niedziela, 29 marca 2015

Sun Shine: Od Chrisa do Kat

- A, bu!
- Jezus, Maria! Chris, ty...
Reszta słów Katniss utonęła w namiętnym pocałunku. Wystarczające, zdaje się, przeprosiny za podkradnięcie się do dziewczyny od tyłu i przestraszenie tak skuteczne, że podskoczyła i uderzyła głową o otwarte drzwiczki szafki. Natychmiast odwzajemniła pocałunek i tak staliśmy na środku korytarza, zatracając się w usidlającej zmysły chwili, podczas której byliśmy tylko my. Ja i Ona.
- Kocham cię - szepnąłem do jej uszka, kiedy oderwała usta.
- Ja ciebie też.
- Chcesz iść ze mną na bal?
- Nie.
- Jak "nie"?! - obruszyłem się.
- Głupi! - Kat uśmiechnęła się radośnie. To jest najpiękniejszy uśmiech na świecie.
- Ja ci dam!
Dziewczyna zrozumiała, że czeka ją niechybna zemsta za frywolne igranie sobie z moją inteligencją i ruszyła z zamiarem puszczenia się pędem w stronę sali lekcyjnej, jednak ja byłem szybszy. Złapałem ją w pasie i mocno objąłem.
- Połamiesz mi żebra - pisnęła, zanosząc się nieopanowanym śmiechem. W odpowiedzi ścisnąłem jeszcze bardziej.
- Ohyda. - Jak spod ziemi wyrosła przy nas Raquel. Odczuwalna temperatura powietrza poleciała na łeb, na szyję.
- Co słychać? - zagadnąłem siostrę przyjaźnie, rozluźniając uścisk.
- Nędza. Odwołali mi rysunek, a miała być perspektywa.
- To co będziesz robić?
- Nie twój interes.
Od momentu, kiedy dnia poprzedniego rozeszliśmy się po lekcjach, nie widziałem jej aż do teraz. Nie miałem nic przeciwko temu, że czasem chce pobyć sama, jednak pierwszy raz nie zaczekała na mnie rano. Co ja plotę... Zwykle to ja czekam na nią. Mała nienawidzi tej szkoły! Nie wiem, co było dla niej tak ważne, że znalazła się w niej przede mną. Może, choć to bardziej niż niemożliwe, powodem był jakiś chłopak? Albo i dziewczyna. W sumie nie wiem absolutnie nic o orientacji Roki. Czasami mam właściwie wrażenie, że jest aseksualna. Zmierzyłem siostrę krytycznym wzrokiem. Ubrana była w luźną kraciastą koszulę i czarne spodenki umocowane na szelkach.
- Nie zimno?
- Nie - ucięła.
- Ja chyba pójdę już pod klasę - powiedziała Katniss. Raczej nie wystawiała się na towarzystwo mojej siostry jeśli nie było takiej potrzeby.
- Czekaj, kochanie, pójdziemy razem. - Prawą ręką objąłem dziewczynę w pasie. - Roki, nie masz nic...
- Nie - burknęła.
Wzruszyłem ramionami i ruszyliśmy z Katniss pod salę od WDŻ-tu. Na swoich plecach czułem odprowadzający mnie wzrok siostry, kłujący niczym zaostrzone patyczki do szisz kebabu.

- ...I właśnie dlatego partnerów powinno wybierać się z rozwagą. Jest to decyzja na całe życie. Naprawdę, małżeństwo w młodym wieku nie jest dobrym pomysłem - ciągnęła profesor Montez.
Przeciągnąłem się i szeroko ziewnąłem. Objąłem ramieniem moją kobietę siedzącą na krześle po prawej i demonstracyjnie pocałowałem ją w policzek. Nudziło mi się, a pani profesor, choć bardzo miła, przy każdym temacie mówiła dokładnie to samo. Jesteśmy za młodzi. Za młodzi. Za młodzi. Matko... Powie mi ktoś, na co jesteśmy wystarczająco dorośli? Ach tak, zapomniałem - na chodzenie do budy.
- Teraz wykonamy pewne ćwiczenie.
- Zajebiście - mruknąłem.
- Dobierzcie się w mieszane pary...
- Co to za gender? - Usłyszałem krzyk Michaela. Parsknąłem. Nauczycielka nie była jednak jedną z tych, co to denerwują się takimi komentarzami. Uśmiechnęła się serdecznie.
- Dziś pracujemy w parach heteroseksualnych - wyjaśniła cierpliwie. - Zatem pary. Macie pary?
- Tak jest - odezwało się kilka głosów na sali.
- Dobrze, weźcie sobie karteczki. Zadaniem każdego z was jest wypisać wartości, które waszym zdaniem są niezbędne do stworzenia zdrowego związku partnerskiego. Proszę, by się nie konsultować. Każdy uczeń robi swoją listę! Proszę bardzo!
Wyrwałem kartkę w kratkę z zeszytu od matmy i przeszedłem do ćwiczenia.
SEX
Napisałem wielkimi literami na samym środku pierwsze, co mi przyszło do głowy. Po namyśle pod spodem dopisałem takie hasła jak "wolność", "niezależność", "brak kontroli".
- Skończyliście? Wymieńcie się karteczkami w obrębie par i przeczytajcie odpowiedzi.
- Co tam nabazgrałaś, hę? - Wyjąłem papier z ręki Kat i podałem jej swój.

Miłość
Zaufanie
Zrozumienie
Wsparcie

- Dobrze więc - Profesorka wstała z fotela na środku sali. Klasa WDŻu była specyficzna. Nie było w niej ławek, a krzesła ustawione były w półkolu. - Czy któraś z par chciałaby się podzielić jakimś wnioskiem?
- Ta, mój chłopak to idiota - mruknęła Katniss, nadal wpatrując się w papier dużymi oczyma.
- Dlaczego, Kat?
Dziewczyna zamilkła. Cóż, jeśli nie miała ochoty czytać moich notatek na głos i się za mnie wstydzić (Jakby było za co. Pf.), mogła rozważyć głośne komentowanie.
- Przeczytaj bez obaw. Uwierz mi, jako nauczyciel widziałam i słyszałam wiele rzeczy. Chociażby wasz projekt z pierwszej klasy dotyczący opieki nad symulatorem niemowlęcia.
No to pojechała. Faktycznie rok temu z Katniss robiliśmy dodatkowe zadanie, które polegało na niańczeniu lalki z wbudowanym dyktafonem. Przekleństwa, które Montez usłyszała po odtworzeniu nagrania obniżyły nam ocenę, ale poza tym praktycznie jej nie ruszyły.
- Okej... Chris napisał...
Przewróciłem oczami i wyrwałem swoją kartkę z dłoni dziewczyny.
- Seks, wolność, niezależność - odczytałem jednym tchem.
- Dobrze - rzuciła profesorka bez mrugnięcia okiem. - Przeczytaj teraz listę Katniss.
Zrobiłem, co kazała. Podziękowała i zaczęła rozwodzić się nad tym, że w "naszym wieku" u chłopców i dziewcząt różnią się priorytety, że związki nastolatków z reguły szybko się kończą i takie tam. Nudy. Nudy, nudy, nudy. I sranie w banię w dodatku. Ścisnąłem dłoń mojej Kat. Słowa były w tamtym momencie zbędne.

