czwartek, 27 listopada 2014

Nowy uczeń!


Dylan O'Brien - Sun Shine

Wolfind: od Iggy-Proces sądowy


-Iggelle! Ktoś do ciebie!-zawołała moja szefowa, a prawnie również moja matka. Jakiś czas temu udało jej się uzyskać do mnie prawa i już nie jestem zależna od tego pijusa. 
-OK, zaraz idę!-zdjęłam fartuch z logo zakładu fryzjerskiego i zbiegłam na parter Glamour. Było już zamknięte, a ja zaraz miałam wracać do akademika. Pośrodku sali, w otoczeniu foteli fryzjerskich stał picuś-glancuś w garniturze i z przylizanym włosem.
-Pan do mnie?-spytałam. Facet spojrzał na mnie, jakbym była kosmitką-lesbijką i właśnie oświadczyłam, że zamierzam poślubić Kim Kardashian.
Uniosłam brwi.
-Iggy.-wykrztusił-To ja. Tata.
Stłumiłam nagłą furię i tylko uniosłam brwi.
-Mój ojciec to pijus, żul, obdartus i bankrut. Ja bardzo pana przepraszam, ale musiał mnie pan z kimś pomylić. Miłego dnia życzę.
Odwróciłam się i chciałam odejść.
-Iggy! Czekaj! Uwierz mi, zmieniłem się. Twoja mama, Jessica Nytal popełniła samobójstwo, bo miała słabe nerwy, śpiewałaś w kościele do ósmego roku życia, byłaś...
-Słabe... nerwy?-zapytałam cały czas odwrócona tyłem, drżąc z wściekłości-Słabe... nerwy!? TY mówisz, że MAMA miała słabe nerwy!? Twoje pijaństwo ją zabiło, a ty mówisz, że miała SŁABE NERWY!?-zaśmiałam się piskliwie. On, który śmie się nazywać moim ojcem, mało ojcem, TATĄ, zrobił krok do tyłu, przerażony.-Zabiłeś mamę! Nie zasługujesz na dziecko! Nie zasługujesz nawet na szacunek! Jesteś zwykłym pijakiem i mordercą!
Wykrzyczałam mu to w twarz. To i jeszcze parę innych zdań, nie nadających się do zapisania. 
-Iggy... kochanie... córciu. Zrozum, że to nie moja wina. Ona mi przysięgała na dobre i na złe, a nie na miesiąc miodowy...
-MIESIĄC MIODOWY!?-ryknęłam-A ty ślubowałeś wierność i miłość! Właśnie widziałam, jaki ty byłeś jej wierny! Poważnie myślałeś, że nie widzimy tych wszystkich opitych lasek, które do nas sprowadzałeś i na ich rzecz kazałeś mamie spać na ziemi!? A jak ją biłeś, kiedy broniła moich podręczników, które ty chciałeś sprzedać, żeby zarobić na wódę!? Wynoś się stąd i zostaw mnie w spokoju, a jeśli jeszcze raz się pojawisz w Los Angeles, pozwę cię do sądu pod zarzutem gnębienia!
-I tak wkrótce zobaczymy się w sądzie! Ubiegam się o przywrócenie mi praw rodzicielskich!
-Ty... ty... nie powiem s********e , bo babcia była dobrą kobietą. Jesteś po prostu potworem. Potworem! POTWOREM!
-Do zobaczenia w sądzie w piątek o godzinie szesnastej!-krzyknął i wybiegł.
Dysząc ciężko stałam pośrodku salonu. Padłam na kolana i spuściłam głowę. Za sobą usłyszałam kroki, a moja szefowa położyła mi dłoń na ramieniu.
-Dlaczego... dlaczego się zgodziłaś? Czemu go nie wywaliłaś na zbity py*k? Nie chcesz mnie już?
-Iggy... Bardzo chcę. Jak nigdy nie mogłam mieć córki, tak ty mi ją zastąpiłaś. Ale to jego święte prawo, starać się o prawa do ciebie. To twój biologiczny ojciec. Ale i ty masz prawo wypowiedzieć się w sądzie. Tylko nie mów "Nie i już" tupiąc nóżką, tylko mów logicznie, przedstaw argumenty. Wykorzystaj urok osobisty. Oczaruj ich kulturą. Iggy... Iggy? Żyjesz?
Uniosłam głowę, olśniona.
-Potrzebny mi świadek. Czekaj tu!
Wyleciałam z salonu jak na skrzydłach.
~~*~~
-Cambell! Cambell, debilu, otwieraj! Jesteś mi potrzebny! Cambell, chole*a jasna, wychodź!
W drzwiach stanął nażelowany przystojniak.
-Słucham, słoneczko?
-Spotkamy się w sądzie, piątek, szesnasta!
-Co!?-zdziwił się-Co ja ci zrobiłem?
-Masz mi pomagać w sądzie. Idiota, który śmie się nazywać moim ojcem, stara się z powrotem o prawa do mnie. Ty masz mówić, że bez niego jestem silna, samodzielna i niezależna.
-OK. Poniekąd nie skłamię. 
~~*~~
W piątek po południu ubrałam się w czerwony, elegancki kostium


i czerwone buty na obcasie


Razem z moją szefową Rebecką i Chrisem w garniturze wsiedliśmy do Mini Coopera Rebecki i pojechaliśmy pod sąd.
W sali był już ten... no, wiadomo kto i jego dziewczyna, czy tam ktoś. Plus jeszcze na ławach mały tłumek żądny wrażeń.
-Siadaj, nie rzucaj się w oczy, Cambell.
-No, nie wiem czy przy moich gabarytach to możliwe, ale spróbuję.
Uśmiechnąłem się pod nosem i poprawiłam koka. Na salę wszedł Wysoki Sąd, czyli wysoka brunetka w średnim wieku o zaciętym wyrazie twarzy. Tylko udaje taką twardą, z nią pójdzie łatwo.
Po formalnościach rozpoczynających rozprawę, mężczyzna wyszedł na środek i przedstawił swoją sprawę:
-Nazywam się Ezechiel Nytal, lat 42. Prowadzę niewielką sieć sklepów. Jestem tu, aby ubiegać się o odebrane mi prawa rodzicielskie do tu obecnej Iggelle Nytal, mojej córki. 
-Dlaczego odebrano panu prawa rodzicielskie, panie Nytal?
-Przyznam się z boleścią, że popadłem w nałóg alkoholowy, a moja słaba nerwowo żona popełniła samobójstwo. Moja córka wyjechała bez mojej wiedzy do szkoły z internatem, a prawa rodzicielskie zyskała obca kobieta, po której nie wiadomo czego można się spodziewać. 
-Protest, Wysoki Sądzie.-powiedziałam spokojnie, a głośno. 
-Słucham, zapraszam do barierki. Proszę się przedstawić, wiek i aktualne zajęcie. 
-Nazywam się Iggelle Nytal. lat szesnaście, jestem uczennicą w miejscowej szkole Hollywood Arts. Mężczyzna podający się za mojego ojca twierdzi, że jego żona, moja mama, Jessica Nytal z domu Smith popełniła samobójstwo z powodu słabych nerwów. Trzeba jednak wiedzieć wam, obecni i tobie, Wysoki Sądzie, że Jessica nie odebrała sobie życia od razu, gdy pan Ezechiel przyszedł pijany do domu po raz pierwszy, tylko po kilku zdradach, wielu pobiciach i kiedy wyrwał mi siłą kochanego pluszaka, którego zamienił na pieniądze na alkohol. Nie mogła już tego wytrzymać i powiesiła się przywiązując się za szyję do lampy i skacząc z krzesła. Od tego czasu zostałam sama na pastwę potwora.
-Sprzeciw, Wysoki Sądzie!-krzyknął Ezechiel.-O ile pamiętam, dziewczynce w moim domu nic się nie stało.
-Proszę o ciszę, panie Nytal.
Usiał zawstydzony.
-Jak już mówiłam, na pastwę potwora. A co do jego wcześniejszej wypowiedzi, nic się nie stało fizycznie, nie licząc oczywiście braku higieny i wygłodzenia, jednak co do twoich metod wychowawczych mam poważne zastrzeżenia. Nieraz, kiedy spraszał kolegów z ulicy na pijackie hulanki i hazard, uczyli mnie gier hazardowych mówiąc "Niech się dziecko czegoś nauczy pożytecznego na przyszłość". No, niech ktoś z obecnych mi powie, że to dobry przykład dla dziecka!-nikt się nie odezwał.-Kontynuując, korzystając z szansy jednaj na milion zapisałam się do szkoły, w której mogłabym rozwijać talent plastyczny. 
-A czyżbyś u mnie nie mogła go rozwijać!?-rozgoryczył się.
-Oczywiście, że mogłam, jeśli za rozwijanie talentu uznać układanie na podłodze mozaik ze szkieł i kapsli po piwie. 
Z tyłu sali rozległy się stłumione śmiechy. Wiedziałam, że należą do Chris'a i Rebecki. Sama byłam świadoma, że to co mówię może brzmieć śmiesznie, ale byłam gotowa zrobić wszystko, żeby z nimi zostać. 
-Wysoki Sądzie, proszę o głos.
-Zapraszam do barierki, panie Nytal.
-Nie ma takiej potrzeby, to tylko jedno zdanie. Dlatego właśnie pokonałem nałóg i się ogarnąłem-bo córka bez ojca jest zagubiona w świecie i obca wszystkim.
Tylko na ten argument czekałam!
-Wysoki Sądzie, jeśli można, mam świadka, który mógłby temu zaprzeczyć. Jest to mój kolega szkolny, Christopher Cambell. 
-Zapraszam, panie Cambell. Proszę podać wiek.
-Mam szesnaście lat i chciałbym zaprzeczyć słowom pana Nytal. Iggy, kiedy przyszła do szkoły nie była szarą myszką. Wręcz przedziwnie, udzielała się nawet nieco przesadnie.-uśmiechnął się. Miał na myśli oczywiście moje wezwania do dyrektorki w związku z bójkami.-Jest pewna siebie i samodzielna. Od razu mi zaimponowała i zaprzyjaźniliśmy się. 
-Dziękuję, proszę usiąść.
Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Proszę teraz do barierki zastępczą matkę Iggelle.
Rebecka wstała i podeszła.
-Imię, nazwisko, wiek i aktualne zajęcie.
-Nazywam się Rebecka Tomson, mam 37 lat i prowadzę salon fryzjerski Glamour w Los Angeles.
-Proszę powiedzieć, kim dla pani jest Iggelle?
-Iggy z początku była moją pracownicą, stażystką. Do Hollywood Arts potrzebna jest praca, ponieważ uczniowie sami na siebie zarabiają. Potem, żeby mogła mieszkać u mnie w wakacje i nie wracać od domu, za jej zgodą oczywiście, wystarałam się o prawa rodzicielskie. Jesteśmy razem szczęśliwe, na co dzień mieszka w akademiku, w wakacje i dłuższe przerwy u mnie, za miastem. 
-Dziękuję, proszę jeszcze raz Iggelle.
Podeszłam z bijącym sercem.
-Iggelle, Sąd podjął decyzję i potrzebuje twojej opinii- czy chcesz pozostać z Rebecką Tomson, czy wrócić do Ezechiela Nytal. 
-Oczywiście, że lepiej mi z Rebecką!
-Zatem postanowione. Sąd postanowił-Iggelle Nytal zostanie w domu Rebecki Tomson i będzie kontynuować naukę w Hollywood Arts.
Całkiem niezależnie od siebie, podskoczyłam wysoko z krzykiem na ustach. Szybko pobiegłam do Chris'a i Rebecki.
-Tak bardzo ci dziękuję, Chris.-szepnęłam z rękami na jego szyi. 
-O, mała!
Podniósł mnie i okręcił w powietrzu.
-Udało się, zostaję!
-Wiem, kochana.-Rebecka mnie przytuliła.
Spojrzałam na nich. Dwie najukochańsze istoty na świecie.

