torby wyjąłem butelkę i wetknąłem do dzioba. Dziecka, nie mojego. Zapanowała błoga cisza. Westchnąłem. Bobas zamknąwszy oczy ciamkał smoka. Matko... Jeśli Katniss będzie chciała mieć ze mną dzieci, to ten związek nie ma przyszłości.
Po jakimś czasie Simonek zaczął marudzić, czyli chyba się najadł. Odstawiłem butelkę na nocną szafkę i położyłem dzieciaka na moim łóżku celem odrobienia zadania z przebrzydłej matmy. Ledwo jednak wyjąłem zeszyt, Simon zaczął się odzywać. Z początku udawało mi się go ignorować, ale im dłużej to robiłem, tym głośniej przypominał o swojej obecności. W końcu cisnąłem zadanie na biurko i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Kat. Modliłem się, by odebrała, ale po dwóch sygnałach odrzuciła połączenie.
- Zołza - mruknąłem.
Bachor nadal płakał, a ja nie wiedziałem czemu. Zacząłem bujać go na ręku, nadal starając dodzwonić się do dziewczyny.
- No... No, odbierz, no... Kat... Katie... Kuńciu...
Za dziesiątą próbą - niespodzianka. Moje kochanie wyłączyło telefon! Ekstra normalnie! Młody nadal nie dawał za wygraną. Ma to po tatusiu. Rozpaczliwie zastanawiałem się nad przyczyną jego płaczu, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Jakiś promyk nadziei rozświetlił moje nieciekawe położenie. Czyżby Kat? Pewnie nie, ale może chociaż osoba, która będzie potrafiła przerwać zawodzenie lali! Jak na skrzydłach podbiegłem do drzwi i otworzyłem je.
- Dzieńdoberek, świeżo upieczony ojcze - uśmiechnął się Ethan.
- Idziesz grać? - dodał Mike.
- Przecież nie mogę - wskazałem głową na trzymanego potwora.
- A mamusia gdzie?
- Kat się obraziła - przyznałem niechętnie.
- Pierwszego dnia? Ooo... To masz przesrane - stwierdził Ethan nie mogąc powstrzymać się od brechtu.
- Nie pomagasz - burknąłem.
- Czemu on tak ryczy? - spytał Mike.
- No nie wiem!
- Przewijałeś go?
- Kat go przewijała.
- Dałeś mu coś jeść? - koledzy ścigali się w zadawaniu pytań.
- Taki tępy to nie jestem.
- A beknęło? - zapytał Ethan?
- Jezus, chuj go wi...
- Patrz.
Ethan wyciągnął ręce po bobasa. Położył go sobie pionowo na torsie tyłem do nas. Rozległ się głośny bek i płacz ucichł.
- Szacun, stary - Mike poklepał go po plecach.
- Skąd wiedziałeś?
- Mam rodzeństwo. To co, panowie, skoro ten problem mamy rozwiązany, śmigamy na boisko?
- No nie mogę! - czy tym debilom nic się nie da przetłumaczyć?
- Dzieciak śpi, zostaw go tu - Michael wzruszył ramionami.
- Ona mnie zabije - wycedziłem przez zęby.
- To weź go ze sobą. Niech się od małego uczy.
Kumple spoglądali na mnie wyczekująco. Spoglądałem to na nich, to na bobasa, bijąc się z myślami. W końcu to tylko lalka...
- Dobra, chodźcie - zgodziłem się. Zamknąłem jeszcze tylko drzwi na klucz i zeszliśmy na boisko. Było pusto, posadziłem więc Simona na ławce i rozpoczęliśmy mecz: ja i Ethan na Michaela. Było całkiem słonecznie, czuć było już nadchodzące powoli lato. Właśnie robiłem spektakularny wsad, kiedy powietrze przeszył groźny krzyk:
- CAMBELL!
Tak się zląkłem, że spierdoliłem sie z kosza prosto na plecy. Kumple zaczęli zwijać się ze śmiechu, tymczasem sprawczyni mojego wypadku - Katniss Everdeen we własnej osobie - podbiegła do dziecka i chwyciła je na ręce. Poleżałem trochę, obserwując niebo i zastanawiając się, czy żyję, a stwierdziwszy, że jednak tak, powoli podniosłem się na nogi. Żebra bolały jak diabli.
- Czy ty jesteś normalny? - dziewczyna natychmiast znalazła się przy mnie. - Jak mogłeś zostawić go bez opieki?! I w ogóle za cienko go ubrałeś! Jesteś nieodpowiedzialny, Cambell!
- Chyba mi żebra popękały - oznajmiłem jej, zamiast szukać dla siebie jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Trzymałem się kurczowo za brzuch, a stałem lekko zgarbiony.

Kat? :D Nawiasem mówiąc ziomek z mojej klasy tak jebnął i serio mu żebra popękały ^^

Sun Shine: Od Ethana cd. Prady

- Powiedziałem, że nie ma sprawy - uśmiechnąłem się do ślicznej, ciemnowłosej dziewczyny.
- Aha - odpowiedziała głupkowato. Zaśmiałem się.
- A gejem nie jestem.
- Skąd ty... A, nieważne - mruknęła.
- Jakaś taka zmarnowana jesteś. Ciężka noc?
- Nie. Tylko ostry dyżur - wzruszyła ramionami.
- Rzeczywiście "tylko" - powiedziałem z sarkazmem. - Można wiedzieć, co się stało?
- Jak już musisz - westchnęła. - Zahaczył o mnie rozpędzony ścigacz - powiedziała, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Nieźle - przyznałem. - I tak spokojnie o tym mówisz?
- Przecież przeżyłam...
- To się nazywa optymistyczne podejście.
- Jak dla kogo - odpowiedziała. Rozmowa chyba zaczynała ją nudzić.
- Jesteś na profilu muzycznym, prawda?
- Tak...
- Ja też - uśmiechnąłem się.
- Cudnie...
- Tańczysz, śpiewasz, czy... - starałem się jakoś rozkręcić konwersację.
- Głównie tańczę.
- O, to fajnie. Jaki styl?
- Taniec na rurze - uśmiechnęła się dumnie. Wytrzeszczyłem szeroko oczy.
- No, no, podziwiam.
- Poważnie? - dziewczyna spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem. - Nie uznasz mnie za dziwkę, puszczalską, czy chuj wie, co jeszcze?
- Coś ty! Taniec na rurze to spory wysiłek. Sztuka taka sama, jeśli nie większa, jak hip-hop czy house.
- Dzięki - jej twarz znów rozjaśnił promienny uśmiech. - A ty?
- Ja... Wszystko. Tańczę, śpiewam... I gitara.
- Pospolite - prychnęła.
- A ty na czymś grasz?
- Kiedyś grałam na skrzypcach. Ostatni raz na pogrzebie mamy...
- Ooo... Tak mi...
- Przykro, wiem - przerwała mi. Spojrzałem na nią przekrzywiając głowę. Specyficzna osóbka. - Dobra, ty... Jak ci tam?
- Ethan.
- Prada - skinęła głową. - Więc, dobra, Ethan, bardzo miło się gadało - wiedziałem, że nie - ale muszę spadać. Się składa, że wszystko mnie boli, a muszę nadrobić zaległości z dzisiaj.
- Spoko. Ja jeszcze mam do odrobienia zadanie z chemii. Spróbuję je zrobić przynajmniej. Ten przedmiot to dzieło szatana.
- Serio? Ja uwielbiam chemię! - wypaliła, a zaraz potem zrobiła minę, jakby pożałowała swoich słów.
- O... - nerwowo podrapałem się po karku. - To może miałbym do ciebie prośbę... Pomogłabyś mi?

Prada? Krótkie i nudne ;_;

niedziela, 29 czerwca 2014

Wolfind: od Iggy CD Chris'a

-Poloow? Oho, zabawne-mruknęłam ustawiając się na pozycji przyjmującej. Chris poszedł na serw, Kat na atak. Reszta się tam poustawiała jak chciała. Drużyna Mike'a zaczynała.
Poloow wybił piłkę, która poleciała w moją stronę. Podskoczyłam i przebiłam. Odebrała Angie, przebiła do nas. Kat, ja i jeszcze jedna dziewczyna zrobiłyśmy blok i wbiłyśmy punkt. Wygraliśmy 15:13.
Potem z drużyną Baker'a, gdzie również wygraliśmy, tylko ostatni z drużyną Monroe'a przegraliśmy jednym punktem, ale jak dla mnie nie policzyli nam jednego punkta, kiedy Sierra próbując odbić przebiła na sąsiednie boisko.
Dostaliśmy po A do dziennika, a kiedy była przerwa i wyszliśmy z sali widziałam jak Chris podchodzi do Kat i się z nią migdali. Przesmaczne...
-Oooo...urocze-mruknęłam.
-Iggy zazdro?
-W twoich snach, Cambell.
-W moich snach się nie pojawiasz, przynajmniej nie w tych przyjemnych. Prędzej jako zmora z najstraszniejszych koszmarów.
-Ej, o co wy się tak żrecie!?-zirytowała się Kat.
-Więc widzisz, Everdeen-przed lekcją w szatni wydarzyło się coś bardzo ciekawego...
-ZAMILCZ NA WIEKI, PRZEKLEŃSTWO MEGO ŻYCIA!-wydarł się Chris.
-Coś tak ciekawego, że aż wartego żeby o nim mówic...
-CO JA CI POWIEDZIAŁEM, KOBIETO!?-przyskoczył do mnie, próbując zatkać mi usta, ale ja przytrzymałam jego rękę, bo wiedziałam, że przy obecnej aparycji nie uchroniłabym się przd nim siłą. Przesunęłam się pod jego ramieniem i ciągnęłam:
-Ogarnij się, Cambell. W końcu dla mnie też mogłoby się okazać krępujące, że ty mnie...
-JAPA, NYTAL BO CIĘ ZABIJĘ!
-O czym ona mówi, Chris!?-zagniewała się Kat.
-Powodzenia w dalszym związku życzę-uśmiechnęłam się złośliwie-A ja przecież nic jej nie powiedziałam.
-Spłoniesz-powtórzył moje słowa chłopak, i to jeszcze bardziej ponuro.
W tym momencie zadzwonił dzwonek na lekcję.
-Zemszczę się-syknął w moją stronę i ruszył do sali. Ja i Kat mrugnęłyśmy do siebie porozumiewawczo.
~~*~~
-Nytal, odbieraj!
Odbiłam dołem, albo raczej próbowałam, bo Cambell mnie podciął, a tamci zdobyli punkt.
-No i co ty robisz, imbecylu!?
-Ostrzegałem, że się zemszczę-wzruszył ramionami.
-Jesteśmy w tej samej drużynie!
-Ale ciebie przy okazji noga boli.
Żelazna logika. Nie odpowiedziałam.
~~*~~
Przez czynniki bliżej nieokreślone(Ychy, ychy, ychy, Cambell!) przegraliśmy wszystkie mecze, jakie zagraliśmy.
-Teraz czas na szczerą rozmowę, Chris-powiedziała poważnie Kat-I chcę, żeby Iggy przy tym była.
Na długiej przerwie poszliśmy we trójkę za szkołę, a Chris wszystko sam opowiedział.
-Ale to tak z głupoty. Ty jesteś najlepsza i przekochana!
Kat udawała złą, ale po chwili nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. Przybiłam z nią piątkę, a Chris nic nie rozumiał.
-Co, ale jak wyy...?
-Opowiedziąłam jej wszystko przed pierwszym meczem. Chciałam ci odripostować się za napastowanie mnie w szatni. I przyznaj, wyszło przekonywująco.
-Nie gniewasz się co? Uznaj to za taki jakby mały zamiennik mojego focha z powodu oglądania majtek innych dziewczyn-Kat przytuliła się do chłopaka, a ja (nie)dyskretnie udałam, że rzygam.

Chris?