Środa nie jest zbyt ciężkim dniem. Po siedmiu godzinach można zmykać do akademika. Ostatnia lekcja jaką była historia tak mnie jednak przymuliła, że po powrocie padłem na łóżko bez życia. Chciałem tylko na chwilę zamknąć oczy, niespodziewanie jednak zmorzył mnie sen. Obudziło mnie gwałtowne pukanie w drzwi. Wzdrygnąłem się za sprawą nagłego hałasu.
- Proszę - krzyknąłem, wycierając zaspane oczy. Głowa niemożliwie mnie bolała. Z hukiem do pokoju wparowała Katniss. Wcale nie polepszyło mi to nastroju.
- Chciałam tylko powiedzieć, że jesteś dupkiem - krzyknęła od progu.
- Ach, tak? Z jakiego powodu tym razem?
- Nie pierdziel. Wszystko już wiem! Ty... skurwielu!
- O! Patrzcie państwo, jaka wulgarna! - żachnąłem się, wstając z łóżka. - Możesz mi chociaż wyjaśnić, czym zasłużyłem sobie na taki chrzest?
- Dobrze wiesz, czym. - Uniosła na mnie płonące gniewem oczy.
- Jakbym wiedział, to bym się kurna nie pytał! - W tym momencie również podniosłem głos. Nie dość, że wybudziła mnie z drzemki, to jeszcze najeżdżała na mnie, nie potrafiąc wyjaśnić, dlaczego.
- Tak? Tak?! Zakład. Mówi ci to coś?
- Jaki kurwa zakład?! Powiedz wreszcie, o co ci chodzi, i z łaski swojej spadaj!
- Bardzo chętnie - warknęła. Zauważyłem, że w jej oczach zalśniły łzy. Przesadziłem? Może. Ale ona też. Nadal nie wiedziałem, co ją tu przygnało.
- Więc?
- Wiem, że zacząłeś być ze mną dla zakładu. Wcale mnie nie kochasz. Zostaw mnie w spokoju, gnoju. Nie chcę cię znać!
- CO?! Dla jakiego zakładu? Czy ciebie do reszty popieprzyło, dziewucho?!
- Mnie?! Wydaje mi się, że w tej sytuacji to ja jestem normalniejsza.
- Słuchaj mnie, bo nie będę powtarzał. Musiałbym być zdrowo pojebany, żeby wytrzymać rok w związku z laską, którą wyrwałem dla zakładu. Rozumiesz?
- Jesteś zdrowo pojebany - podsumowała gorzko.
- Kto ci nagadał takich bzdur?
- Nieważne - powiedziała cicho.
- Mów kto! Zaraz tam pójdę i tak go skopię, że nie będzie wiedział, gdzie ma przód, a gdzie tył!
- Po prostu się nie wypieraj, ok? - warknęła.
- Kiedy w końcu dojdzie do tego twojego pustego łba, że ja nic nie zrobiłem?! Dla zakładu... Brawo! Inteligencja ananasa. Nie wierzysz mi?!
- Nie, Christopher. Nie wierzę ci - odparła, a po prawym policzku spłynęła jej łza.
- Wiesz co... Spadaj stąd zanim do reszty mnie wkurwisz. Zmykaj! - Wyciągnąłem rękę w stronę otwartych drzwi.
- Pierdol się - syknęła, zmrużywszy oczy, i wybiegła z pokoju. Usłyszałem, jak zbiega po schodach na dół.
Wezbrał we mnie gniew. Czułem się o wiele bardziej pokrzywdzony od niej. No halo, dziewczyna, z którą jesteś od pieprzonego roku, wmawia ci, że wcale jej nie kochasz. Niech to szlag! Chwilę pomiotałem się po pokoju, po czym postanowiłem nawiedzić Mike'a i spytać, czy to przypadkiem on nie wyciął mi tego świńskiego żartu. Koleś ma przesrane!
- Coś ty, to nie ja! Przysięgam! - Michael uniósł ręce w geście niewinności, gdy kilka minut później wyrzuciłem mu wszystko w progu jego pokoju.
Nie chciało mi się wierzyć, ale miałem być taki jak Katniss? Po co nakręcać spiralę nienawiści? Wszedłem i siadłem na jego łóżku. Ukryłem twarz w dłoniach.
- Jezu, ona mi nigdy nie wybaczy!
- Wybaczy - bąknął kumpel, siadając na łóżku naprzeciwko.
- Nie! A najlepsze jest to, że chuja jej zrobiłem! Ale nie, ona nie daje sobie tego wytłumaczyć... A ja bez niej nie wytrzymam. Kurwa! Zapierdolę się...
- Kochasz ją, co? - wypalił. Chyba starał się mnie jakoś pocieszyć, ale mizernie mu to szło.
- Tak! - warknąłem.
- To przestań.
Zmroziłem go wzrokiem. Po minie wywnioskowałem, że pożałował swoich słów.
- Oddychasz? - zapytałem, starając się nie brzmieć jak desperata.
- T-tak - wyjąkał, patrząc na mnie ze strachem.
- To przestań.