THE END! :D Uff, ponad godzina pisania :D

niedziela, 9 listopada 2014

Lioneart: od Vee do kogoś

Otworzyłam oczy. Obudził mnie budzik w telefonie. Jęknęłam niezadowolona i nie podnosząc głowy z poduszki zaczęłam szukać źródła nieprzyjemnego dźwięku. Po kilku sekundach udało mi się. Pokonałam potwora! Trochę jeszcze poleżałam rozmyślając jak będzie wyglądać akademia. Przecież mam się w niej uczyć przez kilka następnych lat. W końcu wstałam i podeszłam do szafy. Wybrałam z niej ubrania, a właściwie wyjęłam z niej te, które zostawiłam sobie na podróż pakując wczoraj walizkę.



Idąc do łazienki potknęłam się o kilka rzeczy. Kiedy dotarłam do celu przebrałam się i doprowadziłam do porządku. Wziąwszy ze sobą walizkę - którą potem pozostawiłam w przejściu - weszłam do kuchni. Zjadłam w biegu tosta z dżemem malinowym i popiłam kakao. Wytarłszy słodkie wąsy pobiegłam do samochodu gdzie już czekali na mnie rodzice. Jak się oni tam znaleźli tak szybko?
- Hej - powiedziałam. - Jedziemy?

Nie wiem kiedy podróż minęła. Bez przerwy patrzyłam za okno i słuchałam muzyki z radia. No dobrze, jeszcze zdążyłam narysować psa - i kilka innych rzeczy - tylko nie wiem, gdzie go widziałam.



Wyszłam z samochodu. Rozciągając się zerknęłam na akademię. Hm... Wyobrażałam ją sobie inaczej. Ta nie jest zła. W sumie... Całkiem fajnie wygląda! Wyjęłam z bagażnika walizkę i pożegnałam się z rodzicami. Zaczęłam prawie skacząc zmierzać w stronę szkoły. Jest tylko jeden problem - jak się tu odnaleźć? Biegałam po całym budynku w poszukiwaniu gabinetu dyrektorki, ale głównie robiłam tylko kółka. W końcu postanowiłam kogoś zapytać, więc złapałam jakąś dziewczynę przechodzącą obok.
- Hej, nie wiesz przypadkiem gdzie jest gabinet dyrektorki?

Ktoś?

Lioneart: Od Nicole do Vee

Wstałam wcześnie rano i zerknęłam na godzinę, widniejącą na ekranie blokady telefonu. 7:15. Tak szybko?
- Ugh - jęknęłam i wstałam z łóżka, po czym szybko udałam się do łazienki, gdzie się porządnie ( w miarę) ubrałam:



Następnie wzięłam plecak i po zamknięciu pokoju udałam się na dół. Julia widocznie już wyszła, może chciała jeszcze obejrzeć szkołe, czy coś. Ja udałam się na dół, pod klasę od angielskiego, gdzie zaskoczona dowiedziałam się o sprawdzianie. Wyjęłam szybko zeszyt. Faktycznie, zapisane miałam, ale czemu tego nie zauważyłam? Tego nie wiem. Starałam się skupić na powtarzaniu, ale było to niezmiernie trudne, bo tego co tu panowało, nie można było nazwać ciszą. Jednak nie to odwróciło moją uwagę. Przykuła ją pewna dziewczyna. Widocznie nowa, nie widziałam jej wcześniej. Pewnie klasa pierwsza. Domyśliłam się, że przyszła do nauczycielki od angielskiego, która miała ją pokierować do klasy i tak dalej. Była trochę spłoszona, nie dziwiłam się jej w gruncie rzeczy. Postanowiłam do niej podejść.
- Hej - powiedziałam. - Można się dosiąść?
Kiwnęła głową.
- Jestem Nicole. Ty tu nowa? - zadałam pytanie, na które odpowiedź była rzeczywista, ale nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
- Tak. Jestem Vee. - odparła nieśmiało.

(Vee? Tak bardzo długie i "ciekawe" opowiadanie... Mmm... ;_; )

piątek, 7 listopada 2014

Wolfind: od Iggy do Chris'a

Cała szkoła nie gadałoa o niczym, tylko o tych gościach z wymiany. Jak dla mnie spoko, ale żeby się aż tak ekscytować? Przesada, aż brak doniczek. Ja, nikogo na szczęście nie przyjęłam, poza tym i tak bym się pewnie nie zgodziła. Po co mi dodatkowa cegła do plecaka? No, ale do Anglii to bym chętnie pojechała. Paryż obskoczyłam w wieku 6 lat. Tak samo Madryt, Barcelonę, Berlin i Nowy Jork. Ale w Londynie, o dziwo, nigdy nie byłam. Trzeba to nadrobić.
Nie jestem do końca pewna, co mi się śniło, ale był tam Chris i biblioteka. On mi coś pokazywał, a ja się śmiałam. To, z czego się śmiałam było wielce zabawne, tylko nie pamiętam, co to było! Wiem tyle, że po przeudzeniu nadal się śmiałam. A może to było jeszcze przed budzikiem? Nie wiem. Śmieszne było na pewno.
Leżałam i próbowałam przypomnieć sobie swój sen, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Pisnęłam i podciągnęłam kołdrę pod brodę.
-Dzieńdobry, mała! Co u ciebie, Nytal?
Odetchnęłam z ulgą, a chwilę potem ze złością parsknęłam. To był tylko i aż Cambell, mój szurnięty i zboczony, ale kochany przyjaciel. Filozoficzna myśl, jak zwykle nie na miejscu, kiedy leżę pod kołdrą, a w moim pokoju krząta się moje przekleństwo- czasem, a nawet częściej, mam ochotę go zabić, ale nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś mu się stało. Chybabym go zabiła...
-Co ty tu robisz, debilu! Nie widzisz, że goła jestem!
Chłopak spojrzał na moje ramię wystające spod kołdry, stwierdził, że mam nie jest nagie i wzruszył ramionami.
-Masz piżamkę.
-Później pogadamy, a teraz won! No, chyba, że cię zabiję!
-Ile razy zamierzasz mnie zabijać?-spytał złośliwie.
-Precz!-wydarłam się i rzuciłam w niego poduszką, co było błędem, gdyż byłam o nią oparta, i gdy sama ją wyjęłam spod swojej głowy, boleśnie wyrżnęłam w ścianę. Chris jeszcze parsknął śmiechem na pożegnanie i wyskoczył niczym gazela z pokoju, zamykając drzwi. Ja wyszłam spod kołdry, wzięłam ubranie z szafy i dla bezpieczeństwa poszłam si,ę ubrać do łazienki. Dodatkową ochroną było zamknięcie na klucz.
Wyszłam z łazienki ubrana