Sun Shine: Od Chrisa cd. Iggy

- Czubek - prychnęła Iggy, ale uśmiechnęła się słodko.
- Dobra, wiaro! Krwawa bitwa z siatką zakończyła się sukcesem - tu Sherry znacząco spojrzał na Roxanne, która nie wyglądała na speszoną ani zawstydzoną, wręcz przeciwnie: promieniała radością z racji, iż zdołała zwrócić na siebie uwagę - więc gramy. Przed meczem krótka rozgrzeweczka. Dziewczyny po tej stronie siatki, chłopaki po tamtej - nauczyciel zatarł ręce. - Każda para bierze piłkę i odbija między sobą: najpierw górą, potem dołem, na koniec serwy. Wszystko jasne? Na mój gwizdek!
Wuefista podniósł w górę rękę, by opuścić ją w momencie, kiedy gwizd przeszył powietrze. Niemalże idealnie równo kilkanaście piłek przekroczyło rozwieszoną siatkę. Nytal jest dobra z wuefu, nie ma co. Ja ogólnie uwielbiam ten przedmiot, ale nie dla mnie takie dziewczyńskie sporty. Mimo tego nie jestem taki znowóż tragiczny, nieskromnie więc powiem, że para była z nas świetna. Para do ćwiczenia oczywiście.
Nagle mój wzrok przykuł zabawny widok: po mojej prawej ćwiczyły Roxanne i Ann. Rozbrajają mnie dziewczyny, które tak "szaleją" za siatkówką, a nawet nie potrafią prawidłowo zaserwować ani przyjąć podania. Właśnie śmiałem się z Roxanne, która, podejmując próbę odbicia piłki, podskoczyła i nie wycelowała w nią, kiedy zostałem zdzielony w pysk. Gwałtownie się odwróciłem. Iggy śmiała mi się w pysk. Śmiała się? Zaśmiewała do rozpuku, trzymając się za brzuch i zginając w pół.
- Nie śmieszne - burknąłem udając śmiertelnie obrażonego i masując bolące miejsce.
- Gdybyś się tak nie ślinił na blond panienki obok, to zauważyłbyś piłkę lecącą wprost na twój ryj - pouczyła mnie.
- Się nie gapię - mruknąłem.
- Masz tu coś czerwonego - Iggy dotknęła swojego policzka. Nadal nie mogła powstrzymać rechotu.
- Tak? No popatrz - powiedziałem z ironią.
- To za oglądanie moich gaci - wydęła policzki. Odwróciłem się z niepewną miną w stronę Kat. Grała w najlepsze z Michaelem i nie dosłyszała uwagi Igelle. Na całe szczęście, nawiasem mówiąc. - Uuu... Pan Wszystko Mi Wolno boi się dziewczyny? - zapytała fioletowowłosa z przebiegłym uśmieszkiem, po czym zawołała: - Hej, Kat!
Omal nie przewracając się o rozwieszoną siatkę dopadłem do Nytal i zatkałem jej usta dłonią. Coś tam gadała, ale rzecz jasna nie rozumiałem. Nagle poczułem na dłoni coś mokrego. Szybko ją zabrałem. Ośliniła mnie! Nawiasem mówiąc była z tego faktu bardzo zadowolona.
- Fuj - skrzywiłem się i wytarłem rękę o jej koszulkę.
- Zabierz to - przejechała dłonią po swojej koszulce, a następnie po mojej.
Jeszcze przez chwilę "oddawaliśmy sobie" jej DNA, po czym wuefista zauważył, że się odrobinę obijamy i kazał nam zebrać wszystkie piłki prócz jednej, którą mieliśmy za chwilę grać mecz.
- Tak w ogóle to nic bym jej nie powiedziała, młotku - syknęła Iggy, kiedy wrzucaliśmy piłki do schowka.
- No nie wiem, nie wiem - wyszczerzyłem się.
- Cambell, Nytal, ruchy! Gramy mecz. Ilu was jest... - nauczyciel szybko przeliczył w myślach stan klasy. - Idealnie, robimy cztery drużyny mieszane i każdy gra z każdym jeden set do piętnastu punktów. Drużyna, która wygra najwięcej meczów otrzymuje cząstkowe A. Pytania? Nie? Znakomicie! Cambell, Poloow, Baker, Monroe, zapraszam na środek - wybieracie drużyny.
Wraz z trzema kolegami ustawiliśmy się w rządku obok nauczyciela. Pierwszy wybierał Mike.
- Angie - uśmiechnął się z satysfakcją, miał wszak możliwość wybrać kapitankę szkolnej drużyny.
- Sierra - bez wahania wybrał Ethan.
- Eveline, chodź - Stu skinął głową na blondynkę.
Wszycy wybierali członkinie drużyny, więc zaskoczyło, kiedy wypaliłem:
- Iggy.
Z triumfem na twarzy fioletowowłosa stanęła koło mnie. Leciała druga kolejka.
- Nicole.
- Prada.
- Sue - mruknął Baker.
- Kat - uśmiechnąłem się szeroko zadowolony z faktu, że nikt nie podpierdzielił mi laski.
Kiedy drużyny zostały utworzone (i muszę pochwalić się, że ani Roxi, ani Ann nie przypadła mnie), kapitanowie - czyli i ja - zagrali w kamień, papier, nożyce, by ustalić kolejność rozgrywek. Wypadło na to, że najpierw gramy my przeciwko drużynie Michaela.

Iggy? Albo ktokolwiek z klasy xD

Odchodzi!


Żegnamy Jennifer Cardio z Sun Shine!

sobota, 28 czerwca 2014

piątek, 27 czerwca 2014

Wolfind: Od Mike'a do [ktoś?]

Obudziłem się normalnie, jak zwykle to jest mam dwadzieścia minut do zajęć. Stwierdziłem, że coś jest nie tak. Ach, Kapucynka nocuje dziś u Angie. Dlatego nie obudziłem się w środku nocy.
Wszedłem do łazienki.

Otworzyłem szafę w poszukiwaniu czystych ubrań. Kapelusz kowbojski, który tam znalazłem już dawno powinien być w śmietniku. Rzuciłem go na środek pokoju. Nie był tam sam. Puszka, brudne skarpetki, jakaś bluza, talerz... I papierek po batonie.
Znalazłem znośną koszulkę. Ubrałem ją, dorzuciłem jakieś spodnie, skarpetki i buty. Wziąłem torbę, zarzuciłem przez ramię. Spakowałem ją wczoraj. Wyszedłem z akademika. Na podwórzu było pusto. Pewnie wszyscy byli już dawno w środku. Po chwili znalazłem się w szkole. Na korytarzu było dziwnie pusto... W sumie jak zwykle gdy tu przychodzę. Zawsze się spóźniam i wszyscy są już w klasach. Dzisiaj też tak było. Zerknąłem na tablicę informacyjną gdzie wisi plan lekcji poszczególnych klas. Pierwsze są wuefy. Mój żywioł. Na szczęście spakowałem się na te zajęcia. Zawróciłem i ruszyłem w stronę sali gimnastycznej. Nie była daleko, aczkolwiek gdyby lekcja była w szkole, a nie na niej, spóźniłbym się mniej. Wpadłem na salę.
- Znów za późno, Poloow! - wydarł się Sherry - Czy ty musisz się spóźniać nawet na wychowanie fizyczne? Biegnij do szatni się przebierać!
Wuefista machnął ręką ze zrezygnowaniem.
Odwróciłem się na pięcie.
Dwie minuty później stawiłem się na zajęciach.
- Gramy dziś w kosza? - zapytałem wiążąc sznurówki.
Nauczyciel uśmiechnął się.
- Tak... - powiedział szybko.
- Super. Widzę, że chłopaki zaczęli już rozgrzewkę. Dołączę do nich. - ruszyłem w stronę rozgrzewających się kolegów.
- Nie tak szybko. Ty nie grasz. - podniósł lekko kąciki ust.
- DLACZEGO? - wytrzeszczyłem oczy.
- Popatrz tam - wskazał na grupkę dziewczyn - ćwiczą podania, odbijanie, takie tam. Siatkówka. Jedna z nich nie ma pary...
- Mam ćwiczyć z nimi? - uniosłem brwi.
- A dlaczego nie?
- Jestem kapitanem drużyny koszykówki męskiej - powiedziałem wyniośle - muszę grać z nimi!
- Ale się spóźniłeś. Bez gadania, marsz do dziewczyn!
Niechętnie i powoli podszedłem do ćwiczących lasek.
- Słyszałem, że któraś z was nie ma pary! - błysnąłem ząbkami.

Jakaś dziewczyna, której nie zna Mike, poproszę ;*

Wolfind: od Angie CD Michael'a

-Koniecznie chcesz mi podcinać skrzydła?
-Obawiam się, że nie mam wyboru. Life is brutal, często kopas w pupas and full of zasadzkas-stwierdziłam i przechwyciłam Kapucynkę po czym wróciłam do pokoju
~~*~~
-Pij, Kuńciu. Dobrze ci to zrobi-mówiłam wtykając w otwór gębowy lalki smoczek od butelki. Mówiłam czułe zdania głównie z powodu mikrofonów i żeby babka od WDŻ stwierdziła, że chociaż ja nadaje się na rodzica. Dobra ocena czasem się przyda.
~~*~~
Następnego dnia przekazałam Kapucynkę Mike'owi.
-Powodzenia z małym szatanem-syknęłam złośliwie i oddaliłam się w stronę pokoju.

Mike? Nudne i krótkie ;-; najgorsze w mej karierze

wtorek, 24 czerwca 2014

Wolfind: Od Michael'a cd. Angie

- Dobrze dzieci! Cisza! - darła się nauczycielka - Jesteśmy na matematyce, a nie na przerwie!
Istotnie, byliśmy na matematyce. Krzyczeć to my nie krzyczeliśmy (jak myślała pani), ale to Kapucynka się darła. Wszystkie głowy zwrócone były ku Angie. Wyobrażałem sobie co ona musi teraz czuć. Z racji, że nigdy nie przejmowałem się zbytnio uczuciami innych, Angie patrzyła na mnie groźnie. Reszta śmiała się, zatykała sobie uszy bądź pomagała biednej pani Poloow. Takich było raczej mało. No, dwóch. Błagałem by do nich nie dołączyć, ale gdy matematyczka zorientowała się, że to nasz projekt z WDŻ jest przyczyną hałasu byłem zmuszony to zrobić. Moja partnerka odetchnęła z ulgą, gdy do niej podszedłem. Był jeden problem. Mianowicie ja - idealny ojciec - nie wziąłem ze swojego pokoju butelki. Przyczyną tego był nie kto inny jak... w sumie ja. Gdybym posprzątał w może chociaż wiedziałbym gdzie owa butelka się znajduje. Ale cóż. Katniss Cambell gotowa do pomocy. Butelka pofrunęła z jednego końca klasy do drugiego. Zręcznie ją złapałem i podałem Angie.
- Ale żeś się napracował... - mruknęła Ang, widząc, że szybko odchodzę do swojej ławki. W sumie pierwszy raz pragnąłem, aby wrócić do pisania zadania z matmy.
~~~
- W ogóle mi nie pomagasz! - wydarła się Angie po zajęciach.
- A kto złapał butelkę? Kto ostatnio przewijał? No kto?
- No ty... - przyznała niechętnie - Ale dziecko dzisiaj jest u ciebie! Zobaczymy jak sobie poradzisz!
Po tych słowach położyła mi dziecko na kolanach i wyszła, trzaskając drzwiami.
- Nie może być tak źle... - spojrzałem na lalkę.
Dopiero później przekonałem się jak bardzo się myliłem.
Obudziłem się około trzeciej nad ranem. TRZECIEJ! Kapucynka zaczyna robię się nieznośna. Niechętnie wstałem. Po pół godzinnych poszukiwaniach znalazłem butelkę i wcisnąłem ją lalce do ust. Albo raczej otworu gębowego. Tak, otwór gębowy to idealne określenie.
Po tej nocy lalka zasłużyła na miano prawdziwego demona.
~~~
Na szczęście dla mnie (I być może dla lalki) niańczenie małego potwora należało teraz do Angie. Oddając jej lalkę czułem się jak Zgredek, który dostał skarpetkę. Wolny. Wolny od Kapucynki!
- Nie ciesz się tak - powiedziała, widząc mój mimowolny uśmiech - jutro znów twoja kolej.

Angie?