Kat?
Woo, tyle weny xD

wtorek, 24 marca 2015

Wolfind: Od Gwen CD Raquel

Spojrzałam na Raquel. Widać było, że jest zadowolona z tego co przed chwilą się stało. Nie ukrywam, że ja troche mniej, ale cóż, plusem jest to, że nikt tu nie wejdzie. Minus, że dziewczyna Z KTÓRĄ mam tu przesiadywać ma prawdopodobnie coś z głową! Albo naoglądała się filmów i myśli, że jest fajna. Ale przyznam, jest to niewielka cena za chwilę wytchnienia wśród ludzi podobnych do mnie. Przynajmniej w małym stopniu.
Następnego dnia zeszłam na śniadanie. Omiotłam całą stołówkę niechętnym spojrzeniem i usiadłam przy wolnym stoliku. Nie byłam głodna, więc postanowiłam tylko obserwować otaczających mnie ludzi, jednak kiedy zauważyłam jakąś blondynkę całującą się z chłopakiem, który obmacywał ją jakby byli sami... Uznałam, że będę bez sensu wgapiac sie w swoje paznokcie.
- Siema - usłyszałam wyprany z emocji glos Rachel, która właśnie siadała przy moim stoliku.
- Cześć - rzuciłam pogardliwe spojrzenie na dziewczynę i chłopaka, którego ręce znajdowały sie juz pod jej koszulką. - Obrzydlistwo.
Na twarzy Rachel pojawił sie grymas obrzydzenia.
- Ludzie są dziwni - stwordziła.
- Jaki filozof... Chcesz Nobla? - mruknęłam - Jednak mniej cieszy mnie fakt, że masz rację. Wolfind schodzi na psy.
Po skończeniu śniadania wyszłyśmy z budynku kierując sie w stronę szkoły. Nic nie mówiłyśmy, co powiem szczerze bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na ławce przed szkołą i otworzyłam ćwiczenia z kształcenia słuchu. Miałam dużo zaległości, ale skoro juz mi sie nudzi... Obok mnie bez słowa usiadła Raquel ze słuchawkami w uszach. Powiem szczerze, że taka forma spędzania czasu bardzo mi pasowała.
- Co to Raquel, znalazłaś sobie nowych znajomych?
Nad nami stał nikt inny jak Chris. Zawsze mnie wkurzał. Z tego co mi wiadomo jest jej bratem.
- A co cie to w ogóle obchodzi?
- No wiesz - spojrzał na mnie - Gwendolyn Montrose, dziewczyna Mike'a... Z BALU - dodał widząc moją minę.
- Człowiek uczy sie na błędach - mruknęłam.
- Nikogo nie toleruje, a ty nagle siedzisz na jej świętej ławeczce? - kontynuował szczerząc się do siostry.
- Dobrze się bawisz? - zatrzasnęłam książkę i położyłam obok. - Dam ci jedną radę: spier da laj! Nie mam w zwyczaju bić ludzi, ale daję słowo, że zaraz stracisz zęby. - końcówkę wypowiedziałam z tonem nie adekwatnym do treści, wręcz przesłodzonym. Na samym końcu na mojej twarzy zagościł grymas podobny do uśmiechu.
Chris nic juz nie mówił. Wymienił kilka słów z Raquel, których nie słyszałam, gdyż na uszach miałam słuchawki z muzyką podgłośnioną na maksa. Po kilku minutach poczułam but Raquel na swoim ramieniu.
- Zdurniałaś?! - warknęłam wycierając ślad podeszwy.
- Nie wiem czy cie to obchodzi ale mamy lekcje. Chyba, że sie zrywamy - powiedziała tonem, którym równie dobrze mogłaby opowiadać o pogodzie.
- Postanowione - poderwałam się z ławki i udałam w stronę lasku.
- Gdzie leziesz? - zapytała szatynka przeciągając sie leniwie.
- Gdziekolwiek gdzie będzie pusto?
- Już nie pamiętasz, że jest takie miejsce? Gdzie nikt nie ma wstępu? - uśmiechnęła sie przebiegle.
- Tylko trzeba najpierw wejść do akademika gdzie nas zauważą, a potem dzieci śmieci na nas doniosą.
- Ojeej. Wielka Gwendolyn boi się konsekwencji wagarów - kpiła Raquel.
- Spi*rdalaj - warknęłam.
- Rób co chcesz - uśmiechnęła sie kpiąco - Ja idę do podziemi.
Przez chwilę patrzyłam na oddalającą się dziewczynę, po czym wywracając oczami ruszyłam za nią nie spiesząc sie zbytnio. Jakby sie cieszyła, gdybym za nią biegała... Jeszcze czego. Prychnelam na samą myśl upokorzenia tego stopnia.

Raquel? I znow pisałam na tel .-. Lel ta długość opka i styl mnie poraza ._.

poniedziałek, 23 marca 2015

Uwaga!

Dzień dobry, zacni uczniowie tej szkoły!

Jak zwykle kilka spraw. Pierwsza jest taka, że dokonałam zmian w strukturze formularza i będę wdzięczna, jak podeślecie mi poprawione formularze waszych postaci. No. I tyle.

Druga sprawa jest taka, że koło, bo ja wiem, 6 kwietnia robimy Bal Karnawałowy. Czyli standard, profil muzyczny otwiera walcem czy innym tangiem, dwie osoby z aktora (para) mogą zgłosić się do profesor Joke i robić za wodzirejów. Plastyk jak zwykle rzeczy typu transparent, girlandy, baloniki, kwiatki, sratki...
No. I zapraszać się w opowiadaniach na bal. I tyle.

Dobranoc.
Liv.

Lioneart: Od Pradisell cd. Michaela

PIERWSZE CZTERY CYFRY Z NUMERU MOJEJ POSTACI SERIO PASUJĄ DO MOJEGO REALNEGO NUMERU... PRZYPADEK? (PRZEC OSTATNIA TEŻ) ;o