i zawołałam.
-Właź, debilu i mów czemu zakłócasz mój spokój!
-Witaj, kochanie. Ja ciebie też!
-Jak też mnie nienawidzisz to co tu robisz?
- Nasz ranny ptaszek uroczy jak zawsze.
-Mów co ci chodzi pod tymi kłakami na żelu!?
-Mam fajną sprawę. Będzie śmiesznie.
~~~*~~~
Debil zaprowadził mnie do biblioteki.
-Czego my tu szukamy?
-Znalazłem coś fajnego.
-Chwileczkę... a czego TY szukałeś w BIBLIOTECE? Nagła miłość do książek się objawiła?-zaczęłam się krztusić ze śmiechu, nie tylko z powodu, że Cambell wszedł do biblioteki, a co więcej znalazł w niej coś CIEKAWEGO dla niego. Drugim powodem był fakt, że już wiem, co mi się śniło.
-OK, co masz ciekawego?-spytałam kiedy się trochę ogarnęłam i zostałam upomniana przez bibliotekarkę.
-Zagadkę. Możemy odkryć epicki skarb, dziewczyno!-złapał mnie za ramiona i potrząsnął.
-Dobra, dobra. Nie ekscytuj się tak. Co to jest?

Chris???

Sun Shine: od Sary CD Will'a

-A co do ciebie-odezwał się-To ty też jesteś spoko. Ujdziesz w tłoku.
Zaczęliśmy się śmiać, już po raz któryś tego dnia.
-Chodźmy na ten obiad-powiedziałam i wskoczyłam na poręcz.
-Sara? Co ty odstawiasz?-wyszczerzył się Will.
-No, jadę na obiad... łiiiiii!
Chłopak roześmiał się głośno, aż usłyszałam na dole.
-Jesteś nienormalna!
-Dziękuję!
-Teraz ja jadę!
Chłopak zjechał po poręczy, jednak ćwiczenie nadal czyni mistrza, a ów chłopaczek nie miał wprawy w zjeżdżaniu z naszej poręczy. Nie zdążył zeskoczyć i upadł tuż przede mną.
Dostałam ataku głupawki.
-Chodź, pomogę ci wstać.
Wyciągnęłam do niego rękę, a on za nią złapał i pociągnął mnie na dół, co było błędem, gdyż spadłam na niego.
Moje i jego policzki zabarwiły rumieńce. Wstałam szybko, z nieśmiałym uśmiechem patrząc na niego jak się podnosi.
-Ten... tego. Policzki ci do włosów pasują.-powiedział niezręcznie, co ja skomentowałam parsknięciem.
-A tak właściwie... co na obiad?
-Z tego co wiem, angielska kuchnia, tak na powitanie.
-Pysznie! Mam ochotę na herbatkę z mlekiem.
Weszliśmy do stołówki, i po odstaniu swojego siedliśmy do stołu. Pijąc herbatę z mlekiem nie odzywaliśmy sie do siebie, a ja miałam przed oczami tylko jedno- tę chwilę, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy, po tym, jak tak niefortunnie na niego spadłam.
A może to właśnie dobrze? Może to takie, pozornie niestotne upadki, zaważają na naszym życiu?

Will?

sobota, 1 listopada 2014

Sun Shine: Od Ethana cd. Sierry

- Jak tam, mała? - Wyszczerzyłem się w uśmiechu.
- Mała? - Dziewczyna uniosła ze zdziwieniem brew.
- No chyba nie duża? - zapytałem zaczepnie, spoglądając na nią z góry. Byłem wyższy co najmniej o głowę.
Wzruszyła ramionami.
- W porządku. Wakacje jak wakacje. A twoje jak?
- To samo - odparłem z uśmiechem. - Kosz i gitara. Co można robić przez wakacje?
W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. Pewne wakacyjne popołudnie...
- To jak młody, idziesz z nami?
Jeden z kumpli mojego brata, niejaki Jason, wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. W odpowiedzi delikatnie uniosłem kąciki ust i wróciłem do strojenia gitary.
- Nigdzie nie idzie! - Do salonu wparował mój starszy braciszek, Taylor, poprawiając kołnierzyk koszuli. Przewróciłem oczami. Koledzy często denerwowali go w ten sposób i mieli radochę z jego protestów.
- I tak nie miałem zamiaru - mruknąłem, grając gamę.
- Coś ty, młody, idziesz, idziesz! - zaprotestował drugi kolega Taylora, czarnowłosy Damon. - Masz już piętnaście lat, koniec dziecinady! Zabieramy cię na męską imprezę.
Hm... Czyżby tym razem mówili na serio?
- Nieprawda! Nigdzie go nie zabieramy!
- Ktoś tu się bulwersuje - powiedział do mnie Jason teatralnym szeptem.
Widziałem kątem oka, jak Taylor zabija mnie wzrokiem, toteż odpowiedziałem szybko:
- Dzięki, chłopaki, ale ja raczej zostanę w domu.
- Daj spokój! - wykrzyknął Damon. - Masz zamiar cały wieczór grać na tym banjo? Robiłeś to codziennie przez ostatni rok!
- Właściwie może pograłbym w kosza.
- Jutro też jest dzień! Idziemy do najlepszej imprezowni w LA! Wreszcie wyrwiesz sobie laseczkę. - Damon trącił mnie łokciem.
- Ej! Czy do was nie dociera, że ja go nigdzie nie biorę?! - Taylor był już nieźle wkurzony. Przejechał palcami po blond włosach postawionych na żel.
Z tymi swoimi idealnie białymi zębami, idealną czerwoną koszulą, nowymi ciemnymi jeansami, najmodniejszymi air maxami i błyskiem szaleństwa w piwnych oczach wyglądał jak milion dolarów. Znów miał pewnie ambicję znalezienia panny na wieczór i pobawienia się z nią do rana. Cóż, jak kto lubi.
- Tay, wrzuć na luz. Niech się raz chłopak zabawi.
- Niech się bawi, ale beze mnie.
W napięciu obserwowałem tę scenkę. W sumie nawet bym sobie z nimi wyszedł. Nie było jednak szans, by Taylor się na to zgodził.
- No weź!
- I tak go nie wpuszczą. - Mój brat wyciągał najróżniejsze argumenty.
- Przecież on wygląda na o wiele starszego!
- Bzdura. Zresztą nie jestem niańką! Jak chce się bawić to niech idzie do piaskownicy.
Moje usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Taylor był starszy tylko o trzy lata, a szarogęsił się, jakby miał przed sobą nieznośnego berbecia.
- Przecież nie musi wszędzie z nami łazić - powiedział Jason. - On pójdzie w swoją stronę, my w swoją. Będziesz miał ten swój wieczór.
Taylor błądził wściekłym spojrzeniem po twarzach naszej trójki. Spuściłem głowę i zacząłem udawać, że śmiertelnie zainteresowało mnie coś w gitarze. Spodziewałem się wybuchu gniewu i agresji. Ku mojemu zdziwieniu brat westchnął ciężko.
- Dobra, gnido. Ubierz się jakoś normalnie. Czekamy w aucie. Chodźcie, chłopaki.
Damon mrugnął do mnie porozumiewawczo i podążył za pozostałą dwójką.
Kilkanaście minut później pędziliśmy pustą, oświetloną szosą, siedząc w jasnoczerwonym kabriolecie mojego braciszka. Chłopaki jechali na stojąco, krzyczeli i żłopali piwo, ja natomiast czułem się jak bobas, któremu nic nie wolno i na którego wciąż trzeba uważać. Brakowało mi tylko fotelika.
Auto zatrzymało się przed jakimś klubem, od którego światło neonów biło na odległość kilometra. Ryk silnika i dudniące basy bujające samochodem zagłuszyła skutecznie fala jakiegoś żenującego techno wylewająca się z imprezowni. Taylor, Damon i Jason wyskoczyli z samochodu nawet nie otwierając drzwi. Nie omieszkali stanąć przy tym z buciorami na czarnej skórzanej tapicerce. Taki lans. Ja wysiadłem drzwiami jak cywilizowany człowiek. Jeśli zepsułbym cokolwiek w tym aucie, Taylor powyrywałby mi nogi z dupy, rozciął brzuch, zatańczył na moich flakach i odrąbał łeb. Milutki, prawda?
Weszliśmy. Na poczatku trzymaliśmy się razem, żeby żaden ochroniarz mnie nie wyłapał. Potem mój brat z kumplami wysunęli się do przodu, przy czym krok ich stał się tak szybki, że miałem trudności z niestraceniem ich z oczu.
Zauważyłem, że przechodzą do innego pomieszczenia. Pognałem za nimi, przepychając się przez tłum ludzi tańczących na kolorowym parkiecie, sączących przy dużym drewnianym barze rozmaite wymyślne drinki lub rozmawiających żywo, nie zwracając uwagi na to, że blokuję przejście.
- Dowód proszę. - Drogę zagrodził mi wysoki, dobrze zbudowany ochroniarz.
- Yyy... - Rozejrzałem się w panice. Za dryblasem dostrzegłem wysyłającego mi jakieś znaki Damona.
- Ethan, chodź już! - zawołał.
Już miałem zaprzeczyć, pytając przy okazji, czy przypadkiem nie zauważył stojącego mi na drodze goryla, kiedy zrozumiałem co chciał mi przekazać tym bezładnym tańcem gestów. Zacząłem udawać, że przetrzepuję kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. Sprawdzałem wszystkie po pięć razy, żeby zajęło mi to jak najwięcej czasu.
- Ethan!
- Moment!
- Szybciej!
- Dobrze! - Ochroniarz podniósł głos. Widowisko obserwowało już sporo osób. - Dobrze, wchodź. - Głową wskazał wyjście za sobą i przesunął się w prawo. Bacznie mnie jednak obserwował.
Zadowolony przekroczyłem próg i podszedłem do chłopaków. Damon przybił mi męską piątkę.
- Brawo, młody.
Taylor za to miał muchy w nosie.
- Dopiero się zaczyna, a z nim już są kłopoty - warknął.
Nie przejmowałem się tym, co mówił. Rozejrzałem się po sali. Grało tu głośne, dudniące techno. Wszędzie były różnokolorowe światła. Na skórzanych kanapach siedzieli sami faceci, głównie starzy i obleśni. Głośno krzyczeli, śmiali się i cieszyli. Na środku sali, otoczone stolikami i miejscami siedzącymi, znajdowało się podwyższenie będące swego rodzaju sceną. Z sufitem łączyły ją trzy stalowe, błyszczące rury, które bynajmniej nie należały do strażaków. Wokół nich wiły się niczym węże trzy młode dziewczyny. Mogły być w wieku mojego brata i jego ziomków. Ubrane były w seksowną bieliznę z koronkami i wstążeczkami - choć właściwie celniej byłoby wyrazić się: "były rozebrane do bielizny". Ludzie mówią, że taniec na rurze to sport i sztuka. Może i tak, ale w takim wypadku tego, co robiły te panny, tańcem nazwać nie przystoi.