Wolfind: od Angie CD Michael'a

-Spadaj-wystawiłam mu język.
-Ty, ale ty wiesz, że dziecko nagrywa od tego momentu, nie?
-Moja wina, że jestes patologicznym rodzicem!? Mamusia miała co do ciebie rację-udałam szloch.
-Nie rób z igły wideł, kobieto!-westchnął teatralnie.
-Ogarnij się Poloow. Co się robi z takim dzieckiem?
-A najważniejsze, jakiej jest płci?
~~*~~
Zapukałam do drzwi pokoju Mike'a. Otworzył po chwili.
-A ty dziwnie to coś trzymasz!-zawołał.
-Bo tak się trzyma dziecko, imbecylu.-warknęłam przepychając go i wchodząc do pokoju-Blee...ale ty tu masz chlew...w takich warunkach chcesz dziecko trzymać? Najpierw posprzątaj
Z odrazą podniosłam w dwa palce brudną skarpetkę leżącą na łóżku.
-Już mi rozkazujesz, pani Poloow?-uśmiechnął się głównie zębami, ale zaczął sprzątać, to jest ogarniać bałagan i regulować stopień radioaktywności poszczególnych elementów wystroju pomieszczenia wpychając je pod łóżko.
-No, znośnie-oceniłam w końcu i siadłam na jego legowisku. Nagle lalka zaczęła płakać.
-Ej? Co się dzieje?-zaniepokoił się Mike.
-Trzeba je przewinąć-odrzekłam spokojnie-Przy okazji dowiesz się jakiej jest płci.
-Nie będę analizował lalecznych genitaliów, kobieto!-wykrzyknął łapiąc się za głowę.
-Chyba jednak będziesz musiał, Poloow-warknęłam i wetknęłam mu lalkę-I głową do góry się trzyma
-Haha, ale śmieszne. Gdzie są akcesoria rozbrajaniowe?
-Tu mam-sięgnęłam do torby-Mam też zatyczki do nosa. Pomyślałam o wszystkim. Na pieluchach są nawet kolorowe obrazki. Kupiłam też dwa śpioszki, różowy i niebieski. Wiesz ile mnie kosztowało podejście do kasy i kupienie akcesorii dla noworodków, kiedy sama mam 15 lat?
-No nie wiem...tu jest metka, kosztowało cię to razem 12 dolców.
-Hahaha, zabawne. Przewijaj to coś tatuśku, potem się zastanowimy nad imieniem.
~~*~~
-Chłopiec czy dziewczynka?-spytałam rozbawiona, kiedy Mike wyszedł z łazienki.
-Dziewczynka...i śmierdzi autentycznie jak bobas...postarała się szanowna dyrekcja.
-Oooch...jak mi przykro. To jakie imię?
-Podoba mi się Genowefa.
-Jak spojrzałam na to coś to pomyślałam , że jest jak małpa. Kapucynka się będziesz zwać-orzekłam uroczyście.
-Kapucynka...Jest OK. Ma oczy po tobie-wzruszył się.
-Mhm, i mordę po tobie. Teraz cię ubierzemy, Kapuniu.
~~*~~
Na następny dzień(dziecko miało przebywać raz u mnie raz u Mike'a) obudził mnie dziecięcy płacz. Usypało się trochę piachu w klepsydrze zanim skojarzyłam, że robię projekt na WDŻ. A ryczy Kapucynka. Głodne toto jest. Niechętnie zwlekłam się z łóżka i chwyciłam szczelną butelkę z nadajnikiem podczerwieni w smoczku. Dzieciak nie pił, ale czujnikami w paszczy wykrywał, czy czuje smoka. Wtedy lalka zamykała oczy i wydawała z siebie odgłosy ssania i mlaskania.
-Nawet jesteś ładne.-stwierdziłam pocierając rączkę "dziecka". Wydało z siebie potulny dźwięk, coś pomiędzy jękiem a śmiechem.
~~*~~
-I jak nasz bobas, pani Poloow?
-Przestań mnie tak nazywać-wyciągnęłam lalkę z nosidełka, które nikogo nie dziwiło, bo chodziło po szkole więcej takich parek.-Kapcia odziana, nakarmiona i przewita. Teraz śpi. Zginę w katuszach najgorszych, jeśli toto się odezwie na majcy.
-Nie może być tak źle-przysunął się i mnie objął.
-Jeszcze zobaczysz, że może. Nie ty miałeś Kapeńkę na noc i zobaczysz rano.
-Chyba i tak nie zasnę. To trochę jak lalka z "Obecności", boję się, że w Kapinię wstąpi demon chcący zemsty za obciachowe imię.
-Jego problem, że wstąpił w ciało lalki imieniem Kapucynka. Co teraz mamy?
-Ja mam fotografię, ty nie wiem co.
-Śpiew...o mateńko, pewnie będziemy śpiewać kołysanki...
~~*~~
Następna była matma...

Mike? Co na matmie?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Lioneart: Od Kat cd. Chris

- Może Rumcajs? - powiedziałam starając się, aby zabrzmiało poważnie.
- Nie kalecz dzieciaka... - obruszył się. 
- To nie... - zbliżyłam się do lalki uważnie się przyglądając. 
- I tak uważam, że Chris Junior to najlepsze imię. - zaczął grzebać w plecaku w poszukiwaniu książki. 
- Bez przesady. Już Donatan lepsze! - delikatnie dotknęłam Na-razie-bezimiennego.
- Donat może od razu, co? - prychnął - Albo Pączek.
- Bardzo śmieszne - ironicznie zasłoniłam usta dłonią. 
- Pączek, pączek... Kumpel mi kiedyś opowiadał, że mówił przez sen. Zgadnij co! - wyszczerzył się. 
- Kocham Pączki i chciałbym wepchnąć je Chrisowi do ust, bo nie pomaga biednej Katniss w przewijaniu lalki i przeklina przy dziecku? - westchnęłam.
- Nie miałbym nic przeciwko. - uśmiechnął się delikatnie - Ale mniejsza. Mówił "Pączek. Pączek, pączek. Pączek, pączek, pączek. Pąąąączeeeek." - zaczął się głośno śmiać. 
- Nie zrozumiałeś przekazu? Pomóż mi! - syknęłam
- Nie krzycz przy dziecku - mruknął ledwo dosłyszalnie.
- Mówiłeś coś? - odwróciła się w jego stronę.
- Nie, kochanie - pocałował mnie delikatnie w policzek. 

Chris? Brak weny. Cóż zrobisz c;

Sun Shine: Od Chrisa do Kat

- Uwaga, wszyscy! - nauczycielka WDŻ uciszyła uczniów zdecydowanym głosem. - Mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Można zarobić dobrą ocenę. Mamy na stanie w szkole cztery interaktywne lalki-bobasy. Chętna para - podkreślam: chłopak i dziewczyna - bierze niemowlę i zajmuje się nim przez tydzień, czyli do następnej lekcji. Lalka ma wbudowany dyktafon i kamerę, czytniki ruchu i inne systemy nie do oszukania. Dzieckiem opiekujemy się jak prawdziwym. Ćwiczenie to ma na celu uświadomienie was, jak trudne jest rodzicielstwo i z jaką odpowiedzialnością się wiążę. To co... Ktoś chętny?
Nauczycielka przebiegła wzrokiem po klasie. Jakoś nikt się nie kwapił do momentu, kiedy rękę podniósł Michael. Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. On? Really?! Ośmielone tym gestem dziewczyny zaczęły się wyrywać. Temu to dobrze... Wolny strzelec... Samotny wilk... Ale ja mam moją Kat. Kat forever.
Objąłem dziewczynę ręką, jak gdyby mogła słyszeć moje nieczyste myśli. Pocałowałem ją w policzek, a ona zarumieniła się lekko i skinęła głową, bym słuchał nauczycielki, która właśnie przydzieliła do Mike'a Angel Supford.
- Ktoś chętny? Można dostać A - powtórzyła nauczycielka.
- Chris... - szepnęła do mnie dziewczyna.
- No?
- Chcemy dziecko?
- Przed ślubem?! - parsknąłem. Kilka głów odwróciło się w naszym kierunku.
Instynkt macierzyński, pomyślałem. Najlepiej było to więc obrócić w żart. Moje kochanie nie zamierzało jednak odpuścić.
- Wiesz, o co mi chodzi... To jak?
- Eee... No dobra - mruknąłem zrezygnowany. Ręka Katniss wystrzeliła w górę. Pokręciłem głową. Będzie ciekawie, nie ma co...
- Mam córkę czy syna? - zapytałem, kiedy po chwili Moon wręczyła Kat naturalnej wielkości lalkę.
- Się okaże, jak będziesz pierwszy raz przewijał.
- Ja?! Ja nie będę tego robił! - zbulwersowałem się. Mam się zajmować jakąś lalką?!
- Będziesz - oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Ale Kat...
- To trzeba mieć tupet, żeby wziąć dodatkowe zadanie i dostać za nie F - oznajmiła.
Cóż, miała rację. Siedziałem więc cicho i patrzyłem, jak migdali plastik, który cośtam do niej gada w swoim języku.
Kiedy zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji, nauczycielka wcisnęła mi w rękę dużą dziecięcą torbę. Oprócz tego musiałem dźwigać plecak Katniss.
- Na chuj lalce tyle rzeczy?! - zapytałem żoneczkę, gdy schodziliśmy już na bruk przed budynkiem szkoły.
- Nie przeklinaj przy dziecku - upomniała mnie.
- To lalka, nie słyszy tego!
- Ale to się nagrywa - syknęła, patrząc na mnie z wyrzutem.
- No ok, ok, przepraszam - dałem jej buziaka w policzek.
Dalej szliśmy sobie więc w ciszy. Nie mogłem nawet chwycić dziewczyny za rękę, gdyż upierała się, że musi trzymać malca obiema rękami. Zaledwie stanęliśmy przed wejściem do Lioneart, bobas zaczął płakać. Jezu... Płakać?! Przeraźliwie wyć! Kat trzepała nim i bujała, jednak nic to nie dawało. Wydawało mi się nawet, że ryk się nasila.
- Co jej... jemu... temu?!
- Chyba pora karmienia - odpowiedziała spokojnie Kat, nie przerywając tarmoszenia lali. - Albo ma mokro. Zaraz sprawdzimy.
- Tu będziesz sprawdzać?!
- Nie bądź niemądry. Idziemy do góry. Prawda, kochanie mamusi? Pójdziemy do góly, tiak, do góly - zwróciła się do dziecka.
- Jakie: my?
- My. Ty też idziesz, tatusiu. Tiak, słoneczko. Tatuś pójdzie z nami, tak, tak.
- Przecież nie mogę. Muszę odrobić lekcje i...
- To nasze wspólne zadanie - przerwała mi stanowczo. - Chyba nie myślisz, że ja będę odwalała całą robotę? Na górę - rozkazała.
Chcąc, nie chcąc, ruszyłem schodami w górę objuczony książkami moimi i dziewczyny oraz akcesoriami naszego dzidziusia. Trochę zajęło mi uporanie się z odnalezieniem klucza do pokoju Katniss, zwłaszcza że po piętnastu minutach bezowocnych poszukiwań przypomniała sobie, iż ma go w kieszeni. Zirytowany hałasującym dzieckiem z impetem otworzyłem drzwi, rzuciłem wszystko na ziemię i usiadłem na łóżku podpierając głowę rękoma.
- Niech się zamknie, niech się kurwa zamknie!
- Już nie bądź taki delikatny - ofuknęła mnie i odgarnęła pościel z drugiego łóżka, po czym położyła bobasa na prześcieradle, odpięła mu milion warstw ciuszków, by na koniec zdjąć mu pampersa. Natychmiast odskoczyła, a zrobiła to tak gwałtownie, że zerwałem się na równe nogi.
- Co się stało?
- Obsikał mnie. Masz syna - odparła rozgoryczona, a ja zacząłem się głośno śmiać, nie mając w zanadrzu innej reakcji na tego typu sytuację.
- Takie zabawne?
- No raczej - wyszczerzyłem się głupawo. Przewróciła oczami.
- Musimy go jakoś nazwać...
- Może... Christopher Junior? - poruszyłem brwiami w górę i w dół. W odpowiedzi popukała się w czoło. - To ja nie wiem.