Czasem zastanawiam się, czy ludzie myślą... Wiekszość chyba nie ma z tym problemu, ale jeden miał i to spore.
Wyjęłam z bocznej kieszeni potfela mały witrażyk i obejżałam go dokładnie. Gdyby było jakieś pęknięcie, czy chociażby zarysowanie miałabym ochotę zabić bruneta przed sobą.
- Jeśli nie odbieram to chyba wiadomo, że nie mam ochoty na rozmowę. - warknęłam.
Chłopak nie dał się spławić, co ja teraz zrobię?
- Mówiłaś, że w sobotę masz czas. Właśnie pomagam ci go miło spędzić. - wyszczeszył się jak głupi.
- Miło? Nie prosiłam o towarzystwo, ale skoro już tu jesteś, a ja jestem skazana, powiedz do jakiego akademika należysz? - dałam za wygraną i emocje opadły.
- Wolfind, ty do Lioneart, tak?
- Tak. Wiesz, tochę męczy mnie fakt, że masz mój numer, a ja twojego nie. Tak na dobrą sprawę nic o tobie nie wiem.
Wydarł kartkę z końca szkicownika i spisał mi swój numer ołówkiem B2.
- Teraz jesteśmy kwita - westchnęłam, ale bez jakiejkolwiek niechęci. - Idę pograć, czy masz zamiar iść ze mną?
- Grać? Na czym?
Chyba dopiero teraz uświadomił sobie, że mam przy sobie futerał, a w nim czarne, nowoczesne skrzypce.
Wyjęłam je i zaprezentowałam, huśtając nimi na boki.
- Jak dobrze grasz?
- W sumie nie wiem. Zaczełam dawno, ale też od dawna nie ćwiczyłam, jak będzie tragicznie rzuć we mnie czymś. - zaśmiałam się.
Wycięgnęłam nuty, z których i tak nie gram, bo są bardziej "na pokaz" i zaczęłam sunąć smyczkiem po rozregulowanych strunach. Na początku niezgrabnie mi to szło, ale z kolejnymi sekundami grałam coraz śmielej, ale nie trwało to długo, bo w środku mojego utworu dostłam ołówkiem po głowie, a smyczek zszedł z kursu wydając piskliwe dźwięki.
- Ej! Całkiem dobrze mi szło! - krzyknełam.
- Tak na dobrą sprawę, źle nie było...
- Dzięki - przerwałam mu.
- Ale mam ciekaszą propozycję na nudną sobotę. - wyszczerzył się, ale jego uśmiech już nie irytował mnie jak wcześniej.
- No pochwal się... Jaką bystrzaku?
Chowając skrzypce widziałam jak wyjmuje z kieszeni mapkę.
- Myślałam, że znasz całą okolicę - popatrzyłam podejżanie na mapę i usiadłam na oparciu ławki.
- Tak, ale to nie taka zwykła mapa!
Ten jego podejżany uśmiech mnie poraża.
- No to jaka? Nie nawidzę tej niepewności, bo boję się czy nie mam doczynienia z psychopatą...
- Ach, no przecież mówiłem, że nie jestem taki straszny! - przeniosł ciężar ciała na prawą nogę i skrzyżował ręce w geście "udawanego focha".
- No to tłumacz co to za mapka...
Westchnął głośno, a ja prawie zleciałam za ławkę. Tak moja równowaga mnie dobija...

Michael? Myśl co to za mapa, bo ja pojęcia nie mam xd

niedziela, 22 marca 2015

Wolfind: Od Michael'a do Pradisell

PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO CZEKAŁAŚ NA ODPIS. MIAŁAM PEWNE... PROBLEMY.

- Tak? - uniosłem brwi - W takim razie wyjdziesz ze mną kiedy indziej.
- To był rozkaz?
Dziewczyna zaśmiała się. Wzruszyłem szybko ramionami.
- Jeśli lubisz dominujących to tak. - posłałem zalotny uśmiech w jej stronę i pośpiesznie odwróciłem się.
Zdołałem zobaczyć jak przewraca oczami, po czym szybko odeszła w przeciwnym kierunku niż ja. Dogoniłem ją szybko.
- Jesteś nowa? - zapytałem.
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nowa w szkole? Hm?
Przygryzła wargę i zmarszczyła brwi. Pokiwała głową.
- Oprowadzić cię po mieście? - nie dawałem za wygraną.
Szła coraz szybciej, prawie biegła.
- Jestem aż taki straszny? - wyszczerzyłem się. - Umyłem zęby, słowo daję!
Zachichotała, lecz opanowała się szybko.
- Coś nie tak? - objąłem ją ramieniem, ale mnie odepchnęła. - Wszystko okej?
Skinęła głową.
- Straciłaś głos?
Posłała mi zdenerwowane spojrzenie.
- Jestem już spóźniona, okej? Zostaw mnie. - znów przyspieszyła.
- Dasz mi swój numer?
Zamrugała szybko.
- Co?
- Słyszałaś mnie.
Wzruszyła ramionami i wyjęła telefon z torebki.
- Ale szybko. Zwolnią mnie, jak tak dalej pójdzie. 798 840 830.
- Zapisane! Kiedy masz czas?
Uśmiechnęła się. Chyba się do mnie przekonała.
- Najprędzej w sobotę... A teraz muszę lecieć. Serio. - pobiegła a ja uśmiechałem się do siebie. Postanowiłem wrócić do akademika, po zanosiło się na więcej deszczu. Deszcz. Nie lubię deszczu.

Następnego dnia udałem się do parku. Zabrałem szkicownik, ołówki i smartfon z pękniętą szybką. Pamiątka po zeszłorocznej imprezie urodzinowej.
Zauważyłem dziewczynę, którą spotkałem wczoraj.
Wyjąłem telefon z kieszeni i zadzwoniłem pod uzyskany numer.

- Halo?
- Hej! Pamiętasz mnie, rozmawialiśmy wczoraj.
- Eeeeee.
Rozłaczyła się. Chol*ra. Po cichu schowałem się za drzewem, a kiedy przechodziła, wyskoczyłem zza niego.
- Bu!
- Chole*a jasna! - dziewczyna przestraszyła się i upuściła portfel. Podniosła go i rzuciła mi spojrzenie w stylu "Po*ebało cię do reszty?".

Pradisell? Mike idzie na podryw^^

sobota, 21 marca 2015

Lioneart: Od Nicole c.d. Dylana

Kolejny dzień, kolejny trening. Wypadłam trubo - tempem z pokoju, zakładając właśnie słuchawki, z których po chwili popłynął dźwięk melodii piosenki Arctic Monkeys "R U Mine?".
- I go crazy 'cause here isn't where I want to be... - nucąc, zarzuciłam torbę na ramię i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę hali.
Miałam jeszcze masę czasu, ale jak to zawsze uczyła mnie ciocia: lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Kiedy byłam w połowie korytarza przemknęła przede mną jakaś postać. Zanim zdążyłam się zorientować ktoś zniknął za rogiem. Zobaczyłam na podłodze zgiętą na pół kartkę. Pewnie struś pędziwiatr ją zgubił. Plan lekcji. Czyżby ktoś nowy? Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam bez chwili wahania, że odniosę kartkę właścicielowi. Problem był jeden. Gdzie go znaleźć? Zauważyłam na szczęście uchylone leciutko drzwi. Nie było powiedziane, że to pokój biegacza, ale jak to mówi większość gimbusów - "jolo", chociaż połowa nie wie co to znaczy. Zapukałam dosyć głośno. Otworzył jakiś (nowy raczej, bo nigdy go nie widziałam) chłopak.
- Tak? - mruknął zaspany.
- Obudziłam, przepraszam.. - zrobiło mi sie głupio. - To chyba twoje - dodałam pokazując plan.