Poczułem nagłe szarpnięcie za łokieć. Odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w zagniewane oczy Taylora.
- Jeśli powiesz matce... Jeśli powiesz jej cokolwiek... - syczał przez zaciśnięte zęby.
- To co? - Spojrzałem na niego wyzywająco. - To co? Nie jestem głupi, nie pisnę słowa - warknąłem i wyrwałem się z uścisku.
Zajęliśmy miejsca w rogu sali. Chłopaki nonszalancko rozsiedli się na czarnych skórach. Taylor skinął na skąpo ubraną kelnerkę i poprosił o trzy drinki, których nazw nie zdołałem zapamiętać.
- A dla niego? - zapytał Damon, kiedy dziewczyna się oddaliła.
- Ani mi się śni! - warknął brat.
- Kelnerka! - Damon przywołał kolejną dziewczynę z tacą. - Cherry raz.
Po kilku minutach przyniesiono nam napoje. Cherry było mocne. Bardzo mocne. Oddałem Damonowi trzy dolce za napój, po czym wszyscy czterej zaczęliśmy oglądać pokaz. Cóż, ja jako muzyk widziałem w tym jedynie słabe wygibasy, których nijak nie można było nazwać tańcem, jednak reszta towarzystwa wpatrywała się w tancerki jak urzeczona. Ślina ciekła im do podłogi, a przyrodzenie stawało równym rzędem. Przed oczami znów stanęły mi te ogromne tyłki...
- Ethan!
- Ee... co? - Spojrzałem na Sierrę skonfundowany.
- Zapytałam cię o coś.
- Możesz powtórzyć?

Sierra?

niedziela, 19 października 2014

Sun Shine: Od Willa cd. Sary

- Odjazd!
Przykleiłem nos do szyby autobusu, który stanął właśnie przy krawędzi ulicy. Za oknem widać było majestatyczny budynek z czerwonej cegły otoczony równiutko przyciętym trawniczkiem i kilkoma drzewami. Przed nim znajdował się mały dziedziniec z ławkami, na których siedziało kilku uczniów.
- Najpierw się chyba rozpakujesz, zgoda? Przy okazji pokażę ci tereny akademików.
Zwróciłem się ponownie w kierunku rudowłosej.
- Zgoda. - Mrugnąłem do niej.
Po kilku minutach kierowaliśmy się już ścieżką na tyły szkoły, gdzie w równym rządku stały cztery akademiki.
- Podział jest jakby motywacją do rywalizacji między uczniami - tłumaczyła Sara. - W jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Dzięki temu się staramy.
Minęliśmy dwie olbrzymie hale ("odbywają się tu głównie mecze ligowe w siatkę i kosza"), niekryte boisko do koszykówki ("główne miejsce spotkań szkolnych gwiazdek sportu, potrafią tu skakać jak małpy przez cały dzień"), większy dziedziniec z jeszcze większą ilością ławek i wreszcie doszliśmy do jednego z czterech identycznych pastelowych budynków.
- Oto Sun Shine! - oznajmiła Sara. - Panowie przodem. - Zaprosiła mnie gestem ręki.
Znaleźliśmy się w olbrzymim, wyłożonym płytkami przedpokoju. Na przeciwko nas dostrzegłem prowadzące na górę schody. Po lewej były przeszklone dwuskrzydłowe drzwi.
- Tam jadamy. Głównie śniadania i kolacje, bo obiady są w szkolnej stołówce, chyba że jest wolne. Powiem ci, że gotują dosyć przyzwoicie, ale nigdy nie bierz mielonego. - Ostatnie słowa cedziła wolno i wyraźnie, z groźbą w oczach.
- Zapamiętam. - Uśmiechnąłem się.
- Dwadzieścia minut do obiadu. Proszę uczniów o podążenie do stołówki. - W korytarzu rozległ się głos przywodzący na myśl informację na lotnisku. Rozejrzałem się zdezorientowany.
- Radiowęzeł - sprostowała Sara.
- Oho! Francja-elegancja w tym waszym Los Angeles.
- A jak! - Dziewczyna posłała mi promienny uśmiech.
Na przeciwko jadalni były identyczne drzwi.
- To świetlica. Mamy książki, planszówki, telewizor z odtwarzaczem DVD... Ogólnie dużo rzeczy służących rekreacji. Wolfind ma bilarda.
- Czemu? - Uniosłem jedną brew.
- Nagroda Dyrektora.
Kiwnąłem głową ze zrozumieniem.
Weszliśmy na pierwsze piętro. Był to długi korytarz, cały w płytkach. Po obydwu jego stronach znajdowały się dziesiątki drewnianych drzwi.
- Dyrektorki jeszcze tak nie poknociło, żebyś mieszkał ze mną w jednym pokoju. Nie wiem, co oni sobie myślą o dzisiejszej młodzieży - westchnęła teatralnie. - Dobra wiadomość jest taka, że z racji, iż to ja cię przyjmuję, masz pokój na żeńskim piętrze, tuż obok mojego. To tutaj!
Zatrzymała się przed drzwiami z numerem 41. Uchyliłem je. Znalazłem się w pokoju z dużym oknem, szafą i dwoma łóżkami.
- Oto twoja willa - oznajmiła.
- Jako lord przywykłem do większych wygód - powiedziałem naciskając na brytyjski akcent. - Doprawdy, że też to amerykańskie pospólstwo nie może się dla nas lepiej postarać.
Sara zaczęła chichotać.
- Super jesteś. Lubię cię. Rozpakuj się szybko i możemy schodzić na obiad.
Spojrzałem na trzymaną w garści torbę, potem na pokój i znów na torbę. Rzuciłem ją na łóżko po prawej i wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść.

Sara? Na początku była wena, potem uciekła i skończyłam byle jak :c

Lioneart: Od Nicole - do Julii.

Koniec października, niedługo listopad. Szybko zleciało. Ale ten jesienny, deszczowy, nieprzyjemny czas miał zlecieć jeszcze szybciej, ponieważ do szkoły przyjechali uczniowie z wymiany, z Londynu. Bardzo chciałam pojechać do Londynu, ale jeszcze nie wiadomo było, kto pojedzie... Ale cóż. To się jeszcze okaże, a ja miałam przed sobą bojowe zadanie. Miałam przyjąć do siebie niejaką Julię Carter, z Londynu. W dniu, w którym czwórka Anglików dotarli do naszego miasta, miałam na sobie cieplejsze ubrania, nie było tak ciepło, jak we wrześniu...



Na lotnisku wyjęłam z kieszeni spodni kartkę z opisem dziewczyny, który sobie zapisałam. Organizacja to jedna z moich cech. Bardzo chciałam dobrze poznać i zakolegować się z Julią, a początek jest ważny, więc musiałam dobrze zacząć. Na hali przylotów, czy jak to się tam nazywa, nie ważne, panował hałas i trochę nieład, bo do wielu rzeczy można by było się doczepić, że było niedokładnie zaplanowane. Ale cóż, idźmy dalej. Zaczęłam czytać moje bazgroły na kartce: "Julia Carter - niska, szczupła blondynka o ciemnych oczach. Nie lubi dresów... " Tak jak ja - pomyślałam i czytałam dalej "... "ubiera się stylowo." Nic więcej. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zobaczyłam nagle rozglądającą się bezradnie dziewczynę, pasującą do osoby z opisu. Podeszłam i powiedziałam.
- Hej. Ty jesteś Julia Carter?
- Taak, to ja. Ty pewnie jesteś Nicole Brown? - zapytała unosząc brwi.
- Zgadza się - uśmiechnęłam się. - Mam zaszczyt zaopiekować się tobą przez czas wymiany.
- Miło mi cię poznać - wyciągnęła rękę, a ja uścisnęłam ją.
* * *
Kiedy dojechaliśmy do szkoły, pomogłam Julii wyjąć bagaże, a trochę ich było, w końcu to nie wyjazd na dwa dni... Następnie wzięłam jej walizkę, a dziewczyna torbę i poprowadziłam ją w strone akademika.
- Czyli to jest Hollywood Arts, tak? - upewniła się.
- Tak, to właśnie tu. Teraz wejdziemy po schodach i na lewo będzie akademik dziewczyn z Lioneart. Tam mam, a właściwie to mamy pokój - poprawiłam się i uśmiechnęłam.
Doszłyśmy do drzwi naszego pokoju. Przed otworzeniem wyjęłam dwa klucze i jeden z nich podałam dziewczynie.
- Jest twój. Przecież nie będziemy się tłuc z jednym kluczem - uśmiechnęłam się, a dziewczyna odwzajemniła uśmiech i podziękowała.
Otworzyłam pokój, pomogłam wnieść Julii jej torby, zamknęłam drzwi i pokazałam jej "mieszkanko".
- Tu jest nasz 'salon', a tu łazienka.
Kiedy objaśniłam gdzie co jest, dziewczyna wybrała sobie z dwóch łóżek, które zostały (moje było pod oknem) środkowe i otworzyła walizkę.
- Gdybyś chciała, to tu jest szafa do twojej dyspozycji - wskazałam na szafę stojącą naprzeciw mojej. - A tu jest komoda, i w ogóle - uśmiechnęłam się.
Julia wypakowała się, a ja zaproponowałam:
- Może pokażę ci dokładniej co i jak? To znaczy gdzie co jest w szkole.
- Oki, bardzo chętnie - uśmiechnęła się i wyszłyśmy.

(Julia? ^^)

Nowa uczennica!


Vee Parnell - Lioneart

wtorek, 14 października 2014

Sun Shine: od Sary do Will'a

Szum lotniska mieszał się z melodyjkami ze sklepów i restauracji oraz z niewyraźnymi, trzeszczącymi komunikatami z głośników. Ja stałam, razem z grupą innych uczniów ze szkoły, z kartonowym napisem "White" co było nazwiskiem chłopaka, którego miałam przyjąć pod swój dach przez najbliższe dwa miesiące.
W końcu nadleciał samolot linii "Sun planes". Wylądował na pasie, a po schodach wyszło całe mnóstwo osób. Gdzieś wśród nich ten chłopak.
Na lotnisko wsypał się tłumik nastolatków. Jasnowłosy chłopak rozejrzał się z uśmiechem, aż jego wzrok natrafił na karton z nazwiskiem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i podszedł do mnie. Odwzajemniłam uśmiech, dodając jeszcze trochę i powiedziałam.
-Hej! Nazywam się Sara Lowshen, mam przyjmować przez jakiś czas Williama White'a. To ty?