Kat? :D

niedziela, 22 czerwca 2014

Wolfind: Od Michael'a do Angie

- Uwaga, wszyscy! - nauczycielka WDŻ uciszyła uczniów zdecydowanym głosem. - Mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Można zarobić dobrą ocenę. Mamy na stanie w szkole cztery interaktywne lalki-bobasy. Chętna para - podkreślam: chłopak i dziewczyna - bierze niemowlę i zajmuje się nim przez tydzień, czyli do następnej lekcji. Lalka ma wbudowany dyktafon i kamerę, czytniki ruchu i inne systemy nie do oszukania. Dzieckiem opiekujemy się jak prawdziwym. Ćwiczenie to ma na celu uświadomienie was, jak trudne jest rodzicielstwo i z jaką odpowiedzialnością się wiążę. To co... Ktoś chętny?
Nauczycielka przebiegła wzrokiem po klasie.
Z początku uważałem ten pomysł za okropnie beznadziejny, nudny i niemożliwie głupi, ale gdy zobaczyłem, że nikt się nie zgłasza, postanowiłem przełamać barierę. A co tam, będzie śmiesznie. Nie tyle, że śmiesznie, co jeszcze zdobędę dodatkową ocenę, o którą matka się ostatnio na mnie wydarła przez telefon. 
- A jeśli ktoś jest gejem? - zapytałem, widząc, że żadna z dziewczyn się nie zgłasza. 
- Homoseksualistą, Poloow. - poprawiła mnie nauczycielka.
- A co jesteś nim, Mike? - spytała Angie, coraz bardziej zainteresowana tematem.
- Nie, ale nikt się nie zgłosił. - warknąłem.
Dziewczyna zaśmiała się i uniosła rękę w górę. Po niej kilka innych osób.
- Czy ja mogę być z Michaelem? - jakiś blond-pustak podniósł głos.
- Stanowcze NIE - mruknąłem, patrząc z odrazą na dziewczynę z jasną czupryną na głowie. powinien być w niej mózg, ale go zabrakło. Bywa.
- Dlaczegóż to, Poloow? - zdumiała się nauczycielka. 
- Bo...bo ja... - przymknąłem oczy szukając wymówki - Bo ja chcę być w parze z Angie! - wybuchłem. 
Ange popatrzyła na mnie z mieszanką złości i zdziwienia. 
- Ach tak? Dobrze, niech będzie... Supford i Poloow! Kto dalej? - kobieta przeszła po klasie obierając nas w pary. 
Reszta lekcji minęła niewyobrażalnie szybko jak na WDŻ. Pod koniec otrzymałem interaktywną lalkę. 
Na przerwie podeszła do mnie Angie.
- Co ci strzeliło do głowy!? - wrzasnęła.
- Noooo, przepraszam najmocniej, nie chciałem być w parze z tamtym pustakiem! - rozłożyłem ręce.
- Wybaczam. - prychnęła.
- To dobrze, bo następny tydzień będziemy musieli być do siebie przyjacielsko nastawieni. - rzuciłem jej 'dziecko'. 
- Boże... Nie rzucaj nim tak, tatusiu. - udała obrażoną. 
- Strzel focha i wygraj podróż do Francji... 
- Istnieje taki konkurs? 
- Nie, ale bezkonkurencyjnie byś go wygrała. 

Angie? Szykuje się beeeeka ;*

Uwaga!

Jak już wiecie, pożegnaliśmy adminkę Ellie. Wielka szkoda, naprawdę, jednak cóż zrobisz... Postanowiłam zrobić tutaj porządek i trochę bloga odrestaurować. Byłam na biwaku, ale już wróciłam i wszystko ogarniam.
Po pierwsze jak na razie nie szukam adminki na miejsce Ellie.
Po drugie, jak widzicie, mamy nowy szablon i muzyczkę - wszystko w klimatach Hollywood. Mnie się osobiście on podoba, nie wiem jak wam. Ale no nic.
Po trzecie dodałam zadania do zakładki "Zadania". Możecie sobie spojrzeć, wykonać... Czy cośtam.
Po czwarte każda osoba, która nadal chce uczestniczyć w blogu jest zobowiązana zostawić tu komentarz. W przeciwnym razie jej postać (postaci) zostanie usunięta, w ekstremalnym przypadku zamykam bloga.
Po piąte, jeśli blog zacznie żyć, zorganizuję niebanalny konkurs na aktywność - do wygrania coś megafajnego na howrse. Zobaczycie co, jak go już ogłoszę...

Dziękuję.
Livkaaa

sobota, 21 czerwca 2014

Wolfind: Od Prady do Ethana

Przechadzając się chodnikiem z poniedziałku na wtorek kupiłam spray na pobliskiej stacji benzynowej. Była godzina 23:41 gdy zza zakrętu wyleciał ścigacz i pierdolną w malującą po murach mnie. O godzinie 1:28 byłam na ostrym dyżurze i zaszywali mi wielkie rozcięcie na biodrze. Z chłopakiem który we mnie uderzył było gorzej, o mnie właściwie tylko zahaczył, a sam walną z impetem o mur i moje piękne graffiti. Wyszłam ze szpitala po dwóch godzinach z mnóstwem zadrapań i zaszytą raną na biodrze, ale zanim to musiałam uzupełnić papierki i przywitać się z ojcem który tylko podpisał inne papiery i pojechał do domu... Nawet mnie nie podwiózł!
Przeszłam więc te kilka kilosów, powaliłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam. Nie miałam zamiaru iść do szkoły zwłaszcza w takim stanie, ale stwierdziłam, że będzie za dużo zaległości, dlatego poszłam na ostatnią lekcję. Wracając ze szkoły patrzyłam jak banda nieznanych mi chłopców wstawiała komuś na auto karniaka. Miałam taką cichą nadzieję, że to samochód ojca, ale się myliłam. Ulice były tłoczne, a ja stawałam się coraz bardziej głodna, więc poszłam do Maka. Zjadłam McWrap'a i wypiłam IceTea. Posiedziałam tam jeszcze pół godziny wpatrując się w ścianę i myśląc ile przytyję po tym dość sztucznym jedzeniu.
Gdy byłam już na terenie akademików musiałam znów zrobić sobie krzywdę i nadziałam się na czyjeś książki. Najpierw spojrzałam pod nogi i zauważyłam ciemne rurki tuż przed moimi wydepilowanymi na glans łydkami potem musiałam zadrzeć głowę by zauważyć szczerzącego się chłopaka o ciemnych włosach i głębokich też zresztą ciemnych oczach. W jednej ręce trzymał książki na które się nadziałam, a drugą miał schowaną w kieszeni bluzy.
"Pedałek" - pomyślałam, pewnie zobaczył wyraz mojej twarzy właśnie o tym mówiący, ale nie przestał się uśmiechać, przez co wpadłam w zakłopotanie.
- Eee... Hmm... No... Sorry?
Co się ze mną ku*wa dzieje? Wszystko przez wypadek... - Tak to sobie tylko tłumacz - prowadziłam wewnętrzny monolog, więc nie usłyszałam odpowiedzi wysokiego chłopaka.
- Co? - kolejne głupie pytanie, a on się zaśmiał.

Ethan?

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Uwaga!

Hej... Hm... No więc postanowiłam odejść z Akademii. Powodów nie muszę i nie będę nikomu wyjawiać Gwen i Victor zostali usunięci ze swoich domów a ja usunę siebie jako administratorkę. A żeby Liv nie żyło się samotnie to jeśli jakiś ktoś chciałby zostać nowym adminem proszę o napisanie komentarza pod tym postem. Żeby nie było nieporozumień proszę o napisanie swojego loginu na howrse. Jeśli osób będzie więcej niż jest potrzebne urządzimy konkurs i powiadomimy was o nim albo na PW howrse albo w jednym z postów (jak tak to Liv).

Więc pap miłego pisania i weny twórczej rzyczę :*

~Ellie

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- To my... jesteśmy... parą? - upewniłem się, kiedy po kilku sekundach odkleiliśmy się od siebie. To było dobre kilka sekund.
- Noo... A chcesz? - spytała cicho.
- Ja chcę.
- Ja też.
- To bądźmy.
- Okej...
Nastała chwila milczenia.
- To... fajnie - uśmiechnąłem się serdecznie.
- Też tak myślę - odpowiedziała i jak na komendę oboje odwróciliśmy wzrok.
- Katniss...
- No?
- Chcesz zatańczyć.
- No.
Po tym jakże ekspresyjnym, rozbudowanym dialogu delikatnie przytuliliśmy się do siebie. Znów leciał wolny kawałek. Było... dziwnie. Tak, dziwnie. W jednej chwili byliśmy znajomymi z klasy, a za chwilę już chłopakiem i dziewczyną. Musieliśmy jakby od nowa uczyć się siebie, jednak zupełnie pod innym kątem. Odmienna perspektywa życia obok siebie. Przerasta to. Naprawdę. Kat delikatnie zarzuciła mi ręce na szyję. Mogłem poprosić ją, by ścisnęła mocniej, jednak w rzeczywistości sam trzymałem ją, jakby była ze szkła. To niesamowite. Niemal przed chwilą byłem gotów nieskrępowanie ją dotykać, teraz jednak bałem się zrobić jej jakąkolwiek krzywdę.
Cholerna piosenka o miłości dolatywała mi do uszu, miksowała mój mózg na papkę i wylatywała. Nienawidzę takich ckliwych numerków. Z drugiej jednak strony całkiem przyjemnie było tak bujać sobą i nią w rytmie powolnych nutek. Jakbyśmy byli nierozerwalną całością dryfującą po niezależnej fali dźwięków, które przepełniały nas całych.
Zlustrowałem wzrokiem salę balową. Obok nas wirowało jeszcze kilka parek, reszta natomiast siedziała zmieszana przy stolikach, gadała albo coś jadła. Przy ścianie stały dwie ruchome blond podpórki - taki bajer. Laleczki wytrzeszczały na nas swe plastikowe oczy i szeptały coś między sobą swymi plastikowymi głosami. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. One chciały ze mną iść. Cieszyłem się, że nie jestem partnerem żadnej z nich. Miałem moją Kat, trzymałem ją w ramionach i od teraz troszczyłem się o nią jak o nikogo innego na świecie. Swoją drogą jakie to dziwne, że jedna osoba może dać swoim istnieniem tyle szczęścia...
Piosenka skończyła się i natychmiast wyskoczyliśmy ze swoich objęć. Czy aby nie za szybko? Znów zapanowała między nami cisza z rodzaju tych niezręcznych. Uratował nas głos pani Joke - nauczycielki muzyki, jednej z koordynatorek balu.
- Dziękuję wszystkim wam za przyjście. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, jednak pora zakończyć nasz bal.
Posępne, zawiedzione "Nieeee..." potoczyło się po sali balowej.
- Nie martwcie się, kolejny już w przyszłym roku - uśmiechnęła się krzepiąco. - Zapraszam wszystkich do swoich akademików. Nie życzę sobie łażenia po pokojach, opiekunowie też chcą się wyspać. Dobranoc.
Morze ludzkich głów zaczęło wylewać się przez szerokie, dwuskrzydłowe drzwi. Zrobił się hałas będący mieszaniną pomruków niezadowolenia i wesołych rozmów. Poczekaliśmy z Kat do momentu, aż cała hałastra opuści pomieszczenie.
- Odprowadzić cię? - spytałem, prowadząc ją za rękę do wyjścia.
- Nie możesz. Joke kazała wracać do akademików.
- Muszę przypilnować, żeby ci się nic nie stało - nalegałem.
- Chris...
- I tak nie odpuszczę.
- No dobra...
Wyszliśmy z budynku szkoły na zimny dwór. Generalnie nie było już widać uczniów, poza kilkoma pojedynczymi sukienkami czy garniturami przesuwającymi się gdzieniegdzie po chodnikach prowadzących do domów. Nie puszczając dłoni Kat, ruszyłem z nią w stronę Lioneart. Przy wejściu zatrzymaliśmy się i staliśmy nie patrząc na siebie zupełnie. Chwila wydająca się wiecznością.
- To... dobranoc.
- Dobranoc.
- Widzimy się jutro.
- Tak...
- Kat... - zacząłem. Zawahałem się, ale widząc jej pytający wzrok, dodałem: - Będziesz moją Julią?
Na te słowa laska zaczerwieniła się i rzuciła mi się na szyję. Wziąłem delikatną, szczupłą dziewczynę na ręce, po czym okręciłem się i postawiłem z powrotem na ziemi. Ująłem w dłoń jej policzki, przysunąłem jej głowę do pocałunku i, złożywszy go, szybko odwróciłem się i umknąłem do siebie.