(Struś Pędziwiatr? XD Bardzo mega very długie, wiem, sorkaaa....)

wtorek, 17 marca 2015

Sun shine: Od Dylana

Westchnąłem ciężko stojąc przed budynkiem Hollywood Arts – mojego (poniekąd lepszego) nowego życia. Chcąc, nie chcąc musiałem tylko przejść przez próg, iść do sekretariatu, odebrać plan lekcji i inne pierdolety.
Nim się zorientowałem, już pukałem w gładkie, drewniane drzwi. Po chwili ze środka dało się usłyszeć donośne „proszę!” pozwalające wkroczyć do pomieszczenia.
- Dzień dobry, Dylan O’Brien, Sun shine. Mógłbym odebrać plan lekcji? - szybko wyrecytowałem na poczekaniu ułożone w myślach zdania.
Sekretarka wysłuchała mnie nie przestając wstukiwać czegoś na klawiaturze, po czym wyjęła z szafki jakieś papiery oraz kluczyk (zapewne do pokoju) i podała mi je. Aha. To by było na tyle.
- Dziękuję, do widzenia! – powiedziawszy to, pomyślałem jednak: „oby nie!” i wyszedłem z pokoju. Nienawidzę sekretariatów. Zawsze siedzi tam jakaś wiedźma na krześle i tylko coś stuka na tej klawiaturze cały dzień. Chore, powiadam, chore!
Pędząc do akademika w celu szybkiego znalezienia się w pokoju i przeskakując co dwa schodki szybko znalazłem się na piętrze, gdzie znajdowało się mieszkanie numer 39, czyli moje. Sądząc po liczbach na drzwiach z tej strony korytarza, te których szukam, były po drugiej stronie.
„Po co spacerować, skoro można pobiec?” pomyślałem i jak głupi pognałem na (na szczęście pusty) koniec korytarza pilnując tylko, by nie zahaczyć o coś torbą. Nie, nie walizką. Torbą. Walizki nie są wygodne na schodach. Poza tym, ciotka zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła MOJE rzeczy w JEJ walizce. Wytłumaczę: sądzi, że od tego mam swoje rzeczy (których jest co prawda uboga kolekcja), żeby ich używać, a nie zmniejszać jej bogaty zbiór, który nie mieści się w jednej sypialni i zapewne jak wyjechałem zasypała tym wszystkim mój pokój mimo, iż zachowywała się, jakbym był skażony.
Zmęczony ciężkim dniem (tak, podróże raczej są cięższe niż dwugodzinny trening kick-boxingu), wyciągnąłem się na łóżko i tak leżąc zasnąłem.
Obudziło mnie uporczywe pukanie w drzwi. Pomyłka? Pewnie tak. W drodze do źródła hałasu pogrążyłem się w myślach typu: „A maiłem taki piękny sen! Nie pamiętam go, ale był ciekawy” i otworzyłem.
- Tak?

Ktoś?

sobota, 7 marca 2015

Wolfind: Od Raquel do Gwen

` Połóż pistolet na stół i uprzedzenia wyrzuć w kąt. Na całym świecie są faszyści, którzy nienawidzą innych rąk. Nie wszystkich możesz zabić. To niemożliwe - uwierz mi. Za dużo możesz stracić, bo takie krótkie są nasze dni... ~ T. Love