-To ja. Bardzo mi miło cię poznać. Kumple mi mówili, że w Ameryce same pasztety spasione hot-dogami, ale ty mi na taką nie wyglądasz.
-Ty też nie wyglądasz na spojonego herbatką z mlekiem lorda.-odpowiedziałam radośnie.-Podążajmy ku autobusowi! Chyba, że lord woli wynająć limuzynę?
-Wiesz, nie chcę cię zawstydzać blaskiem mego bogactwa i chwały, więc zniżę się do przejażdżki autobusem z plebsem.
Zaśmialiśmy się z żartu i poszliśmy na przystanek.
Wsiedliśmy w autobus i znaleźliśmy jakieś wolne miejsca, co proste nie było ze względu na walizki Will'a.
-Czym się intersujesz, Will?
-Wszystkim, co dostarcza adrenaliny i muzyką. Gram na klawiszach. A ty?
-Hm....śmiechemzabawamiteatremaktorstwemjedzeniemadrenalinąśpiewemroweremirolkami.
-A...ha?-roześmiał się serdecznie chłopak, a zaraz do niego dołączyłam.
-Spodoba ci się w Hollywood Arts. Szkoda tylko, że masz inny profil niż ja, bo ja mam aktorski
-Co nie zmienia faktu, że jesteśmy w tym samym akademiku.-stwierdził.
-Co fakt, to fakt!-nagle zrobiłam uroczystą minę.-Przed tobą... Hollywood Arts!

Will?

niedziela, 12 października 2014

Sztuka

Cicho tu coś, nawet juda nie pisze, nieładnie...

Przyszła pora, by rozdzielić role. Szału nie ma, jak zwykle nikt nie rwie się na aktora, ale spróbujemy (reszta tradycyjnie - zmyśleni uczniowie).

Alexandra Broach - Balladyna
Katniss Everdeen - Goplana (nie, nie, nie, nie, nie będzie całowania Chrisa!)
Cristina Squillante - Skierka
Sara Lowshen - Wdowa
Christopher Cambell - Kirkor
Julia Carter - Alina

Jak zwykle brakuje facetów >,< No nic.
Muzyczny oprawa dźwiękowa i może jakieś tańce elfickie i na zamku. Plastyk - dekoracje.


Liv.

niedziela, 5 października 2014

Uwaga!

Prosto, szybko i na temat, bo nie mam zbyt wiele czasu ostatnio.

1. Doszła podstrona "Wymiana". Proszę się zaznajomić.
2. Usunęłam podstronę "Opowiadania do dokończenia", gdyż nie chciało mi się jej edytować.
3. Nie będę dodawała już punktów za bycie w drużynie, bo to strasznie zostawia Clevouse w tyle (i nigdy nie pamiętam, że muszę to zrobić).
4. Z racji dużej liczby dziewcząt aspiruję na drużynę cheerleaderek. Na dniach (czyli za jakiś miesiąc znając mnie) dodam więcej informacji.
5. Wystawiamy "Balladynę". Koniec, kropka.
6. Przedłużam październik o jakieś 2 tygodnie z racji wcześniejszej niedyspozycji adminki.

Jeśli coś jeszcze mi się przypomni (jak zwykle), edytuję tego posta. Póki co wsio.

Dziękuję za uwagę
Liv.

Lioneart: Od Nicole CD Mike'a

- Przydałoby się... Ale wiesz, co...?
- No? Już się boje - zachichotał.
- Ja sobie pójdę do siebie na chwile, uporządkuję się i przyjdę, hm? - zaproponowałam.
- Taa. Pójdziesz, a potem "zapomnisz" - wytknął.
- No weź... Obiecuję.
- Nie wierzę ci - skrzyżował ręce na piersiach ze swoim złośliwym uśmieszkiem.
- Boże... Masz plecak pod zastaw - podałam mu plecak.
- Telefon daj.
- Słucham?
- Oddam ci jak wrócisz. Po niego będziesz musiała przyjść. - zaśmiał się.
- Ja pójde, a do czasu aż wrócę przeczytasz wszystkie SMSy? - uniosłam brwi.
- To zaszyfruj?
- Ugh. No dobra.
Szybko ustawiłam symbol odblokowania i podałam mu telefon. Następnie zeszłam do siebie i przebrałam się:


Potem uporządkowałam włosy, zawiązując je w kitkę i poszłam na górę, zamykając jeszcze swój pokój. Zapukałam i weszłam do pokoju Mike'a. Usiadłam sobie na przeciw i powiedziałam:
- Telefon i plecak poproszę.
Podał mi i powiedział:

( Michael? Tak bardzo brak weny -,- c:)

Lioneart: Od Nicole CD Sierry

- Jasne. Ana co tak właściwie idziemy? Miasto 44? - zapytałam zaciekawiona.
- Może być - uśmiechnęła się.
- Podobno dosyć brutalny.
- Widziałam tylko zwiastun.
- Ja też. Tam leżała odcięta ręka albo wisieli ludzie na balkonach - wzdrygnęłam się. - Fuuj.
- Ohydne. Ale prawdziwe...
- Niestety.
Zadzwonił dzwonek, a my musiałyśmy udać się na ostatnią lekcję czyli sztuke.
* * *
- Dzisiaj narysujecie rysunki ołówkami z grupy B, rysunki mają zawierać światłocień i w ogóle wiecie o co chodzi. Do roboty. Jak będziecie cicho, wlączę radio.
- Można posłuchać swojej muzyki na słuchawkach? - zapytał ktoś z klasy.
- Nie.
- Dlaczego?
- No a właściwie, to róbcie co chcecie, byleby było cicho - westchnęła nauczycielka i wróciła do porządkowania dziennika.
* * *
Rysując zastanawiałam się nad przyjaźnią. Jak na razie to jedynym przyjacielem, jakiego miałam w tej szkole był Mike. Warto by było zakolegować sie z innymi, tak jak zrobiłam to w przypadku Angie. Nowe znajomości nigdy nie sprawiały mi problemów. Na szczęście...
* * *
Po lekcjach podeszłam do Sierry i powiadomiłam, że za 30 minut będę gotowa, bo muszę się jeszcze przyszykować. Umówiłyśmy się na dziedzińcu. Ja poszłam do pokoju, wzięłam jakieś drobne i telefon, które włożyłam do torebki, a następnie przebrałam się na jakieś luźniejsze ciuchy. Zamknęłam pokój i zeszłam na dół. Sierra czekała już siedząc na ławce. Podeszłam do dziewczyny,
- Ja jestem gotowa, to co, idziemy? - przywitałam sie z uśmiechem na twarzy.

( Sierra? c; Hahaha ;3 Trzeba zdobyć troche punktów do akademika ;D)

sobota, 4 października 2014

Wolfind: Od Mike'a cd. Nicole

- Nie.
- Dobra, obejdzie się. Zadzwoń jak ci przejdzie. - odwróciłem się na pięcie.
- W porządku.
W porzadku? Ta odpowiedź mnie zdezorientowała. Staliśmy tak przed dobre dziesięć minut.
- Idę do siebie - oznajmiłem - Chcesz, możesz iść ze mną.
- Wpadnę - westchnęła dziewczyna.
***
- Właź. - uśmiechnąłem się.
Dziewczyna rozejrzała się.
- Sprzątałeś?
Faktycznie, rano poświęciłem na wpakowanie zbędnych rzeczy do szafy całe dziesięć-piętnaście minut.
- Mokra jesteś trochę. Chociaż słońce cię wysuszyło.
- Zauważyłam.
- Chcesz się, nie wiem, wytrzeć? - wskazałem łazienkę.

Nicole? Jejku, jakie ciekawe opo .-.

Sun Shine: Od Sierry do Nicole

- Nie, to moja wina - uśmiechnęłam się.
Wyszłyśmy już na korytarz.
- Tak wogóle jestem Nicole, a ty? - spytała.
- Sierra, co powiesz na kino wieczorem? Leci właśnie ten film co o nim jest tak głośno, to co? - zapytałam - Idziesz ?
- Odezwę się po lekcjach, będę przy drugiej ławce na dworze - dziewczyna odpowiedziała.
- Dobra.
Dalej minęło kilka lekcji. Spotkałam parę osób pogadaliśmy i tyle. Zastanawiałam się czy Nicole zgodzi się na wypad do kina. Chciałam zdobyć przyjaciółkę...
Minęły lekcje i podeszłam do drugiej ławki. Lada chwila przyszła tam Nicole.
- I co... idziesz ? - spytałam.

(Nicole? W końcu muszę do CB napisać ;p)

piątek, 3 października 2014

Lioneart: Od Nicole CD Angie

Wracałyśmy obarczone torbami i oglądałyśmy przy okazji wystawy na szybach. Za chwile mieli zamykać. Nagle zobaczyłam cudowny zestaw, który szukałam od dawna:



- Proszę, proszę, proszę, wejdziemyyy tam? - powiedziałam błagalnym tonem.
Dziewczyna przewróciła oczami.
- No dobra, ale to ostatni.
- Okej! - powiedziałam i szybko weszłyśmy do sklepu.
Szybko przymierzyłam i poszłam do kasy, zabierając po drodze śliczny T-shirt. Kiedy kupiłyśmy co miałyśmy miałyśmy ruszyć do wyjścia kiedy go zobaczyłam. To musiał być on.
- Chodź, szybko - mruknęłam do koleżanki i zakrywając twarz , pociągnęłam zaskoczoną Angie za sobą.
Następnie, widząc, że mężczyzna idzie kawałek od nas powiedziałam głośno:
- Szkoda, że jutro muszę wyjeżdżać do Rosji!
Bezgłośnie pokazałam dziewczynie, że ma nie zaprzeczać.
- Tak, bardzo szkoda. Będę tęsknić...
Chwilę później szepnęłam:
- Odwróć się za chwilę, żeby nie wzbudzając podejrzeń sprawdzić, czy odjechał.
Odwróciła się, udając, że ogląda sukienke na wystawie.
- Nie ma go - szepnęła.
- Uff - odetchnęłam.
- Co ty do jasnej cholery odwalasz??
- Tylko to tajne, jasne?
- No raczej - mruknęła niepewnie.
- Mój ojciec związał się z gangiem. Wisiał mu sporo kasy.
- To był twój ojciec? - przerwała mi.
- ... Mój ojciec zapłacił życiem, bo nie chciał oddać pieniędzy.
- Przykro mi.. - wydukała wystraszona.
- Zabili go, ale pieniędzy nie dostali. - dokończyłam szeptem, prawie bezgłośnie.
- Przyjechali po ciebie??
- Tak podejrzewam. Nie mogę wykluczyć, że nie, ale to prawdopodobne.
- O Jezu... - jęknęła przerażona.
- Nie martw się. Po prostu musze ograniczyć wyjścia na miasto sama.

(Angie? Brak weny ;c)

sobota, 27 września 2014

Wolfind: od Angie CD Nicole

-Nie mogłam się powstrzymać.-powiedziałam, wyciągając bluzę


sukienkę



bluzkę



-Wow. Pokaźny komplecik!-zaśmiała się Nicole.
-Ta, wiem. Czasem ogarnia mnie szatan zakupowy.
-Mnie bardziej. I częściej.
-Nie, bo mnie.
-Mnie.
-Mnie.
-Mnie.
-Ciebie.
-Ciebie.
-Wygrałam!-zawołałam.
-Nenenenene.-wystawiła mi język.

Nicole? Nigdy tak nisko nie upadłam w oposach ;-;

Lioneart: Od Nicole (do kogoś.?)

Dzwonek. Klasa poderwała się i biegiem ruszyła do drzwi.