THE END
Wszystkich, którzy rzygali tęczą przepraszam za to - efekt przebywania z kumplem miziającym się z twoją przyjaciółką ;__;

niedziela, 15 czerwca 2014

Sun Shine: od Sary CD Chris'a

W mojej głowie nastąpiła reakcja łańcuchowa, której efektem byłw wniosek tej treści: "O, całuję się z Chris'em"
-Bardzo źle zrobiłeś całując mnie w obecności wściekłego dziecka-pouczyłam-To może źle wpłynąć na jej psychikę. 
Nagle gdzieś w końcu sali odezwał się sygnał SMSowy.
-Co to było?-Chris spojrzał na powietrze w swojej dłoni imitujące telefon.-Czy to by, twój sygnał?-spojrzał na Kat groźnie. 
-Tak-odparła niechętnie. Chris spojrzał na "wyświetlacz" i przeczytał:
-"Kat, wpadaj! Jest ekstra, gramy w rozpoznawanie osób dotykiem, nie uwierzysz, mnie miał rozpoznać Dylan! Wpadaj, impra na całego!" I jest nawet załącznik...Oho, to zdjęcie!
Zajrzałam przez ramię. Wyobraziłam sobie gromadę nastolatków, dotykających się, gdzie nie trzeba.
-Teraz już na pewno nie pójdziesz, Kat-spojrzał na nią gniewnie.
-Nie na tą imprezę chciałam iść!-próbowała się bronić.
-Nieważne, bo i tak na żadną nie pójdziesz-skończyłam kategorycznie dyskusję i scenkę. Klasa zaczęła bić brawo. Kiedy wracałam do ławki, moja córka syknęła:
-Jeszcze się z tobą rozliczę, mamuśka.
Ups...ale wpadłam. Śmieszne to. Na tye śmieszne, że można to nagrodzić rechotem. 
-Lowshen, z czego się śmiejesz?-warknęła Moon.
-Moja córka się ze mną rozliczy! Kasą na lody! Lubię joguuurtoowee!
-Lowshen, jesteś niepoważna-stwierdziła, ale się uśmiechnęła. 
~~*~~
Po lekcji dogoniłam Chris'a. Szedł z tą Katniss.
-Przedstawienie, przedstawieniem, ale całowałeś ją! Z własnej, nieprzymuszonej woli i tego pocałunku wcale tam nie musiało być!
-Jestem dobrym aktorem-wzruszył ramionami.-A to, że całuję swoją niby-żonę nie jest przestępstwem i nie powinno przeszkadzać NAM w związku.
-Nie wiedziałam, że jesteście parą.-weszłam między nich, idealnie przed momentem pocałunku nie-scenicznego, tak, że oba "ciosy" przyjęły moje policzki-Och, bo się zarumienię. 
Kat spojrzała na mnie zdziwiona i zła, a Chris zdziwiony i rozbawiony.
-Spoko, Kat! Nie zamierzam ci kraść chłopaka, nie mam tak dużego worka-powiedziałam swobodnie.-Chociaż...ty byś się zmieściła. On i jego system grzewczy(bojler) się nie wcisną. A i przy okazji, jestem Sara Lowshen z Sun Shine!-to wszystko powiedziałam na jednym oddechu i podałam rękę Kat. 

Kat? Chris?

piątek, 13 czerwca 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Sary

- Skoro tak twierdzisz - ruda wzruszyła ramionami i dalej rozkoszowała się pizzą.
- Ja to wiem - wyszczerzyłem swoje śnieżnobiałe ząbki. - Kocham fast-foody.
- Chyba jak każdy - odpowiedziała. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Jej... W zimę nie ma co robić - mruknąłem przeciągając się na krześle. - Czekam na wakacje. Wtedy pójdę sobie na plażę, poleżę, popływam... Uwielbiam pływać nawiasem mówiąc.
- Ważne, żeby robić, co się lubi - odpowiedziała.
- Jesteś dobrą aktorką - skomplementowałem ją, zmieniając temat.
- Dziękuję, już mówiłeś. Ty też.
Siedzieliśmy w pizzerii jeszcze dobrą godzinę, póki za oknami nie zaczęło robić się całkowicie czarno. Odwiedzający zaczęli opuszczać lokal, wobec czego i my leniwie pozbieraliśmy swoje manatki. Jako dżentelmen zapłaciłem za Sarę, po czym ubraliśmy kurtki i zanurzyliśmy się w aksamitnej nocy.

Budzik dostawał szału, tymczasem ja wcale nie miałem zamiaru opuszczać wygodnego łóżka - poza nim było zimno, szaro i ponuro. Jednym zdecydowanym ruchem zrzuciłem irytujący przedmiot na podłogę. Rozległ się huk komórki uderzającej o panele, po czym nastała błoga cisza. Zamruczałem z rozmarzeniem, przewróciłem się na drugi boczek i wtuliłem mocniej w pościel. Czułem już, jak świadomość gdzieś mi umyka, kiedy gwałtownie rozbudziło mnie pukanie do drzwi.
- Proszę - mruknąłem pół sennie pół z irytacją. Klamka poruszyła się, jednak drzwi nie otworzyły się przed pukającym. Palnąłem się w głowę. Zamknięte na klucz. Odszukałem metalowy przedmiot w szufladzie, po czym z ociąganiem wstałem i otworzyłem drzwi. Mym oczom ukazała się Kat. Odkąd byliśmy razem, to jest od balu, codziennie czekała na mnie pod akademikiem, nigdy jednak nie wchodziła do góry.
- Ty jeszcze nieubrany?! - spytała z mieszaniną zdziwienia i wyrzutu. Automatycznie spuściłem głowę na moje nagie ciało zakryte jedynie przez ciasne czerwone bokserki.
- Która godzina? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, wciągając spodnie.
- Ósma rano.
- Co?! Przed chwilą była siódma pięć!
- Dokładnie pięćdziesiąt pięć minut temu - dziewczyna uśmiechnęła się słodko, po czym podeszła i uraczyła mnie całusem, kładąc rękę na mojej nagiej klacie.
- Musiałem przysnąć - mruknąłem, odwajemniwszy pocałunek. Podniosłem z podłogi czarną sportową koszulkę, powąchałem, po czym, stwierdziwszy, że nadaje się jeszcze do ubrania, wciągnąłem ją na siebie.
- Nie zdążysz zjeść śniadania...
- Luz, nie jestem głodny - pocałowałem w policzek moją nadopiekuńczą dziewczynę, po czym zarzuciłem plecak na jedno ramię i wskazałem jej głową na drzwi, chcąc jej przekazać, by szła przodem. Sam przeczesałem włosy dłonią.
Pierwszą lekcją była historia kina i teatru, straszne nudy. Z niecierpliwością czekałem na aktorstwo, które było dopiero po przerwie obiadowej. Godziny dłużyły się jak rozgotowane spaghetti, w końcu jednak na szczęście nadeszło upragnione 45 minut z panią Moon. Usiadłem na krześle, a Katniss wskazałem miejsce obok siebie.
- Cisza wszyscy - nakazała, nauczycielka kiedy tylko energicznym krokiem weszła do klasy. - Mamy dużo do zrobienia dzisiaj. Na środek... Może jacyś chętni?
Jak zwykle w górę wystrzeliła ręka siedzącej kilka miejsc obok mnie Sary. Ona wydawała się wiecznie ucieszona i wyspana. Psorka westchnęła i zaprosiła rudzielca na środek.
- Ktoś jeszcze? - Na to raczej się nie zanosiło. - No dobrze, w takim razie Christopher... I...
- Ja chcę - usłyszałem głosik z mojej prawej strony. Everdeen podniosła rękę wysoko w górę.
- Dobrze, Chris i Kat. Chodźcie do nas. Dziś dopracujemy improwizację, bo nie wszystkim wam to dobrze wychodzi, tymczasem aktor powinien potrafić takie rzeczy. Wzbogacają one skrypt i niejednokrotnie poprawiają wizję reżyserską. Dobra, dzieciaki - zwróciła się do naszej trójki. - Dziś ja wam coś narzucę. Powiedzmy... Dom. Sara to mama, Chris - tata. Katniss - jesteś kapryśną córeczką, pyskatą i histeryczną - przed oczami stanęła mi Raquel. - Chcesz iść wieczorem na dyskotekę. Akcja, proszę.
- Mam was w de! Jesteście starymi chu! Nienawidzę was! - darła się Katie.
- Wyrażaj się, gówniaro - powiedziałem srogim głosem, choć tak naprawdę chciało mi się z niej śmiać.
- Skarbie, może jej pozwolimy? - Sara spojrzała na mnie maślanymi oczyma.
- Tak, Saruniu... - powiedziałem cicho, omamiony jej wzrokiem, otrząsnąłem się jednak szybko: - Znaczy nie! Katniss Cambell, nie idziesz nigdzie!
- IDĘ!!!
- Dosyć tego! Oddawaj komórkę! - rozkazałem mojej "córci" i wyrwałem jej z dłoni nieistniejący telefon. Tupnęła.
- Oddaj to!
- Nie! Do pokoju jazda!
- Chris... Nie krzycz tak na nią, to dziecko - Sara złapała mnie za przedramię.
- Muszę, kochanie - szepnąłem i pocałowałem ją w usta.

Sara? Kat? Scenki ciąg dalszy proszę ^^

Wolfind: od Iggy CD Chris'a

-Zboczeniec-syknęłam i pchnęłam go na ścianę w ostatniej chwili poratował się i odepchnął od niej rękoma. Wykorzystując chwilę nieuwagi wciągnęłam spodenki i podeszłam do niego.
-Zboczeniec! Idiota! Debil! Pedofil! S******n!- krzyczałam mu w twarz-Myślisz, ze jesteś taki lubiany kozak, bo błyskasz kłami na prawo i lewo!? Odejdź stąd, Campbell, nie chcę cię widzieć! Idź odzyskać resztki przyzwoitości!
-Kiedy ich nie ma!- wyszczerzył się. Jak ja nienawidzę, kiedy on to robi, a dziewczyny za mną najwyraźniej topniały. Zarzucił mnie sobie na plecy jak wczoraj i wyniósł z szatni. Zdążyłam jeszcze uchwycić zazdrosne spojrzenia dziewcząt. 
-Gdzie ty mnie wleczesz, Campbell!?
-Ku przeznaczeniu-zaśmiał się jak naukowiec-sadysta. 
Na korytarzu stał Sherry i coś czytał.
-Psze pana, pan mnie wyzwoli!?-zwróciłam na siebie uwagę. Spojrzał na nas zdziwiony po czym powiedział:
-Dobry chwyt, Campbell. Dobry do przenoszenia ciężkich ładunków. 
Spojrzałam na niego ponuro. Zostałam ciężkim ładunkiem na plecach zboczeńca. 
~~*~~
-Ustawiamy się w pary mieszane!- zarządził na wf-ie nauczyciel. Wszystkie dziewczyny ruszyły w stronę Chris’a, a on ruszył w moją.
-Spieprzaj, Campbell. Nie gadam z tobą.-burknęłam. 
-Chyba jednak będziesz musiała. Gramy w siatę-wskazał na wuefistę rozwijającego siatkę. Roxane chciała pomóc, żeby się podlizać, ale coś jej nie wyszło.
Potknęła się o powietrze przy podłodze i wpadła centralnie na siatkę, która to zwaliła się na ziemię i przykryła blondynkę. Ta zaczęła się miotać i piszczeć, tylko pogarszając sprawę. Dopiero gdy podszedł Sherry tapeta została częściowo wyswobodzona.
-Roxi nareszcie zaczyna się rozwijać-ocenił Chris z miną znawcy. Uśmiechnęłam się lekko - I oni mówią, że sport nie pomaga w rozwoju umysłowym?
-Cóż, dla ciebie raczej nie ma ratunku.
-Zabolało-położył sobie rękę na sercu i zrobił podkówkę- Dlaciego jeśteś dja mnie tjaka nie dobja? 
-Zboczeńców nie zwykłam traktować uprzejmie. I…ODSUŃ SIĘ ODE MNIE!
Campbell położył mi głowę na ramieniu i wysokim głosikiem zaczął nucić melodię a la nawiedzona dziewczynka. 
-Ty to jednak jesteś głupi.-podsumowałam i przestałam walczyć myśląc tylko o nim i jego głupocie. Ale debil… Z kim ja się zadaję.
~~Ze szkolną sławą?~~ podsunął głosik w mej fioletowej łepetynie.
*Zamilcz, opętany głosiku. To debil* odparłam.
~~Srata tata. Zabujałaś się! ~~
*Ty jesteś jednak dziwny, głosiku, wiesz?*
Głosik zamilkł. Chris się na mnie paczył rozbawiony.
-Czego?-warknełam.
-Ale miałaś minę! Jakbyś toczyła wewnętrzny bój! Hue, Hue…-zachichotał jak wariat, którym w sumie jest.

Chris, co było na WF?

czwartek, 12 czerwca 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Iggy

- Skoro tak wolisz - mrugnąłem porozumiewawczo. Odpowiedziała mi cichym warknięciem. W tej samej chwili zabrzmiał dzwonek na lekcje.
- Mamy lekcje - mruknęła i, nie czekając na mnie, wstała z godnością, po czym skierowała się do gmachu szkolnego. Nie było sensu jej gonić, poczłapałem więc za nią.