Jeszcze raz uważnie rozejrzałam się po pokoju, jakby miało to coś dać. Spojrzałam przez okno, lustrując podwórze akademików i upewniłam się, że drzwi zamknięte są na klucz. Przysiadłam na łóżku i bez zbędnych ceregieli chwyciłam strzykawkę. Robiłam to już przecież wiele razy.
Ledwo moją skórę pod łokciem przebiła igła, usłyszałam, jak ktoś naciska klamkę. Podskoczyłam ze strachu i momentalnie syknęłam z bólu. Kto był chociaż raz na szczepieniu, ten wie, że niezbyt mądrze jest ruszyć się, kiedy igła jest w ciele. Zaklęłam w duchu na własną głupotę i na cymbała stojącego pod drzwiami. Postanowiłam udawać, że mnie nie ma i poczekać, aż niechciany gość, który teraz zaczął pukać, sobie pójdzie. Salwy puknięć trwały dobre kilka minut, po czym przerodziły się w uderzenia. Czas uciekał, a ja nadal miałam strzykawkę wkłutą do połowy. Decyzja - zignorować natręta. Bo co zrobi, wyważy drzwi?
Zafundowałam sobie porcję świeżutkiej importowanej heroiny prosto w koryto krwistej rzeki. Za moment powinno zacząć mnie brać. To mocny towar.
Walenie w drzwi na szczęście ustało. Nie zdążyłam jednak nacieszyć się błogim spokojem, gdyż usłyszałam wibracje telefonu leżącego na biurku. Chyba zaczynałam chwytać, komu tak zależało na spotkaniu ze mną. Pospiesznie wrzuciłam moje przyrządy pod materac, naciągnęłam rękaw na miejsce wkłucia, na wypadek, gdyby zechciało krwawić, i otworzyłam drzwi przed spanikowanym Chrisem. Na mój widok prędko odjął telefon od ucha.
- Chcesz żebym dostał zawału?!
- Brałam prysznic - odparłam spokojnie.
- Kłamiesz.
Pokręciłam głową i zaprosiłam go do środka gestem ręki. Zaczął rozglądać się nerwowo po pokoju, otwierać szafki. Chwilę mi zajęło, nim zorientowałam się, co robi. Podeszłam do niego powoli i zasłoniłam ciałem komódkę, którą właśnie miał zamiar otworzyć.
- Powiesz mi, co robisz? - zapytałam. Kiedy indziej zrobiłabym mu awanturę, wytykając, że nie jest moim ojcem, i wyrzuciłabym go z pokoju na zbity pysk. Teraz jednak narkotyk zaczął działać, a ja czułam się wspaniale. Ogarnął mnie tak błogi spokój, że nie miałam ochoty na kłótnie.
- Na pewno coś tu kombinowałaś. Ja... zaraz znajdę. Przesuń się - powiedział szorstko, łapiąc mnie za ramię w miejscu ukłucia. Nie bolało. Dragi uśmieżają ból. Widzicie, same pozytywne cechy, a ludzie ich nie doceniają.
- Brałam prysznic - powiedziałam, nie ruszając się z miejsca. - Naprawdę.
- Kłamczucha!
- Uwierz mi, Chris - jęknęłam płaczliwym głosem.
Spojrzał w moje szkliste oczy i chyba pomyślał, że płaczę. Ha, dobre sobie. Uniósł brwi ze zdziwieniem, wziął mnie za rękę i zaprowadził na łóżko. Usiedliśmy.
- Przepraszam. Już wierzę - powiedział cicho. Oparłam się wygodnie o jego ramię i pozwoliłam objąć, przymknąwszy powieki. Milutko się tam leżało i wsłuchiwało w jego oddech. Czułam jakieś dobro wewnątrz mnie. Jakby nagle na świecie przestało istnieć zło, smutek i ból.
- Zimno - wymamrotałam. Natychmiast poczułam, jak naciąga na mnie polarowy koc. Zamruczałam z rozkoszą.
Obudziłam się po kilku godzinach, spocona jak diabli. Zrzuciłam z siebie koc i usiadłam na łóżku, zastanawiając się, co ja w ogóle robiłam i jak zasnęłam. W głowie coś zaczęło mi świtać... Strzykawka... Chris...
O kurwa!
Szybko zgarnęłam pościel na jedną stronę i podniosłam materac. Trzymam tam moje skarby, między innymi paczkę fajek i sprzęt do iniekcji. Bałam się, że uśpiwszy mnie, Chris dokładnie przeszukał pokój i powyrzucał wszystko. Jakaż była moja ulga, kiedy znalazłam wszystko w takim stanie, w jakim wcześniej to pozostawiłam. Wrzuciłam zużytą igłę do plastikowej torebki. Kiedy trochę się nazbiera, wyrzucę je, idąc na miasto.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, licząc szybko, ile spałam. Pięć godzin. Wystarczająco, by narkotyk przestał działać. Zresztą wskazywał na to fakt, że miejsce wkłucia bolało, jakby ktoś przywalił mi z pięści.
Siódma wieczór, czyli wszyscy powinni być teraz na kolacji. Świetnie się składało - byłam cholernie głodna. Nie jadłam obiadu. Obiadem była mi hera. Przyjrzałam się mojemu strojowi. Nie mogłam uwierzyć, że spałam jak kamień w butach na grubym obcasie. Przynajmniej wyjęłam sztylet i odłożyłam go na nocną szafkę. Chris pogodził się już z tym, że posiadam białą broń, nie unieszkodliwił go więc, a nie wiadomo, co mogłoby się stać, gdybym zasnęła z ostrzem. Teraz wsunęłam je za pas spodni, wygładziłam czarną koszulkę z nadrukowanym białym pentagramem i ruszyłam na parter, zgarniając komórkę do kieszeni. Kiedy znalazłam się na dole, nie pozostał już ani jeden kompletnie wolny stolik. Zrezygnowana zaczęłam poszukiwać jakiegoś w miarę znośnego towarzystwa do przetrwania tego jednego posiłku. Spostrzegłam samotnie siedzącą dziewczynę, umalowaną podobnie jak ja. Ubrana była w za dużą czarną koszulkę z wizerunkiem Drakuli. Powoli przeżuwała kanapkę, oznajmiając swym znudzonym wzrokiem i pretensjonalną postawą, że ma wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Chyba było jej na imię Gwen.
- Siadam tu - zakomunikowałam tonem nie znoszącym sprzeciwu, dopchawszy się do jej stolika. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, co odebrałam jako zgodę. Zresztą i bez tej zajęłabym to miejsce. Sięgnęłam po kawałek bagietki czosnkowej. Pieczywo było jeszcze ciepłe. Z lubością zjadłam jeden, potem drugi, a potem jeszcze dwa. Popiłam gorzką herbatą, zjadłam dwie kanapki z ciemnego chleba z szynką i dopchnęłam to wszystko winogronem.
- O, proszę! Kącik dziwolągów! - Kiedy w ciszy kończyłyśmy posiłek, usłyszałyśmy głos za naszymi plecami. Rozpoznałam po nim chłopaka z trzeciej klasy - Ricka. Straszny pustak i cham. Myśli, że jest wspaniały i wszystko należy się jemu. Już dawno planowałam, by dać mu nauczkę.
- Spierdalaj - odezwałyśmy się chórem.
- Żałosne jesteście - zaśmiał się nerwowo.
Kątem oka ujrzałam, że Gwen stara się po prostu olać. Ja jednak nie jestem tak opanowana. Uważam, że trzeba dopominać się o swoje. Poderwalam się z miejsca. Ścisnęłam w garści leżące na stole masło i rozsmarowałam na twarzy kolesia. Był tak zdezorientowany, że w pierwszej chwili nawet się nie zdenerwował, tylko stał z głupią miną jak taki osiołek. W sekundę później ogarnął go gniew nie do opisania. Starł tłuszcz obiema dłońmi. Miał minę godną seryjnego mordercy, jednak jedyne, co zrobił, to mnie pchnął. Nie byłoby tragedii, gdyby na koszulce nie zostały mi tłuste ślady. Moja ukochana, najnowsza koszulka! Ta zniewaga krwi wymaga! Dobyłam sztyletu. Bez ostrzeżenia chwyciłam tuż przy szyi jego koszulkę Los Angeles Lakers i dwoma szarpnięciami ostrza podarłam materiał.
- Co robisz, psychopatko?! - obruszył się. W jego oczach czaił się strach.
- Oddaję - warknęłam i wyszłam ze stołówki, posyłając mu spojrzenie pełne pogardy.

W sobotni poranek obudziłam się na obiad. O, tak! Szybko się ubrałam i punkt trzecia stawiłam pod jadalnią. Dziś miało być spaghetti, a w weekendy byłam, że tak powiem, nawet do życia, co nawiasem mówiąc wcale nie oznacza pokojowo nastawiona do ludzi. Zjadłam w pośpiechu i ruszyłam do szkolnej biblioteki. W weekendy w wyznaczonych godzinach mieliśmy do niej wolny dostęp, a ja musiałam napisać jakiś chędożony referat o wojnie z 1812. Właściwie miałam go gdzieś, ale biblioteka była jednym z nielicznych miejsc, w których jest ciemno i cicho, a zaszycie się w niej z dość dobrą wydumaną wymówką było wspaniałym pomysłem na spędzenie reszty dnia z dala od ludzi. Zarzuciłam na ramię szkolną torbę i, mimochodem spaliwszy na tyłach szkoły fajkę, już po chwili wspinałam się po schodach wewnątrz szkolnego gmachu. Do biblioteki weszłam bez żadnego "Dzień dobry" czy "Pocałuj mnie w dupę". Bezceremonialnie skierowałam się w najciemniejszy, najciaśniejszy kącik i, skuliwszy się w fotelu, zaczęłam obserwować zbierających się ludzi, których, ku mojemu jawnemu niezadowoleniu, było znacznie więcej, niż przypuszczałam. Mój cichy kącik mizantropki nie był jednak taki cichy. Przyglądałam się krzątającym się uczniom i zastanawiałam się, dlaczego wszyscy są tak zjebani. Codziennie widzę te zakazane ryje na korytarzu i mam ochotę ich wszystkich wystrzelać.
Za co?
Istnieją...
Chciałabym odciąć się od tych ludzi, ewentualnie zostawić przy sobie mojego nadopiekuńczego braciszka. Chciałabym zamknąć się w jakimś pokoju bez okien tylko z muzyką i strzykawkami, i zbudować własną przegrodę między całym motłochem a mną. Czy to nie genialne?
Zauważyłam Gwen siedzącą na skórzanej kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę i nagle mnie olśniło.
- Chcesz odciąć się od ludzi? - spytałam prosto z mostu, podszedłszy do jej miejsca.
- Co? - Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwieniem.
- Od ludzi! Odciąć się od ludzi! - Zirytowana podniosłam głos. Kilka par oczu, w tym bibliotekarka, zwróciło się w moją stronę. - Tak czy nie? - syknęłam.
- Wydaje mi się, że sama świetnie potrafię o to zadbać - prychnęła tamta, wracając do lektury.
- Słuchaj, mam pomysł na manifest naszej wyższości ponad motłochem. Wchodzisz w to czy nie?
- Jakieś szczegóły? - Gwen ponownie podniosła na mnie wzrok. Czyżby była zainteresowana?