- STAĆ! - ryknęła biologica. - Na swoje miejsca, wróć!
Wszyscy niechętnie, acz posłusznie ruszyli na swoje miejsca.
- Dzwonek jest dla mnie, nie dla was - zaczęła swoją gadkę, jak wszyscy nauczyciele tymi samymi słowami. - Dlaczego reagujecie na dzwonek jak pieski na pukanie do drzwi??
- O Boże ... Znowu się zaczyna - ktoś w klasie mruknął.
- Słucham? - nauczycielka zlustrowała całą klasę wzrokiem. - Może kiedyś zareagujecie tak na dzwonek na lekcję?
Westchnięcia uczniów.
- A więc... Jako pracę domową, macie zadane... WYPAKUJ SIĘ, ALE JUŻ! - krzyknęła na chłopaka, który żując gumę, wkładał książki do plecaka.
Szmer niezadowolenia w klasie, że tak długo to trwa.
- Do domu nie macie zadane nic. Nie ma za co. Do widzenia.
Wszyscy jak oparzeni ruszyli w stronę wyjścia. Szłam tyłem, nie chciałam być bowiem stratowana przez uczniów biegnących do akademików, aby rzucić plecaki i cieszyć się weekendem. Nagle ktoś zatrzymał się gwałtownie przede mną, a ja nie zdążyłam wyhamować i wpadłam na tę osobę.
- Przepraszam - mruknęłam, mimo, że to nie była do końca moja wina.

Ktoś? :<

środa, 24 września 2014

Uwaga!

Ogłaszam wszem i wobec, że rozpoczynamy wymianę z Londynem.
Będzie wyglądało to mniej więcej tak, że czwórka nowych uczniów - drugoklasistów - wejdzie w mury naszej szkoły. Każdy mieszkał będzie w innym akademiku i uczęszczał na normalne lekcje na wybranym przez siebie profilu. Będzie można pisać do nich opowiadania i oczywiście zdobywać normalne punkty dla swoich akademików (opowiadania uczniów z Londynu nie dostarczają punktów).
Bohaterowie z wymiany są trwali, co znaczy, że po jej zakończeniu (nie mam pojęcia, ile będzie trwała - zależy, czy wam się spodoba) będą mogli występować w waszych opowiadaniach jako bohaterowie epizodyczni (lecz już nie odpisywać).
Jakoś na wiosnę wybrana zostanie czwórka uczniów z Hollywood Arts - po jednym z każdego akademika - która wyjedzie do Londynu, to znaczy: będzie miała możliwość pisania opowiadań umiejscowionych w przestrzeni europejskiej aż do zakończenia wymiany czyli powrotu. Również będzie uczęszczała do szkoły, do której wyjedzie, a nocować będzie u jednego z uczniów, który wcześniej przyjechał do nas.
Wszystkie elementy świata przedstawionego jeśli chodzi o Londyn powinny wyjść w praniu. Tymczasem oficjalnie rozpoczynam wymianę uczniów!

Liv.

PS. Chcecie w tym roku wystawiać sztukę? Jeśli tak, macie do wyboru "Króla Edypa" Sofoklesa, bądź coś polskiego - "Balladynę" Juliusza Słowackiego lub dla odmiany komedię - "Zemstę" Aleksandra Fredry. Pytam głównie aktor, ale niech każdy się wypowie :)

poniedziałek, 22 września 2014

Lioneart: Od Nicole CD Angie

- Całkiem zacnie poddana hmm... - udałam, że się zastanawiam.
- Angie.
- poddana Angie - zachichotałyśmy.
- To cóż mamy w planach robić królowo, skoro jesteśmy już w mieście?
- Ośmielam się podać propozycję pójścia do centrum handlowego.
- Już cię lubię. Zatem ruszmy na podbój tegoż o to budynku!
Wkrótce wędrowałyśmy po sklepach, zachowując się już normalnie bo znudziło nam się udawania królowej albo poddanego. Kiedy skończyłyśmy zakupy w naszych rękach znajdowało się trochę (mało powiedziane) toreb. Ja kupiłam sobie sukienkę:


oraz zestawik:


- A ty, co kupiłaś? - zapytałam zaciekawiona Angie.

Angie? Kompletny brak weny -,- I do tego wstawianie obrazków, żeby było dłuższe... Jednym słowem załamka ;-;

sobota, 20 września 2014

Wolfind: od Angie CD Nicole

-O Królowo. Udajmy się zatem do sali muzycznej, byś mogła mnie olśnić talentem swym ponadprzeciętnym.
Nicole i ja poszłyśmy w wyżej wymienione miejsce i ustaliłyśmy piosenkę, którą obie zaśpiewamy.
Zaczęła Nicole.



-No, no, no... O pani, dostarcza mi pani coraz to nowych powodów by panią wielbić i podziwiać.
-I ty masz głos zacny, wierny kmieciu.
-A co moja pani i władczyni powie na lody?
-Pani i władczyni składa przyzwolenie na uskutecznienie tego działania.
~~*~~
Stwierdziłam, że po lekcjach warto by odświeżyć fryzurę, bo włosy były za długie, a w końcówkach wystrzępione i ogólnie nieładne. Poszłam zatem, zaraz po lekcjach do pobliskiego zakładu "Glamour" gdzie moja fryzura zmieniła się w takąż o



Po zakończonym przycinaniu, wyszłam z zakładu, jak to kobieta z nową fryzurą bardzo pewna siebie.
-I jak?-zapytałam, kiedy Nicole pojawiła się na horyzoncie.

Nicole?

piątek, 19 września 2014

Lioneart: Od Nicole cd. Angie

- Nie ma sprawy - powiedziałam. - To gdzieś tak na 14?
- Mi pasuje - odpowiedziała uśmiechając się/ - Gdzie się spotykamy?
Zmarszczyłam czoło rzucając spojrzenie nr 342, które miało zasugerować, że...
- Ach... Przepraszam mistrzu Nicole vel Pogromczyni Głupich Myśli - poprawiła się poważnym głosem, a ja odpowiedziałam w zamian wspaniałomyślnym tonem:
- Wybaczam.
Zachichotałyśmy.
- Zaszczyt mnie kopnął, widzę - wydusiła Angie, w napadzie śmiechu.
- I żebyś wiedziała jaki... Mogłam cię kazać rozszarpać lwom, rozstrzelać, posłać do komory... - chciałam dalej wymieniać, ale głupawka mi przeszkodziła.
Zadzwonił dzwonek.
- Co mamy?
- Geografia - rzuciła Angie i powędrowałyśmy w stronę sali geograficznej.
* * *
Siedziałyśmy na geografii. Nauczycielka gadała coś o powierzchni Afryki, a sądząc po minach uczniów nikt jej nie słuchał. Nagle, przeglądając atlas, wybuchnęłam śmiechem. Wszyscy się na mnie spojrzeli.
- Co cię tak śmieszy Nicole? Może powiesz głośno, pośmiejemy się...?
Typowy tekst nauczycieli. Pokręciłam głową. Kiedy już wszyscy się odwrócili i wrócili do swoich zajmujących zajęć, takich jak rzucanie gumką, albo rozkręcanie długopisa Angie zapytała szeptem:
- O co ci chodziło??
-Tam cię bym wysłała.
Podsunęłam jej fragment mapy pod nos:



Obie zaczęłyśmy się śmiać, za co poirytowana geograficzka wstawiła nam po uwadze, ale i tak się tym nie przejęłyśmy.
* * *
O 14 czekałam na Angie w umówionym miejscu, czyli na dziedzincu. W końcu wypatrzyłam ją i podeszłam.
- Witajcie poddani - udałam królową, zaczynającą przemówienie do ludu, otrzymując w odpowiedzi zdziwione spojrzenia nierozumiejących niczego uczniów i wybuch śmiechu Angie.

Angie? Kompletny brak weny :c

Wolfind: Od Zooy Do Hiro

Pierwsze dzwonki na lekcje, zapach starych ławek, ah... Czy jest coś OKROPNIEJSZEGO!
Niestety wakacje są za piękne żeby mogły trwać.
...
Pierwsza lekcja zaczęła się od słów dyrektorki. Powiedziała, że mamy nową osobę w akademiku. Chwilę potem zamarłam, nie wiedziałam że to jest możliwe. Do klasy weszła dziewczyna. Siadła na końcu sali. Siedziałam obok niej. To była moja brania dusza! Kolorowe włosy, to jest to!
Zagadam po lekcjach. Reszta lekcji minęła jak zwykle.
Dryn!!!!!!!
- Hej, któż ty? Jestem Zooy.
- Mów mi Hiro.

Hiro?

czwartek, 18 września 2014

Wolfind: od Angie CD Nicole

Dziś akurat, na szczęście dziewczyny miałam dobry humor i postanowiłam wybaczyć.
-Auć... spoko, żadna tragedia. Wybiłaś mi idiotyczne myśli z głowy.
-Ach, Nicole, Pogromczyni Głupich Myśli.
-Niezły tytuł, nie?
Zaśmiałyśmy się.
-Jetsem Angie.-powiedziałam.
-Nicole. Ty się chyba przyjaźnisz z Mike'iem?
-A tam zaraz, przyjaźnisz. Kumplujemy się tylko, a i to przez pośredniczkę.
-Ale dziecko to z nim miałaś.-zachichotała.
-Uważaj, bo pęknę. Ja go tylko wybawiłam od związku z Nancy!
-Ta, ta, oczywiście. Ślub z litości!-parsknęła.
-Jesteś złośliwa i cyniczna! Okropna!-wywrzeszczałam jej w twarz. Spojrzała na mnie urażona-Moja kreeeeww...-położyłam jej słoń na ramieniu. Obie wybuchłyśmy śmiechem.
-Mistrzu.-ukłoniła mi się. Jeszcze chwilę się śmiałyśmy.
-Na jakim jesteś profilu?-spytałam.
-Muzyczny.
-O! Ja też?
-To co? Mały duecik może. Ale ostrzegam, że tutaj ja będę twoim mistrzem.
-Duecik po lekcjach.

Nicole?

Clevouse : Od Hiro Hikari do?

Mam wrażenie że przyjazd do LA jest najgorszym pomysłem jaki wpadł do głowy moim rodzicom! Dlaczego mnie tu wysłali do cholery! Ja chcę do mojej kochanej Japonii, gdzie się nie wyróżniam i nie patrzą na mnie jak na dziwaka. Brakuje mi Yuuki'ego i Sadako. Błagam dajcie mi tam wrócić. Weszłam do sekretariatu po plan lekcji. Niektóre musiałam uzupełnić. Ok, poszło z płatka, teraz języki. No nie, trzy języki które już umiem, to takie nie fair.
-Przepraszam, czy to... Um...jedyne języki do wyboru?-powiedziałam nieśmiało i pod nosem. Nikt mi nie odpowiedział. Kit z tym wezmę narodowy, będę miała przynajmniej jakąś styczność z moją kulturą. Tylko już profil i będę miała spokój. Dawłam zapisaną kartkę sekretarce
- Mh... Mh...- Czy to zwyczaj mówienia "Mh" przy czytaniu w LA ? ten kraj jest dziwny...- Mh.. Wszystko dobrze, zaraz Pani vice-dyrektor zaprowadzi cie do sali w której masz z nią lekcje. - Dostałam Plan i ruszyłam za vice dyrektorką, kierując się w stronę sali lekcyjnej.