Czwartkowy poranek. Jak co dzień po śniadaniu podszedłem pod akademik Wolfind. Czekałem na Raquel. Nie mogę spuszczać jej z oka nawet na minutę. Zaliczyła już kilka bójek i, o zgrozo, przyłapano ją na paleniu fajek za szkołą. Nie wyleciała jeszcze tylko dlatego, że milion razy wstawiałem się za nią ja i pani od plastyki, która ją najwyraźniej ubóstwia. Nie mogłem pozwolić, żeby siostra do reszty spierdzieliła sobie życie, chociaż matka ma ją w dupie tak samo jak mnie.
Stałem i spoglądałem na zegarek z niecierpliwością, chuchając sobie na dłonie. Nienawidzę zimy. W pewnej chwili drzwi się otworzyły, jednak zamiast bladej, ofukanej twarzyczki wychyliła się zza nich fioletowa czupryna. Igelle Nytal. Moja dobra kumpela, zajebiście piękna i piekielnie zdolna.
- Czekasz na mnie, przydupasie? - uśmiechnęła się słodko.
- Chciałabyś! - parsknąłem. - Na siostrę.
- Jasne, jasne - pokiwała głową ze śmiechem.
- No tak!
- Luz - uwielbia mnie irytować... - Ja lecę. Zaraz dzwonek. Mamy w-f.
- Okej. Zobaczymy się na lekcji - uśmiechnąłem się do dziewczyny i pomachałem jej ręką na pożegnanie. - No wyłaź stamtąd! - krzyknąłem w nicość. Wiedziałem, że Roki najchętniej zostałaby w łóżku. Nienawidzi tej szkoły. Naraz usłyszałem dźwięk dzwonka mojego telefonu. Wydobyłem komórkę z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. Raquel. Zmarszczyłem czoło i odebrałem.
- Co jest? Złaź na dół, bo się spóźnimy.
- Nigdzie nie idę - warknęła do słuchawki.
- Musisz - nie miałem zamiaru dać za wygraną.
- Jestem chora.
- Ta? Na co?
- Rzygam - jęknęła.
- Nie kłam.
- Rzygam! Na serio...
- No dobra - mruknąłem, spoglądając na wskazówki zegarka. - Ja idę do szkoły, a ty leż, szybko wyzdrowiejesz.
- Nie jestem dzieckiem - mruknęła. - Idę spać - oznajmiła, po czym się rozłączyła. Co robić... Ruszyłem do szkoły.
Kiedy znalazłem się na korytarzu, Iggy już nie było. Podejrzewałem, że zeszła już do dziewczyńskiej szatni, poszedłem więc do męskiej i szybko zmieniłem jeansy na krótkie, granatowe spodenki. Kiedy przechodziłem obok damskiej przebieralni, spostrzegłem, że drzwi są uchylone. Zatrzymałem się przed nimi i zacząłem bić się z myślami. Zajrzeć? Nie zajrzeć? "Co mi tam" - pomyślałem i pchnąłem skrzydło.
- Wow, ale dupa! - zawołałem. Tyłem do mnie stał nie kto inny tylko Iggy - wszędzie rozpoznałbym te włosy - w różowych majteczkach z kokardką na tyłku. Kiedy usłyszała mój głos, odwróciła się i spojrzała na mnie z mieszaniną złości i strachu.
- Chris! Wyłaź! - rozkazała, zakrywając bieliznę pierwszą lepszą koszulką, którą miała pod ręką.
- Jakoś mi się nie chce - zaśmiałem się i podszedłem bliżej powolnym krokiem, rozkoszując się jej zażenowaniem.
- No przestań!
- Ja nic nie robię - wzruszyłem ramionami.
- No wynoś się! - w moją stronę poleciała butelka z wodą.
- Masz fajną figurę.
Znalazłem się już przy dziewczynie. Położyłem ręce na jej biodrach i spojrzałem jej w oczy. Położyła mi dłoń na klatce piersiowej, jakby zastanawiała się, czy mnie odepchnąć.

Iggy? xd

wtorek, 10 czerwca 2014

Lioneart: Od Kat cd. Chris

Spuściłam nieco wzrok, patrząc na podłogę. 
- Nie mogę... Wiesz, lubię cię Chris. Bardzo. Ale... 
- Ale co? - zniecierpliwiony zaczął kopać nieistniejące kamyki.
- Ale... Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi...
- Tak myślałaś? - w tym momencie podniosłam wzrok i patrzyłam mu w oczy.
- Znaczy... nie chciałabym, żeby przez związek popsuły się.. No, żeby się przyjaźń nie popsuła. - zobaczyłam swoje odbicie w jego źrenicach 
- Ale ja chcę być kimś więcej, Kat. - oświadczył stanowczo, a nasze twarze zbliżyły się do ciebie. 
W tle rozbrzmiewała muzyka. Poczułam motyle w brzuchu. Zwykle tak nie mam. Nawet przy nim. Ale jednak teraz już wiedziałam czego chcę.

 - usłyszałam jak zmienia się muzyka. 

Wsłuchałam się w słowa, które przekonały mnie do podjęcia decyzji.
- Ja też - szepnęłam - Chcę być kimś więcej. Chce z tobą być.
- Zmienna jesteś.
Nasze twarze były nadal zbliżone do siebie. Czułam, że nastąpi coś na co czekałam odkąd go poznałam. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam czego chcę. Uśmiechnął się do mnie. Nasze usta spotkały się. Tym razem to nie był pocałunek Romea i Julii, ale Chrisa i Kat.

Żygam tenczom -.- 
Chris?

Wolfind: Od Prady cd. Gwen

Lekcja minęła szybko i dość normalnie, a ja myślałam, że będzie trochę inaczej, bardziej... no po prostu inaczej. 
Gwen nie było na WF-ach, a wiem bo jej po prostu nie widziałam, choć mogłam ją przeoczyć, ponieważ dla mnie jest w tej szkole stanowczo za głośno i za dużo ludzi. 
Zobaczyłam ją dopiero na następnej matematyce, gdy ja wchodziłam do sali ona już tam była, opadła na krzesło i zgromiła mnie wzrokiem. Nic sobie z tego nie robiąc usiadłam obok jej ławki. 
- Więc... Przestań mnie nazywać bogatym dzieciakiem, bo gdybym chciała to przyjeżdżała bym do szkoły sama, zakupionym na własny koszt z pieniędzy matki, Porsche, a jak może widzisz, o ile nie masz wady wzroku, nie przyjeżdżam tu czerwonym samochodem. - westchnęłam i znów zaczęłam paplać - Ja nie chce takiego życia, a jeżeli nie wierzysz to spytaj się kogokolwiek związanego z prawem, raczej rozpieszczone bogate dzieciaki nie rozwalają mustanga ojca i nie są wpisywane do ksiąg, czy jakkolwiek się to nazywa. A jeżeli chodzi ci o miejsce mojej pracy, to tylko i wyłącznie wina ojca, jeśli się o tym dowie to mnie stąd zabierze, bo ja nie mam zamiaru zostawać tu długo.
- Coś jeszcze? - westchnęła. - Twój ojciec pewnie i tak już wie jak będziesz pracować i ma to, i ciebie najwyraźniej w dupie, nie miej złudzeń...
- Dzięki, że mnie pocieszasz - mruknęłam i ucichłam do końca lekcji. 

Zaraz po dzwonku poderwałam się z miejsca i ruszyłam w stronę drzwi. Wyszłam na świeże powietrze, westchnęłam i poszłam do pokoju. Odrobiłam lekcje, a potem chwyciłam portfel i od razu po wyjściu złapałam za fajkę. 
Po kilkunastu minutach i 10 wypalonych fajkach zobaczyłam Gwen i od razu do niej podbiegłam.
- Gdzie się udajesz? - uśmiechnęłam się lekko. 

Gwen? Tak się zastanawiam, czy nadal będziesz się kłócić xd

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wolfind: Od Gwen cd Prady


- Nie mieszaj w to Boga- mruknęłam ponuro.
- Ej ej! Przykro mi okay?- powiedziała lekko wkurzona.
- Dobrze, doceniam... Ale mam teraz.... - popatrzyłam na zegarek - matematykę. Czyli, żeby mnie nikt nie zobaczył muszę iść dokładnie za trzy minuty! Przepchać się przez ten tłum to pięć minut, więc z moich wagarów nici.
- Ojej aleś ty niegrzeczna - powiedziała z ironią podpierając brodę na rękach - idziesz na wagary..
- Spierdalaj...
- Hm... - uśmiechneła się "przesłodko" - mów tak dalej. Tam jest kamera - pokazała ręką na kamerę monitoringu.
- Wiesz w tej szkole mieszkają same lamusy, które nie potrafią przeklinać a "spierdalaj" to nie przekleństwo.
- Kłócić się nie będę - powiedziała i popatrzyła na duży zegar szkolny - Więc... *dzwonek* ...Powodzenia w wagarowaniu.
Spiorunowałam ją wzrokiem i poszłam do sali.
- GWENDOLYN MONTROSE! SPÓŹNIENIE! - krzyknęła matematyca.
- Ta... - mruknełam i siadłam na wolnym krześnie.
I wtedy do sali wparowała ta dziewczyna.
- Prada... - mruknęła profesorka - siądź na wolnym miejscu, kochanie.
Popatrzyłam na nią z nienawiścią kiedy siadła obok mnie.
- Wpływowi rodzice - wyjaśniła.
- Kolejny bogaty dzieciak... Jeszcze czego. - prychnęłam
- E! nie pozwalaj sobie ok?! - wkurzyła się.
- Ale właśnie, że tak! Rozpieszczony bachor! Kolejny do kolekcji tej głupiej szkole!
- EJ! A może jak nie chciałam tu iść?
- Bo ci uwierzę! AH... no tak pewnie przyjechałaś tu tańczyć przed jakimiś zboczeńcami! - miałam na myśli jej pracę - Ale i tak się dziwię, ze wzięłaś się za jakąś robotę.
- HA! A ty przyjechałaś rozdawać żarcie pijakom?!
- A jeśli tak to co?
- A ja coś wiem.... SIEROTO!
- EJ! Skąd wiesz o moim tacie?
- Mam wpływowych rodziców... Duużo znajomości.
- Dość tego - cała czerwona wstałam i szybkim krokiem opuściłam salę.
- GWENDOLYN! - wrzasnęła nauczycielka - Wracaj na tychmiast!
- Pierdol się! - wrzasnęłam i zatrzasnęłam drzwi.


Prada? Jak koniec lekcji? Sory miałam ochotę kogoś pokłócić.

sobota, 7 czerwca 2014

Wolfind: Od Michael'a cd Gwen

- A jak nic nie będziesz pamiętać? - zapytałem, uśmiechając się szyderczo. 
- Ktoś mi przypomni. - powiedziała, a uśmiech spełzł mi z twarzy.
- Angie w sensie? - zapytałem, szukając wzrokiem dziewczyny, do której właśnie podchodził chłopak i raczej nie była zainteresowana naszą rozmową, a odpychaniem go tak, że w pewnej chwili pomyślałem, iż ucieknie z krzykiem, ale nie; Dalej chciał z nią tańczyć.
- To co robimy? 
- Chlamy picolo. - mówiąc to wzięła potężnego łyka ze swojego kubka, a ja zrobiłem to samo.
- Zdrowie... - sapnąłem, udając pijanego.
- Przestań. 
- Bo co? 
- Bo g*wno. 
- Zatkało mnie. Nie wiem, co powiedzieć. 
- Miszcz ciętej riposty.
- O tak, Gwen. 