- Tutaj będzie idealnie - oceniłam, wskazując na drzwi.
- Tutaj? - zapytała Montrose sceptycznie.
Znajdowałyśmy się w piwnicy akademika Wolfind, konkretniej przed drzwiami jednego z pomieszczeń służących jako magazyny. Odkryłam to miejsce niedawno i właściwie do dzisiejszego dnia nie miałam pojęcia, jak je wykorzystać. Zaobserwowałam, że nie dość, iż jest zamknięte, to nikt specjalnie nie kwapi się, by tam wchodzić. Ciekawe, dlaczego... Wyjęłam z kieszeni kawałek drutu i przez chwilę mocowałam się z drzwiami. Gdy wreszcie ustąpiły, stanęłyśmy na przeciw małego, potwornie zakurzonego pomieszczenia z jednym malutkim okienkiem, które praktycznie nie wpuszczało słonecznego światła. Było niemal całkowicie puste. Stała tu tylko jedna mała szafka i prosty, stary stół.
- Zajebista miejscówka - mruknęła.
- No nie? - zapytałam, udając, że nie wyczułam sarkazmu w jej głosie. - Trzeba skombinować dużo świeczek. I może jakieś twarde poduszki do siedzenia z dupą.
- Na ziemi?!
- To jest ARTYZM - warknęłam ze zniecierpliwieniem. I jak tu lubić ludzi? No jak? Użeranie się z osobami ograniczonymi umysłowo jest na potęgę męczące.
- Chciałaś powiedzieć: idiotyzm.
- Ya yebat'... Muzykant ne ponimayet.
- Co, kurwa?
- Nieważne - wycedziłam przez zęby, odruchowo kładąc dłoń na ukrytym pod koszulką ostrzem. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg magazynu. Podążyłam zaraz za nią.

Kilka godzin później, punkt dwunasta, po omacku ponownie zeszłyśmy do piwnicy, wyposażone w torby pełne różnego rodzaju świec, które udało nam się zdobyć, oraz dwie satynowe poduszki w odcieniu śliwkowym. Jeżeli miejsce to miało być azylem, trzeba było zrobić tam względny porządek, tak więc pod pachą trzymałam dużą białą szmatę zrobioną ze starej wuefowej koszulki.
- Więc co, ty sprzątasz? - zapytałam z drwiną, przyklejając bezczelny uśmiech numer trzynaście. Jednocześnie majstrowałam drutem przy zamku. W egipskich ciemnościach zadanie to było o wiele trudniejsze.
- Chyba śnisz, za żadne skarby nie dotknę tej brudnej szmaty!
- Shlyukha. Ja też nie. Pierdolę. Będzie brudno - fuknęłam, popychając drzwi.
Od razu zajęłam się rozstawianiem kolorowych zapachowych podgrzewaczy i świeczek w fikuśnych świecznikach. Właściwie nie było zbytniego pola do popisu. Ustawiłam po kilka świeczek na meblach, a na podłodze ułożyłam okrąg z podgrzewaczy. Gdy podpaliłam wszystkie knoty, piwnica wypełniła się tajemniczą, zmysłową poświatą. Nasze cienie tańczyły na ścianach, dając wrażenie ogromnej mocy, która sie tu znajduje.
- Usiądźmy w kręgu - poleciłam Gwen, która do tej pory przyglądała się moim poczynaniom z lekkim dystansem.
- Co, kurwa?
- Nadojeła żyzń... Siądź, do cholery, po tej stronie świec, a ja po tej.
Siadłyśmy naprzeciw siebie. Wyciągnęłam sztylet i z nutą pieszczoty przejechałam palcem po ostrzu. Potem zdecydowanym ruchem rozcięłam środek dłoni, nieznacznie się krzywiąc.
- Pojebało cię? - Zrobiła wielkie oczy i delikatnie odsunęła się do tyłu, patrząc na sączącą się ze mnie krew.
- Nie sądzę. Odbędziemy rytuał inicjacyjny. Oficjalnie otwieram działanie... - zamyśliłam się na chwilę. Dla porządku i własnej satysfakcji chciałam, żebyśmy nadały naszej... hm... organizacji jakąś artystycznie brzmiącą nazwę. Wszystkie jednak zdawały mi się być jakieś takie pedalskie. - Bractwa Upadłych Aniołów - powiedziałam w końcu. Gwen uniosła brwi.
- Okej... A ta krew to...?
- Braterstwo krwi i przysięga milczenia - wyjaśniłam, jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem. Podsunęłam jej sztylet.
- Jesteś stuknięta - powiedziała, spoglądając na mnie z ukosa niczym na psychopatkę.
- Sądzę, że raczej normalniejsza od większości ludzi na tym globie.
Gwen, ku mojemu zaskoczeniu zresztą, sięgnęła w końcu po sztylet i, wstrzymawszy oddech, przeciągnęła go przez wewnętrzną stronę dłoni, przyciskając klingę do skóry. Wydała z siebie tłumiony jęk bólu. Zdawało mi się, że trochę zbladła, lecz, będąc chyba pewną, że w nikłym blasku ognia nie jest to zauważalne, nie dała nic po sobie poznać. Podałyśmy sobie dłonie i, pozwalając naszej krwi na zmieszanie się, złożyłyśmy przysięgę milczenia.
Miałam naprawdę poważne plany co do tego przedsięwzięcia. To nie miał być jakiś Szkolny Klubik Miłośników Przyrody, czy coś. Jeżeli kiedykolwiek zaprosiłybyśmy kogoś tutaj, musiałby zrobić to samo. Może spiszę jakiś kodeks albo wymyślę sposób znakowania członków, nie wiem. W każdym razie nie widzę tego w formie luźnego sposobu na kreatywne spędzanie czasu po lekcjach.
- I co teraz? - zapytała Gwen, owijając dłoń kawałkiem białej szmaty.
- I nic - powiedziałam, siadając na pokrytym centymetrową warstwą kurzu stole i wyciągając z buta strzykawkę. - To wszystko.