- Jak masz na imię?
- Hiro- Standardowa gadka szmatka, pięknie! Czyżby cofnęli mnie do przedszkola?!
- Hiro bardzo dziwne imię.
- Um, to nie tak w moim kraju ludzie mówią do siebie po nazwisku.
- Aha. A jaki wybrałaś profil?
- Malarski.
- Aha no dobrze.- Ostatnie słowa które powiedziała zostawiły mnie w popłochu. Ja tu umrę! Nauczycielka weszła, a gwar który panował nagle ucichł. Wskazała na mnie ręką, żebym weszła dok klasy. Przełknęłam ślinę. Weszłam do sali, gdzie wszystkie oczy były wpatrzone we mnie. Chikusho*!
- Macie nową uczennice w klasie. Przedstaw się.
- Nazywam się Hiro Hikari, pochodzę z Japonii.
- Dobrze usiądź tam gdzie będzie wolne miejsce. - Od razu skierowałam się na tyły klasy i usiadłam w ławce pod oknem. Przynajmniej będę mogła rysować. Yey. Do sali wpadł jakiś chłopak i usiadł koło mnie w ławce, no lepiej być nie mogło !

* Chikusho - Ku*rwa
<Który z panów, będzie łaskawy dokończyć?>

Lioneart: Od Nicole CD Mike'a

- To jak będzie - powiesz?
- Hmm... Nie chcę się przekonać i nie chcę mówić? - zaśmiałam się.
- No to proszę - powiedział i udał, że się zamachuje, żebym wylądowała w wodzie.
- Nie!!! - wydarłam sie, tak że wszyscy się na mnie spojrzeli, a ja parsknęłam śmiechem.
- To mów - powiedział "groźnym" głosem, udając dryblasa, który chciałby mi poderżnąć gardło (ta wyobraźnia xd).
- Wiesz co...? Ostatnio historyk na lekcji powiedział "Boże, widzisz i nie grzmisz".
Mike westchnął.
- Sama chciałaś...
***
Po chwili szłam nafochana obok niego, wędrując w kierunku akademika. Byłam mokra (a mokra iść dalej nie będę), było mi zimno i chciało mi się do tego jeść. Jednak, słońce świeciło mocno i wyschłam szybciej niż myślałam. Przechodziliśmy koło innej fontanny, a Michael zapytał:
- To powiesz, czy masz ochotę się wykąpać jeszcze raz? - wyszczerzył się złośliwie.
- Nie nie mam ochoty się kąpać. - udałam naburmuszoną i obrzuciłam go obrażonym spojrzeniem, otrzymując w odpowiedzi parsknięcie śmiechu.
- To lepiej powiesz, co chciałaś powiedzieć? - powiedział uśmiechając się i wskazując fontannę.

Mike? Tak bardzo nie wiem co chciałam powiedzieć xd

środa, 17 września 2014

Sun Shine: Od Sierra Do Ethan

- Nie przejmuj się - powiedziałam i uśmiechnęłam się
.......................................

Nowy rok szkolny... Ach wspomnienia z wakacji. Mniejsza z tym. Przyjechałam z powrotem do akademika.
- Pa mamo - rzuciłam tekst i pobieglam w stronę budynku.
Na korytarzu zobaczyłam Ethana
- Ethan!?
- Sierra?!
I w tym momencie wyglądało to jak scena w filmie.
Wzięliśmy rozpęd z przeciwnych końcy korytarza i rzuciłam się mu na szyję

Ethan -? ^^

Wolfind: od Sue do Chris

Miałam wtedy najwyraźniej gorszy dzień... A jak to ja jestem czasem przesadzę.
Postanowiłam zostawić karteczkę w drzwiach pokoju Chrisa;
"Sorki za moje marudzenie, miałam zły dzień -Sue"
Dzień później spotkałam Chrisa na korytarzu.
- Hej mała - powiedział.
- cześć, jakieś plany na dziś? Spytałam.

Chris? Kompletny brak weny, Gad!

Wolfind: Od Mike'a cd. Nicole

- Jasne. - wystawiłem łokieć w jej stronę. Dziewczyna mnie odepchnęła i zaśmiała się - Łooo, kobieto, bez agresji.
- Wiesz, mam taki pomysł...
- Jaki?
- Nie ważne.
Boże widzisz i nie grzmisz. Te dziewczyny...
- Ja też mam pomysł.
Nie czekając na jakąkolwiek reakcje, pozytywną, czy nie, złapałem dziewczynę w pasie i zaniosłem aż do najbliższej fontanny. Nie było zbyt daleko, a Nicole nie była taka ciężka. Przymierzyłem się do rzutu.
- Wyrzucamy?
- Nie!
- To powiedz swój pomysł.
- Nie zrobisz tego...
- Czego?
- Nie wrzucisz mnie do fontanny?
- Chcesz się przekonać?
- Nie!
- To jak będzę - powiesz?


Nicole? (Dodawanie bezsensownych dialogów, żeby opo było dłuższe... Jest XD)

Lioneart: Od Nicole (do Angie)

Zadzwonił budzik. 6:00. Pora wstawać. Spełzłam niechętnie z łóżka i poczłapałam w różowych kapciach do łazienki. Rozczesałam włosy i doprowadziłam się do ładu. W pokoju ubrałam się:

Prawie 7.
"Przejdę się" pomyślałam. Bo co miałam tam sama robić?
Podniosłam leżący na ziemi, obok biurka plecak (akurat pasujący do bluzy):


Zamknęłam pokój, a następnie wetknęłam słuchawki w uszy, chowając telefon do kieszeni. Zawiesiłam plecak na jedno ramię i zeszłam po schodach. Słuchając "1 moment" śpiewałam w myślach (na szczęście tylko w myślach, przecież okna by powylatywały gdybym zaczęła śpiewać XD):
'Zanim odejdę, nim odejdę stąd
Chwyć za rękę mnie, złap za rękę mą
Pójdziemy razem tam, chaos nigdy nas nie dosięgnie..."
Nagle wpadłam na kogoś. Oczywiście. Jak zwykle. Słuchawki wypadły mi z uszu, upadły niedaleko, a telefon za nimi. Ja też siedziałam na podłodze korytarza.
- Jezu... Przepraszam. Zamyśliłam się - wyjąkałam, patrząc na dziewczynę, z którą się zderzyłam. Znałam ją z widzenia, na imię miała chyba Angie. Wstałam, zakładając plecak na dwa ramiona. Podniosłam telefon, któremu jak zwykle nic się nie stało bo dla niego takie upadki to codzienność. Po chwili dziewczyna odezwała się:

(Angie? W końcu jest do kogo odpisać z prawdopodobnością, że odpisze )

poniedziałek, 15 września 2014

Wolfind: od Angie CD Mike'a

Obudziłam się rano z myślą, że to już pierwszy wrzesnia. Koniec udręk ze strony Sally i Stanleya oraz ich sąsiadów. Wyłączyłam budzik i poderwałam się. Przyodziałam przygotowaną sukienkę


i uczesałam włosy.
-Mamo! Tato! Jestem gotowa!-wydarłam się.
-UKATRUPIĘ MAŁOLATĘ!
-Stan, spokojnie! Nie dziś!-warknęła-Rusz d*pę idioto, pierwszy wsześnia, odwozimy ją!
Stanley jęknął głośno. Słyszałam szelest pościeli, kiedy się zwlekał z łóżka.
Stanęłam na szczycie schodów i z góry zuchwale spojrzałam na Sally.
-No... Stanley, co jak co, może jets pyskata, okropna i zarozumiała ale buźkę ma.-stwierdziła, twierdząc, że kiedy nie zwraca się do mnie ja nie słyszę, lub chociaż udaję.
~~*~~
Sally i Stanley czym prędzej odjechali, a ja odnalazłam klasę, żeby tak nie stać sama. Z daleka zobaczyłam Mike'a jak wysiada z auta. Pomachałam mu.
-Cześć, Mike.
-Witam, milady. Obawiam się, że panienki nie znam.
-Nie zgrywaj się.-powiedziałam.
-Podejrzanie przypomina panienka jedną moją kumpelę Angie, jednak ona nie dorównuje pani urodą.
-Hahahaha. Zatem ona przerasta sama siebie.-dźgnęłam go w pierś.

Mike?

niedziela, 14 września 2014

Lioneart: Od Nicole CD Michaela

Zawahał się. Starał się tego nie okazywać, ale jakoś to wyczułam (ja taka uwrażliwiona). Nie dziwię mu się. Mi też nie jest przyjemnie być obiektem plotek. Przyjaźnimy się, ale to nic nie oznacza. Ale tego nie da się wytłumaczyć plotkarzom, dla których to tylko pretekst do obgadywania.
- Zaczekaj chwile, oki? Od tych szpilek bolą nogi - wykrzywiłam się.
- Jasne, zaczekam sobie - powiedział i usiadł na ławce, obok której staliśmy.
Szłam szybkim krokiem, bo niemożliwe byłoby przebiec choćby kawałek w tych butach. Kiedy doszłam do pokoju wskoczyłam w luźniejsze ciuchy i zmieniłam buty.


Wsadziłam telefon do kieszeni, zamknęłam pokój i zbiegłam po schodach. 
Podeszłam do przyjaciele, który dalej siedział na ławce.
- Też nie lubię poniedziałków - powiedział.
Chwilę później, kiedy ogarnęłam o co chodziło, odpowiedziałam:
- A kto lubi? 
Roześmialiśmy się.
- To co idziemy?.

(Mike? Oj tam, oj tam XD)

Wolfind: Od Mike'a

Wakacje minęły strasznie szybko. Z jednej strony wielka szkoda, ale z drugiej dawno paru osób nie widziałem. W każdym razie zanim się obejrzałem, stałem przed gmachem szkoły ubrany w odświętny strój. Było ciepło, ale wiał przyjemny wiatr. Pogoda wymarzona. Lecz powinienem teraz surfować, opalać się, bądź jeść lody w przybrzeżnej kafejce, a nie rozpoczynać naukę. Dyskretnie sprawdziłem odech. Po pewnych przemyśleniach wcisnąłem gumę do ust.
Głowa mej mtki wysunęła się z samochodu.
- Idź już, bo się spóźnisz.
Westchnąłem ciężko i nacisnąłem klamkę.

Ktosiu? ^^ Trzeba trochę rozruszać tego bloga ! : D

sobota, 13 września 2014

Wolfind: Od Michael'a cd. Nicole

- Dzień dobry proszę pani - uśmiechnąłem się na widok dziewczyny. Objąłem ją, uniosłem i obróciłem w powietrzu. - Delikatna, lekka i zwiewna jak piórko.
- Nie przesadzaj - zachwiała się, gdy opuściłem ją na ziemię w tych jej szpilach. - Może ci się tak wydaję. Powiedz: często nosisz kobiety na rękach?
- Oj, żeby się Wielmożna Pani nie zdziwiła.
Muszę przyznać, że wyglądała olśniewająco. Przywykłem do Nicole w jeansach, T-shircie... Wow.
- Przejdziesz się? - wskazała ręką w stronę parku.
- Naturalnie proszę pani... - i wtedy mnie zatkało. Trochę to dwuznacznie wygląda. Jakbyśmy... Nie. Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi.

Nicole? Tak bardzo oryginalnie, wiem, jestem taka pomysłowa ^^