Gwen? Chyba najnudniejsze opo jakie napisałam, składające się z samych dialogów 0.0

czwartek, 5 czerwca 2014

Sun Shine: Od Ethana cd. Sierry

- O, Boże! To było śliczne! - Sierra podbiegła do mnie, kiedy tylko zszedłem ze sceny.
- Przecież to już słyszałaś - wzruszyłem ramionami, zdejmując gitarę.
- Ale tym razem było dla mnie...
- Ta piosenka powstała z myślą o tobie - mruknąłem. Nie bardzo rozumiałem, o co jej chodzi.
- To co mówiłeś na scenie... O mnie... To była prawda?
- Pewnie.
- To miłe - zarumieniła się.
- Tylko się nie zakochaj - rzuciłem ze śmiechem. Robiąc to, co teraz zrobiłem, myślałem o niej jak o przyjaciółce. Zajebistej, ale przyjaciółce.
- Coś ty - popukała się w czoło.
- Idziemy tańczyć - zakomenderowałem i pociągnąłem ją na parkiet. Jeśli słuch mnie nie mylił, właśnie zaczynało się "The time of my life" z "Dirty dancing".
- O, mambo - ucieszyła się.
- Pamiętasz kroki? - zapytałem, gdyż kilka miesięcy temu ćwiczyliśmy ten taniec na lekcji. Do tej samej piosenki w dodatku.
- No raczej, nie inaczej!
Stanęliśmy w samym centrum sali balowej. Jak się bawić, to się bawić. Ona stanęła w bezruchu, jak główna bohaterka musicalu, a ja podszedłem do niej z jej prawej, niczym filmowy partner. Zauważyłem, że choć niektóre pary tańczyły, większość odsunęła się pod ściany, jakby chciała podziwiać to, co za chwilę zrobimy. A dziać się miało. Byłem tego pewny.
Zaczęliśmy powoli. Maksymalnie zbliżeni. Niby akt. Patrzyłem jej głęboko w oczy. Fajne ma oczy. Cały czas jednak skupiałem się na układzie. Trzymałem ją niczym delikatny kwiat różany. Machinalnie poruszałem ustami zgodnie ze słowami piosenki. Ona robiła to samo. Chwyciliśmy się za dłonie i "odwinąłem ją", kiedy miała zacząć się główna część układu. W sali zadudniły oklaski. Rozpoczęliśmy tylko podstawowym krokiem. "Uśmiechnij się" - powiedziałem niewerbalnie, choć nie było to potrzebne - na twarzy Sierry wciąż był banan. "Wyprostuj się, trzymaj ramę" - zrobiła to samo. Przedrzeźniała nauczycielkę tańca.
Publiczność zaczęła klaskać w rytm muzyki, kiedy zaczęliśmy wykonywać różne figury taneczne. Obroty trochę nam nie wychodziły, gdyż przyjaciółka miała za długą suknię.
W pewnym momencie dziewczyna nadepnęła na rąbek stroju i straciła równowagę w tych swoich szpilach. Błyskawicznie podbiegłem i złapałem ją przed upadkiem tak efektownie, że wyglądało to na zamierzony krok. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, po czym wróciliśmy do układu. Dobrze mi się tańczyło. Szczerze powiedziawszy, tym razem wyszło mi lepiej niż przez cały czas, kiedy musiałem to ćwiczyć i tańczyć na ocenę.
Przez cały czas zastanawiałem się, czy zrobić finałową scenę, kiedy koleś podnosi laskę wysoko do góry na wyprostowanych rękach. To ja prowadziłem, więc mogłem jej narzucić figurę, zwaną przeze mnie "samolocikiem". Z drugiej strony mogłem zrobić jej krzywdę w tej kierei tym bardziej, że ona bała się, iż ktoś ją zrzuci nawet na lekcji, kiedy była w dresach.
Rozkminiam, rozkminiam, a tu ten moment. Sierra, ukradkiem patrząc na mnie, tańczy krok podstawowy. Nie ma czasu na zastanowienie. Myślę: dobra. Raz kozie śmierć. Daję dziewczynie do zrozumienia, że będzie skakała. Patrzy na mnie jak na wariata. Ma strach w oczach, widzę to.
To był tylko taniec na balu, nie żaden występ. Mogła przestać. Mogła powiedzieć: "nie robimy tego". Nawet przez myśl jej to nie przeszło. Pełen profesjonalizm. Przełknęła ślinę, westchnęła i zaczęła biec. Skupiłem się i... podniosłem ją w górę, kiedy znalazła się przy mnie i podskoczyła. Rozpostarła ramiona. Zaczęła się głośno śmiać, jednak zagłuszyły ją oklaski, krzyki uznania i gwizdy. Po chwili opuściłem ją i zaczęliśmy tańczyć dalej. Widziałem te iskierki radości w jej oczach. Przełamała strach.
Na parkiet stopniowo wchodziły inne pary. Najpierw profil muzyczny, potem inne. Zaczęła się wolna część. Sierra położyła mi rękę poniżej ramienia, ja objąłem ją w pasie. Poruszaliśmy ustami, jakbyśmy mówili do siebie. Nasze twarze były coraz bliżej i bliżej. Nachyliłem się i złożyłem na ustach dziewczyny długi pocałunek. Rozległy się oklaski. Wszyscy myśleli, że to część tańca. Ja też tak myślałem. Z początku. Sierra położyła lewą dłoń na moim policzku. Melodia znów nabrała tępa, ale my nie odrywaliśmy się od siebie. Zrobiliśmy to dopiero wtedy, kiedy wszystko ucichło. Oprzytomniałem. Ukłoniliśmy się. Kolejny raz dostaliśmy brawa.
- Przepraszam za to - szepnąłem do Sierry zmieszany. - Nie powinienem...

Sierra?

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Może zatańczymy? - zaproponowałem.
- Już nie mogę - jęknęła Katniss.
- Proszę - spojrzałem nań maślanymi oczyma. - Tylko raz.
- Chris...
- Proszę, proszę, proszę! - złożyłem ręce.
- Ludzie się gapią - mimowolnie uśmiechnęła się z rozbawieniem. Rzeczywiście z pół sali odwróciło się w naszym kierunku i przyglądało się nam z zaciekawieniem.
- No i co? No, chodź!
Zniecierpliwiony złapałem dziewczynę za rękę i wyciągnąłem na parkiet. Akurat grali "Gonna be a good night" Black Eyed Peas. Najlepszy tancerz to ze mnie nie jest, chyba, że mam tańczyć z BMX'em na rampie, ale taki masakryczny znowóż też nie. Obracałem ją dużo i szybko. Jej czerwona, śliczna sukienka wirowała na parkiecie. Starałem się prowadzić pewnie, chyba mi się udawało. Właśnie miałem spróbować przechylić ją na dół jak na filmach, kiedy piosenka się skończyła i Kat zatrzymała się w moich objęciach. Zaśmiała się nerwowo i rozluźniła uścisk. Wokół nas zrobiło się małe zamieszanie. Nie zanosiło się, by mieli puścić kolejną piosenkę.
- Ej, zobacz! Patrz na scenę! - usłyszałem czyjeś podniecone głosy. Spojrzałem w kierunku, o którym mówiono. Na scenę wchodził jakiś chłopak z mojej klasy - też mieszka w Sun Shine, chyba pod 4 - z gitarą. Usiadł na przygotowanym stołeczku, ustawił sobie mikrofon i powiedział:
- Siema! Jak się bawicie? Mam nadzieję, że dobrze... Słuchajcie, jestem tu z zaje... ekhem... bardzo fajną dziewczyną, przyjacielską i pewną siebie. Chciałbym jej teraz coś zagrać. Autorski numer. Możecie tańczyć.
Ethan, bo tak owy samozwańczy muzyk się zwie, ponownie przestawił mikrofon; teraz był na wysokości pudła rezonansowego. Na głowę założył drugi, bezprzewodowy, można więc się było spodziewać, że będzie i śpiewać. W momencie, kiedy dostrajał jeszcze gitarę, zacząłem szukać wzrokiem dziewczyny, którą można było posądzać o bycie jego parą. Zobaczyłem jedną. Miała jasnobrązowe włosy, niebieską sukienkę i wpatrywała się w Ethana jak zaczarowana.
Rozbrzmiały pierwsze nutki powolnej piosenki. "I see fire" - powiedział jeszcze chłopak, po czym zaczął śpiewać. Spojrzałem na Kat. Położyłem ręce na jej biodrach. Oplotła ręce wokół mojej szyi. Zaczęliśmy bujać się w rytmie. Kątem oka dostrzegłem Roxanne i Ann pożerające wzrokiem naszą dwójkę. Uśmiechnąłem się do siebie.
- Pięknie wyglądasz - szepnąłem.
- Dziękuję.
- Jesteś piękna.
- Dziękuję - powtórzyła cicho.
Przytuliłem ją mocniej do siebie. Nie broniła się przed tym. Zdawało mi się, że ona potrzebuje moich objęć. Że czuje się w nich bezpieczna, czy coś...
- Ładnie śpiewa - zauważyła.
- Nie słuchałem - przyznałem. - Skupiłem się na tobie...
- Przestań - skrzywiła się i jakby trochę odsunęła.
- Co się stało? - spojrzałem na nią z troską.
- Nic... Po prostu wiem, jaki jesteś...
- Jaki jestem?
- No... Lubisz posiadać. Dziewczyny, w sensie. Dla ciebie liczy się to, że masz się z kim lizać albo coś... Ja nie mogę.
- Ale co?
- Nie mogę stać się dla ciebie zabawką.
Osłupiałem. Być... zabawką? Więc tak o mnie myślała? Zmarszczyłem się lekko, nie przeywałem jednak tańca.
- Nie jesteś zabawką. Jakoś na bal cię zaprosiłem, a mogłem wziąć tamte pustaki. Gdybym patrzył tylko na wygląd albo...
- Jestem brzydsza od nich, co nie? Czemu mnie zaprosiłeś? Z litości? - zapytała głosem zimnym jak stal.
- Jasne że nie - żachnąłem się. - Zaprosiłem cię, bo fajna jesteś.
Przycisnąłem ją bardziej do siebie i spojrzałem jej w oczy. Mrugnąłem zawadiacko. Moja prawa dłoń zaczęła przesuwać się w stronę jej tyłka. Kiedy zorientowała się, co robię, odepchnęła mnie z dużą, jak na laskę, siłą i wybiegła z sali.
- Kretyn jesteś - warknąłem sam do siebie i ruszyłem w ślad za czerwoną sukienką.

- Katniss?! - krzyczałem chwilę później, wkładając łeb do damskiej toalety. Ponieważ nie usłyszałem odpowiedzi, wszedłem. Zacząłem badać kabiny, spoglądając przez szparę pod drzwiami. Miałem gdzieś, czy ktoś mnie tu przyuważy.
Jest! Czerwona sukienka! Wziąłem głęboki oddech i głośno zapukałem.
- Wynoś się!
Okej... Niezbyt miłe powitanie. Spróbujmy jeszcze raz.
- Kat?
- Wynoś się, powiedziałam! Jesteś okropny! Idiota! Zboczeniec! Jak chcesz dziwki, to idź do Roxanne!
- Nie pójdę do niej!
- Bo?!
- Bo tak cię obsmarowały przed balem, że najchętniej bym je ogolił, wykastrował bez znieczulenia, ogłuszył i zakopał żywcem!
- Obsmarowały? - Ups, wyrwało się.
- No... - mruknąłem już spokojniej.
- Co mówiły?
- Nieważne.
- Powiedz.
- NIEWAŻNE! Ale powiedziałem im, co o nich myślę. Wolałem iść z tobą, Kat.
Usłyszałem szczęk otwieranego zamka i brązowa czupryna wychyliła się z kabiny.
- Serio? - spytała nadal ofukana.
- Serio. Lubię cię, Kat. Chciałabyś... Być ze mną?
- Co? - zdziwiona podniosła brwi.
- No... Być ze mną. Chodzić. Zostać moją dziewczyną. Jak wolisz.
- Em... Zastanowię się. Chodźmy na salę - powiedziała, po czym nie czekając na mój sprzeciw czy zgodę wyszła z toalety.
Ethan już zszedł ze sceny. W pierwszych nutach, jakie grano, rozpoznałem musical "Dirty dancing".
- Tańczymy - zarządziłem i chwyciłem Kat za rękę. Nie próbowała się bronić. Rozpoczęliśmy namiętne mambo - to znaczy na tyle, na ile profil aktorski może umieć tańczyć.
- Chris... - powiedziała w pewnej chwili.
- No? - spytałem, obracając ją.
- Podjęłam decyzję...