Gwen? :D
Ten cytat tak mi tu bardzo pasował xd
Hyhy, ale to chore xD A jednocześnie mistrzowskie.
I znowu molestowanie przez dwie godziny stron typu narkomania.org, żeby dobrze opisać stan pod wpływem :,)

piątek, 6 marca 2015

Wolfind: Od Iggy CD Chris'a

-Oo, nie ma tak łatwo, śliczny!-zaprotestowałam.-Idę z wami.
Ethan i Mike nie wyglądali na zachwyconych, ale czy ich się kto pyta? Nie-e.
-Ale... na obcasach będziesz grała?-zapytał Ethan.
-Mam skarpetki. I mogę w nich grać, bo w przeciwieństwie do waszych nie są radioaktywne.
Oboje się nadąsali, ale Chris'owi chyba to nie przeszkadzało, bo uśmiechał się szeroko.
-No, to fajno! Będzie po równo, dwa na dwa.
Chłopaki nie podzielali jego entuzjazmu. Coś mi mówi, że mieli nadzieję na spotkanie w męskim gronie na ploteczki i świńskie żarciki. Och, jak mi przykro, że zrujnowałam im te plany. Popłaczę się zaraz.
-A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!-zarządziłam głosem mojego mentora życiowego- Króla Juliana.
Wybiegłam z pokoju Chris'a, a za mną cała trójka, z czego 2/3 nadąsane.
~~*~~
Przed halą stał Sherry i coś robił w papierach.
-A, cześć chłopaki... i młoda damo. Będziesz im kibicować? Który jest twoim chłopakiem?-nauczyciel poruszył sugestywnie brwiami, a ja schowałam twarz w dłoniach.
-Prze pana, to Iggy jest. Zrzuciła kolorową powłokę, a teraz przebiera się za dziewczynę.-wyjaśnił Cambell, na co posłałam mu mordercze spojrzenie.
-Aa...ha. No cóż? OK, wchodźcie. Iggy, jak zamierzasz grać?-spytał Sherry, bo kiedy już się wyjaśniło, że ta nadludzko atrakcyjna dziewczyna to Iggy, z góry założył, że będzie grać.
-W skarpetkach.-odrzekłam krótko i weszłam na boisko za chłopakami, którzy już załatwili piłkę.
-Dzielimy się na drużyny.-zarządził Mike.-Ja i Chris wybieramy. Ja pierwszy. Ethan.
-Hmm... kogo by tu wybrać...-Cambell rozglądał się, nie patrząc na mnie wcale-HEJ< PANIE SHERRY! ZAGRA PAN ZE MNĄ W DRUŻYNIE!?
-Spadaj-zaśmiałam się i dałam mu kuksańca w ramię. W tej samej chwili wszedł Sherry.
-Mówiłeś coś, Chris?-spytał.
-Już nic, panie psorze. Aha, ale mógłby pan nam wyrzucić piłkę.
Zmarszczył brwi udając, że nie wie, o co chodzi.
-To całkiem dobry sprzęt, dlaczego miałbym ją wyrzucać?
Po chwili jednak uśmiechnął się i wyciągnął rękę, a Ethan rzucił piłkę do nauczyciela. Na początek na wybicie poszedł Chris i Ethan. Cambell, jako że był trochę wyższy, przebił piłkę do mnie. Złapałam ją i zaczęłam kozłować błogosławiąc w duchu skarpetki antypoślizgowe. Mike ganiał koło mnie jak mucha wokół łajna. Rzuciłam piłkę do mojego współgracza, w locie jednak przechwycił ją Ethan. Stłumiłam przekleństwo i pobiegłam kryć Mike'a. Ethan wrzucił kosz.
Mecz skończył się jednak naszą wygraną, co nie zadowoliło Mike;a i Ethana. No, nie dziwię im się. Przegrali z dziewczyną i Cambellem. Och, po raz kolejny będę płakać.


Chris? Krótkie, krótkie, KRÓTKIE ;-;

poniedziałek, 2 marca 2015

Lioneart: Od Pradisell cd. Michael'a

Zabawne, że można iść do szkoły w taki deszcz. Szkoda, że nie pomyślałam o parasolce, ale już nie chciało mi się wracać. Wyrobiłam się idelanie z dzwonkiem, wpadłam do sali i przeczekałam wszystkie nudne lekcje, czasem słuchałam, czaem nie. Większość czasu rozglądałam się po zupełnie nowych dla mnie salach, na przerwach słuchałam. Zabawne ilu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć po prostu słuchając. Pare osób próbowało mnie wciągnąć w "interesującą" powagętkę, ale jakoś nie miałam ochoty. Pisałam, czytałam, spisywałam, recytowałam - dziwny dzień. Zrobiłam potrzebne mi notatki i wyszłam ze szkoły od razu po dzwonku.
Śpieszyłam się niesamowicie, bo przecież mam pracę... Warto czasem coś zarobić, choć ciągnąc od rodziców głupio nie było. Szybkim krokiem maszerowałam chodnikiem, miałam nadzieję skończyć pracę i rozpocząć weekend. Tylko co bym robiła? Zapewne poszła bym do parku, albo na jakieś warsztaty.
A imprezy? Nie do końca mi to pasuje, choć myśląc o nich coraz bardziej miałam na nie ochotę.
Rozmyślenia tak mnie wciągnęły, że uderzające we mnie pytanie, nie było zrozumiałe.
- Co? - spytałam, nie patrząc na rozmówcę, tylko na zegarek.
Zaraz się spóźnię...
Chłopak, jak się okazało, zaśmiał się. No świetnie, czy ja jestem taka zabawna?
- Co cię tak bawi? - prychnęłam. Ee... ogółem jestem miła, ale się śpieszę, czasem się zdarza.
- Czy idziesz na pizzę?
- Z wielką przykrością odmawiam - lekko się uśmiechnęłam, próbując zrekompensować moje poprzednie zachowanie. - Pracuję.

Michael?

Nowa uczennica!


Pradisell Fiadoro - Lioneart

niedziela, 1 marca 2015

Nowa uczennica!


Gwendolyn Montrose - Wolfind

Odchodzi!


Żegnamy Amberly Sherave z Wolfind!