Kat? ^^

Sun Shine: Od Ethana cd. Cristiny

Wraz z Cristiną wyszliśmy z gmachu szkoły. Po drodze przeprosiłem ją jeszcze na chwilę i skoczyłem do swojego pokoju, by zostawić torbę. Idąc chwilę później do bramy zastanawiałem się, jakim akcentem się posługuje. Słyszałem jakieś plotki, że jest Włoszką. Rzeczywiście miała odrobinę ciemną cerę. Była bardzo ładna.
- Czym się interesujesz? - zapytałem.
- Aktorstwem - uśmiechnęła się. - I... - zawiesiła się chwilę, najwyraźniej nie mogąc przypomnieć sobie słówka. - No... Wierszami.
- Poezją? - podpowiedziałem.
- Poezją? Tak, tak, poezją - ucieszyła się, jakby każda umiejętność, jaką nabywała, cieszyła ją niezmiernie.
- A muzyką? - spytałem z nadzieją.
- Si! Tańcem. Bziucha.
- Też tańczę - rozpromieniłem się. - Newstyle, hip-hop... Trochę breake'a. I śpiewam. Trochę też gram.
- Na czym? - fajne było to żywe zainteresowanie w jej oczach, nawet jeśli mina zdradzała, iż nie rozumiała wszystkiego, co mówiłem.
- Gitara.
- O, cudownie! Zagrasz mi coś?
- Może później. Teraz idziemy na spacer - przypomniałem. Kierowaliśmy się właśnie do centrum Hollywood. Miałem zamiar pokazać jej wszystko to, co tak bardzo fascynowało mnie po przyjeździe tutaj.
- Nie jest ci zimno? - spytałem troskliwie.
- Trochę - wzruszyła ramionami.
Naszym pierwszym celem był Brodway. Gmach jest wspaniały, już od zewnątrz bije stamtąd jakaś magia. Jakby otwierał się tam zupełnie inny świat. Domyśliłem się, że nowa jest na profilu aktorskim, dlatego stwierdziłem, że to miejsce spodoba jej się najbardziej.
- Zamknij oczy - poleciłem, kiedy znaleźliśmy się w pobliżu. - Coś ci pokażę.
Dziewczyna posłusznie zmrużyła powieki. Upewniłem się, że nic nie widzi i chwyciłem ją za rękę. Delikatnie uścisnęła moją dłoń i mimowolnie się uśmiechnęła. Leci na mnie, czy co? Taka praca chyba. Zwłaszcza, że w Hollywood Arts nie ma zbyt wielu przedstawicieli mojej płci, więc laski muszą brać, co jest. Westchnąłem. Nie mogłem jej puścić, by przypadkiem nie weszła na ulicę, w latarnię lub potknęła się o własne nogi.
Poprowadziłem ją bocznymi uliczkami do tylnego wejścia teatru. Jednoskrzydłowe, czarne, plastikowe drzwi. Na szczęście były otwarte. Powoli ze względu na walające się wszędzie kartonowe pudła, listewki i fragmenty dekoracji szliśmy długim, wąskim korytarzem. Było zupełnie cicho. Cisza nas otulała. Zjadała nas niczym drapieżna rosiczka.
Odkryłem to miejsce jeszcze w wakacje. Dużo czasu spędzałem wtedy z Michaelem na mieście. Włóczyliśmy się bez celu, tworząc sobie mentalnie jakby mapę całej dzielnicy - najpopularniejszej dzielnicy na świecie. Obcykaliśmy kilka lokali różnego rodzaju, wiedzieliśmy też, gdzie znaleźć trenujące na zawody surferki. Powinniśmy założyć biuro podróży, czy coś... Podczas jednej z takich wędrówek zaszliśmy za pomocą różnych zakamarków do zadniej ściany Brodwayu. Z natury jestem ciekawski, więc pragnienie zbadania tego, co jest za drzwiami bez trudu pokonało zdrowy rozsądek. Nacisnąłem klamkę, choć z góry wiedziałem, że będzie zamknięte. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że tak nie jest. Gładko pchnąłem czarne skrzydło. Nawet nie skrzypnęło, co było kolejną niespodzianką. Rozejrzałem się ostrożnie i wszedłem w ten sam długi, zaniedbany korytarz, którym teraz prowadziłem Cristinę. Michael podążył za mną. Nie zawahał się ani sekundy - on też miał w nosie zasady. Skradaliśmy się więc na paluszkach, nie odzywając się do siebie słówkiem. Nagle spokój przerwał huk. Ponieważ szedłem pierwszy, odwróciłem się do tyłu. Padłem. Mike leżał u moich stóp z grymasem gniewu na twarzy. Przewrócił się o jakąś wystającą deskę. Szybko się podniósł, co wywołało u mnie tylko kolejną salwę śmiechu, gdyż z przodu ubabrany był cały gęstym, szaro-brązowym kurzem. Kiedy się otrzepywał, a ja patrzyłem na ten epicki widok z bananem na twarzy, usłyszałem chrząknięcie tuż przy moim uchu. Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z grubym wąsaczem w czerwonej koszulce, która doskonale uwydatniała jego tuszę.
- Co tu robicie? - spytał srogo.
- Eee... - wydukałem. Będą kłopoty.
- Przechodzimy, patrzymy - drzwi, to weszliśmy - odpowiedział facetowi Mike szczerze do bólu. Patrzył mu się prosto w oczy, jakby dla niego czymś naturalnym było zwiedzanie obcych budynków.
- Weszliście, mówisz? - na twarzy grubasa widziałem jakby... rozbawienie?
- Weszliśmy - powtórzyłem nieco śmielej, nadal jednak odrobinę się peszyłem.
- Słuchajcie, dzieciaki - rzekł niespodziewanie mężczyzna, nachyliwszy się nad nami. - Raczej mi nie wolno, ale oprowadzę was. Wyglądacie mi na ciekawskich. To jak?
Spojrzeliśmy po sobie. Spacer po kulisach Brodwayu?! Nawet nam się nie śniło! Zgodziliśmy się natychmiast.
Miałem nadzieję, że podczas pokazywania Cristinie tego miejsca, nie natkniemy się na nikogo z obsługi. Jeden raz - spoko, pozwolono nam się pokręcić i w ogóle. Niemniej, jakby zobaczono, że sprowadzam tu ludzi, zamknięto by tylne wejście i nici z niezapomnianych wrażeń. O tym miejscu wiedziałem tylko ja, Mike i Sierra. Czułem jednak, że Włoszce się to spodoba. Postanowiłem zaryzykować.
- Nie patrzysz? - upewniłem się, kiedy znaleźliśmy się u wylotu korytarza.
- Nie - uśmiechnęła się. - Długo jeszcze?
- Już prawie. Chodź.
Stanąłem twarzą do dziewczyny i, nadal prowadząc ją za rękę, zacząłem iść tyłem. Przeprowadziłem ją przez wyjście. Byliśmy prawie na miejscu. Pokonaliśmy kilka stopni. Ustawiłem ją tyłem do kierunku, z którego przyszliśmy, a następnie puściłem i odszedłem kilka kroków.
- Gotowe. Otwórz oczy.
Cristina otworzyła oczy i zaniemówiła. Stała na najprawdziwszej scenie Brodwayu. Przed nią rozciągała się ogromna widownia. Rozejrzała się zauroczona; nad jej głową wisiały olbrzymie reflektory, teraz jednak zgaszone.
- I jak? - spytałem z uśmiechem.

Cristina?

środa, 4 czerwca 2014

Wolfind: od Iggy CD Chris'a

Starałam się nie oddychać nosem, żeby nie poczuć fajki jeszcze lekko ćmiącej się w trawie obok stóp dziewczyny. Nie, kiedy mijał rok, odkąd wygrałam z nałogiem. Rodzeństwo jeszcze się chwilę kłóciło, póki rzeczona Raquele odeszła wściekle. 
-Ech, te siostry bliźniaczki-sarknął chłopak-Ostatnio...ej...Iggy, co ci jest?-zaniepokoił się widząc, że staram się w ogóle nie oddychać.
-Co? Nie, nie nic....po prostu ta fajka...
Kiwnął głową.
-To może lepiej stąd chodźmy. A wracając do przerwanej wcześniej sprawy...
Ponownie mnie podniósł, przewiesił sobie przez ramię, a ja nawet już nie próbowałam stawiać oporu.
Fajny chłopak, ten Chris tylko trochę zarozumiały-myśli, że każda, do której się uśmiechnie traci dla niego głowę. Ogółem jednak OK. Aha i rozczochrany. I rozczochrany też. I jeszcze co tam było....rozczochrany. Oraz strasznie, strasznie rozczochrany. No i to chyba tyle. 
Wybór Chris'a padł na górkę piasku przy drodze. Wrzucił mnie w nią i jeszcze w piachu wykulał.
-Aaaargghh! Zabiję cię, Campbell! To nowa fryzura! 
-To teraz będzie jeszcze nowsza...taka a la Campbell!-roześmiał się diabolicznie.
Kiedy w końcu odszedł, oceniając swoje dzieło, ja siadłam zadyszana i spojrzałam na niego spode łba.
-Spłoniesz-stwierdziłam.-Osobiście o to zadbam. 

Chris?

wtorek, 3 czerwca 2014

Sun Shine: od Sary CD Chris'a

-Zimno trochę-zauważyłam.
-Spostrzegawczość godna Befor'a, szukającego gadulskich. 
Parsknęłam śmiechem.
-Chodźmy do tej!-powiedziałam już zaczynając skręcać w stronę rzeczonej pizzeri. 
-Niee...
-Bo co?-zdziwiłam się i zaczęłam biec w miejscu.
-Bo tam pracuje moje jedna...znajoma.
-Nie chcesz, żeby dziewczyn a zobaczyła cię z inną przy stoliku?
-What!? nie, to nie moja dziewczyna! Wręcz przeciwnie...strasznie złośliwa, jak mnie widzi z dziecwyznami.
-Może zazdrosna?
-Może...tylko jak jej to uśmiadomić?
Poszliśmy, a właściwie pobiegliśmy do innej pizzerii. Zamówiłam sobie pizzę z ananasem, a Chros pepperoni.
-Gruby będziesz-stwierdziłam błogo miażdżąc w zębach kawałki ananasa.
-Ćwiczę dużo, nie grozi mi otyłość-stwierdził odgryzając wielki kawał pepperoni,.

Chris? Sor, że krótkie, ale musiałam schodzić z lapciaka

niedziela, 1 czerwca 2014

Wolfind: Od Prady do Gwendolyn

- O, kutwa – takie to moje pierwsze wrażenie na widok kolejnej nudnej szkoły. Co ja na to poradzę, że mam uraz do ceglanych budynków? 
Podjeżdżając pod szkołę trochę głupio się czułam, tata przywiózł mnie swoim mustangiem, którego nie tak dawno temu rozbiłam uciekając przed policją i to tylko kilka kilometrów od tej właśnie przepięknej i nudnej szkoły. Oczywiście tatuś nie pozwolił go zezłomować, więc cały jest jak nowy, a ja jeszcze tylko podkręciłam silnik i teraz będzie chodził szybciej, tak... nie tylko na tańcu się znam. A jak trafiłam do tej szkoły? Dostałam się chyba cudem ze względu na moje papiery. Ze wszystkich innych szkół mnie wywalili. Raz złamałam jednej dziewczynie rękę, czemu? Bo uważała, że wszystko jej wolno. Drugi raz prawie przejechałam nauczyciela od matmy, właśnie dla tego jej nie lubię, no i jeszcze mnóstwo innych przypadków i powodów, taki mój urok. W tym roku mam się przyłożyć do nauki... Może mi się spodoba, jeśli będą mieli gdzieś, że mam fajki w portfelu i w walizce to dam radę przeżyć ten rok nauki, a może i dłużej, choć nie jestem pewna.
Wysiadłam z samochodu i zamachnęłam się by unieść walizkę, torbę i kosmetyczkę. Byłam taka zła że nie zauważyłam ojca, który najwyraźniej chciał mi pomóc. 
- Nie bądź taka wściekła, przecież i tak musisz się uczyć i chodzić do szkoły. - ze zdziwienia, aż upuściłam walizkę która się osunęła i uderzyła z lekkim hukiem o chodnik.
Ojciec nigdy nie odezwał się do mnie z uśmiechem. Może i jednak będzie dobrze? Nie... Raczej nie.
- To nie tylko przez szkołę – mruknęłam – nienawidzę tych dni w miesiącu.
Tak, o sprawach bardziej intymnych mówię otwarcie, a przynajmniej tak mi się wydaje.
- Masz wszystko co potrzebne?
- Nagle zaczęło cię to interesować?! - wybuchnęłam – Jedź już. Narazie. 
Opuścił głowę i poszedł smutno do samochodu.
- Będzie dobrze, kocham cię Prado
Nie... no ja chyba zemdleję, nie odzywał się do mnie od śmierci matki a teraz wyskakuje mi z takimi tekstami.
Pośpiesznie ruszyłam ku drzwiom i przeszłam przez próg. Odszukałam gabinet dyrektorki i zapukałam. 
- Proszę wejść! - odezwał się damski, miły głos.
- Dzień dobry, Prada. Mogę klucze od pokoju?
- Najpierw podpisz dokumenty – i podała mi kartkę z milionami podpunktów napisanych małym druczkiem.
Pośpiesznie podpisałam dokument i wyciągnęłam rękę po kluczyk.
- Nie przeczytasz regulaminu? - zapytała zaciekawiona.
- Nie. - ucięłam.
Podała mi klucze, ach jaki piękny numerek, 169. Kojarzy mi się z japońskim znaczkiem, chyba że mam brać pod uwagę tę bardziej zboczoną część mnie.
- I tak ich nie będę przestrzegać – mruknęłam ledwie słyszalnie gdy wychodziłam.
W pokoju było ciasno, ale nie tak źle. Choć jestem przyzwyczajona do wielkich przestrzeni. 
Usiadłam na krześle, ale po chwili wstałam i poszłam na korytarz.
-O boże! - krzyknęłam gdy prawie uderzyłam dość mroczną dziewczynę drzwiami.

Gwendolyn?