Nowy rok szkolny!

Z lekkim opóźnieniem, wiem, ale ogłaszam w Hollywood Arts nowy rok szkolny!
W tym roku postaram się o jeszcze więcej rozrywek, o ile nie spadnie nam aktywność na blogu... Mam nadzieję, że nie, gdyż oto, co planuję zorganizować w najbliższym czasie:
  • wymiana uczniów klas drugich z uczniami z Londynu (szczegóły wkrótce)
  • liga piłki siatkowej (drużyna kosza nadal w rozsypce, mobilizujcie się, chłopcy!)
  • nieodłączny Bal Karnawałowy
  • oraz oczywiście nasze tradycyjne potyczki akademików!
W tym roku zwycięski akademik otrzyma książki jako wyposażenie sali wspólnej na parterze, przy czym asortyment obejmie nie tylko lektury czy dzieła popularnonaukowe, ale wszelkie powieści i... każdy mieszkaniec akademika będzie mógł wybrać tytuł, który zamówiony zostanie specjalnie dla niego! Uważam, że jest o co powalczyć.



Chciałam jeszcze dodać, że zapisy do klas pierwszych nadal otwarte, gdyż mamy mało pierwszaków (okej, jednego...).

Pozostaje mi tylko życzyć wam owocnego w sztukę roku szkolnego!

czwartek, 11 września 2014

Lioneart: Od Nicole

Szybko zleciały wakacje. Z jednej strony niestety. Z drugiej chciałam już wszystkich zobaczyć. Najgorsze było chyba pożegnanie z mamą i siostrą. Ryczałyśmy jak bobry. 
- Przecież nie wyjeżdżam na koniec świata - mówiłam. - Będę was odwiedzać, pisać i dzwonić.
- Nie masz wyjścia - siostra szturchnęła mnie i zachichotała.
Uściskałam obie i wsiadłam do taksówki. Pomachałam przez szybe i szybko odwróciłam głowe, żeby się nie rozpłakać.
* * * 
Wkrótce szłam już doskonale znanym terenem szkoły. Ubrana w moją ulubioną sukienke (za którą matematyczka z pewnością mnie zabije):


Popylałam w białych szpilkach.
Po pól-godzinnej (może trochę dłuższej) paplaninie dyrki wreszcie skończyliśmy i mogliśmy rozejść się do pokoi. Po drodze natknęłam się na Mike'a.
- Cześć stary -zaśmiałam się.

(Michael? Tak bardzo nie ma do kogo pisać XD Dodać zdjęcie żeby wyglądało na dłuższe tak bardzo xdd)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Lioneart: Od Nicol do kogoś?

Szłam miastem. Nie wiem dlaczego, ale chciałam kogoś spotkać ze szkoły. Mimo to,że przed chwilą widziałam już jedną dziewczynę. Na razie nikogo nie spotkałam, więc wetknęłam sobie słuchawki mojej Mp3-ójki i puściłam prawie na fula. W głowie śpiewałam razem z zespołem:
"Ostatni raz widziałem Cię
Zaraz przypomnę sobie gdzie
To było chyba na mieście
Chwaliłaś się biletem do Szwecji
To że stałem z boku już nie liczyło się

A miało być tak pięknie
Miało nie wiać w oczy nam
I ociekać szczęściem
Miało być "sto lat! sto lat!"

Uwielbiam ten fragment - tak jak większość happysad.
Nagle wpadłam na kogoś. Słuchawki wypadły mi z uszu, a ja upadłam na chodnik.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam głos. Kiedy podniosłam oczy, stwierdziłam, że znam tę osobę. Właśnie ze szkoły...

(Ktoś? c:)

niedziela, 24 sierpnia 2014

Lioneart: Od Nicole CD. Iggy.

Zrobiłam śniadanie dla mamy i siostry, zostawiłam karteczkę informującą, że wyszłam.Poszłam na miasto. Miałam ochotę na coś innego do jedzenia, niż było w lodówce, a zamierzałam jeszcze pójść do fryzjera.. Po chwili podeszła do mnie czerwono-włosa dziewczyna. Wytężając pamięć przypomniałam sobie, że chodzi też do szkoły.
- Hej. Kojarzysz mnie ze szkoły? - zagadnęła.
- Heej. Chyba tak, ale... - po chwili ciszy dodałam - Wiem ! Miałaś fioletowe włosy, tak?
- Tak - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Ładnie ci - przyznałam.
- Dziękuję.
- Jak mijają wakacje? - zagadałam.
- Całkiem dobrze, a tobie?
- Też. Właśnie też wybieram się do fryzjera - uśmiechnęłam się. - Wakacje. Trzeba korzystać.
- Racja. To ja będę lecieć. Do zobaczenia - po pożegnaniu dziewczyna odeszła, a ja ruszyłam do fryzjera. Po zakończeniu dzieła fryzjerki, wyglądałam tak:


Kiedy wyszłam ruszyłam do pierwszej lepszej knajpy, w której zamówiłam śniadanie. Szukając wolnego stolika (którego nie było ;-;) zobaczyłam tą samą dziewczynę, co wcześniej, przed fryzjerem. Podeszłam bliżej.
- Hej. My się już znamy, prawda?
- Cześć. Tak jakby. Widziałyśmy się już dzisiaj - uśmiechnęła się.
- Ale imion nie znamy - również się uśmiechnęłam. - Nicole.

Iggy?

sobota, 23 sierpnia 2014

Wolfind: od Iggy do kogoś

Przez wakacje mieszkałam u szefowej Glamour. Chodziła po urzędach od maja, ale w końcu zyskała prawo do opieki nad małoletnią. Po uroczystościach zakończeniowych, pomyślałam, że warto przefarbować włosy. Takie mam już od zimy. Trzymałam je tak długo, ponieważ brak czasu.
Weszłam do Glamoura.
-Cześć, Iggy-przywitała się moja przełożona, teraz również opiekunka.
-Hej
-Farbujesz włosy? Nie mamy klientów, teraz wszyscy są na lodach. Jaki chcesz?
Siadłam na sofie i wzięłam katalog.
-W te wakacje chcę jakiś rzucający się w oczy.
-Bardziej niż ten?-uśmiechnęła się lekko.
-Bardziej. Na przykład...czerwony.-wskazałam odpowiedni odcień.
-Mhm, OK. Do roboty.
Po skończonym farbowaniu miałam takież włosy





-Noo...laska, teraz wyruszasz na letni podryw?-zażartowała przełożona.
-W twoich snach-odrzekłam-Coś zrobić?
-Hm...chyba ,masz wolne. Jak będzie coś ważniejszego do zrobienia, to zadzwonię.
-OK-rzuciłam i wyszłam z zakładu. W oddali zobaczyłam kogoś, kogo znałam z widzenia. Podeszłam(nie w moim stylu!)
-Hej. Kojarzysz mnie ze szkoły?

Ktoś?

piątek, 22 sierpnia 2014

Wolfind: od Angie do Michaela

Zakończenie roku szkolnego. Wszyscy elegancko ubrani. Dyrektorka cośtam przemawia, o kształceniu talentów, o wzruszeniu, o miłości itp, itd. Stałam w rzędzie na baczność, czego dokładnie pilnowała nasza najdroższa wychowawczyni. I w końcu....Nareszcie! Rozdanie świadectw z wyróżnieniem. Mogłabym dostać, ale mam niskie zachowanie, ale no co, nie moja wina, że tamten gość jakoś się na mnie nieprzyzwoicie gapił. Dostał w nos. A tamta laseczka cośtam mruczała o kujonach... dostała, aż jej tapeta spłynęła. Warto było.
Cieszyłam się, bo ZAWSZE i W KAŻDEJ szkole świadectwa z wyróżnieniem kończą zebranie.
Kiedy już wszystkie prymusy odeszły ze statuetkami i przepięknymi świadectwami, dyrektorka zakończyła "Do września!" i wszyscy się rozbiegli. Pobiegłam w stornę Mike'a.
-Do zobaczenia-uśmiechnęłam się.-Odwiedzisz mnie kiedy?
-Na pewno się umówimy.-wyszczerzył zęby.-O, moi rodzice. Do zobaczenia, Angie.
-Cześć-nim pomyslałam, co robię, pocałowałam jego policzek i szybkim krokiem skierowałam się do ludzi, którzy mnie stworzyli. Bo rodzicami ich nie nazwę. Stali tam. Wysoki, przystojny brunet na żelu i blondynka w eleganckim kostiumie i ze skórzaną torbą z węża.
-A gdzie wyróżnienie?-warknęła Sally na powitanie.-Coś musimy pokazać sąsiadom, jeśli go nie zobaczą, nie dadzą nam spokoju.
-To wasz naruszony spokój, nie mój-odpysknęłam. Stanley szarpnął się, ale Sally go powstrzymała.
-Nie warto. Wsiadaj do samochodu.
~~*~~
Przeglądałam SMS-y. Sally-10 wiadomości, Stanley-5 wiadomości, Mike.....108. Przez te 2 tygodnie wakacji. Wow. Przemierzałam kciukiem otchłanie SMS-ów, a kiedy doszłam do końca, uśmiechnęłąm się i napisałam:

Jak życie? Chodźmy gdzieś w najbliższym czasie, sąsiedzi mnie molestują pytaniami o rok szkolny. Chyba mam im streścić każdy dzień.

Rzuciłam telefon(iPhone, najnowszy) i padłam na łóżko. Pięć minut... podniosłam nogi. Dziesięć...leżę z nogami na poduszkach...piętnaście...wiszę do góry nogami...Dwadzieścia...leżę na ziemi...DZWONEK!!!

Uuuu, współczucie. Pewnie, możemy iść. Jutro?

Przeczytałam i odpisałam:

Spk

Michael?

Współczucie

niedziela, 17 sierpnia 2014

Lioneart: Od Nicole - "Believe"

W głowie miałam słowa piosenki:
" To koniec. Zabiliśmy w sobie wszystko. To koniec. Mogliśmy więcej przykro."
Nie do końca na ten temat, ale to koniec. Koniec tego roku, koniec. Ciekawe co ja zrobię przez te wakacje. Dostałam list od cioci. Powiedziała, żebym przyjechała. Wspomniała o jakiejś niespodziance. Po zakończeniu poszłam do pokoju. Wzięłam walizkę. Po drodze spotkałam Mike'a, więc pożegnałam się i życzyłam mu miłych wakacji. Szłam jeszcze terenem szkoły, kiedy zobaczyłam stojącą przed bramą kobietę. Nie byłam pewna, czy tam dalej iść, ale przemogłam się i poszłam. Kobieta również niepewnym krokiem ruszyła w moim kierunku.
- Przepraszam - powiedziała cichym głosem. - Możesz mi powiedzieć, proszę, gdzie znajdę Nicole Brown ?
Zatkało mnie. Skąd ona do jasnej ch#lery mnie znała?? Przełknęłam ślinę.
- A... Właściwie kim pani jest? - po chwili dodałam. - To ja jestem Nicole Brown.
W oczach kobiety pojawiły się łzy. Wzruszenia i szczęścia. Umiem je rozróżnić.
- Ale... o co chodzi ? - zapytałam.
- Wiem, Nicole. Dawno się nie widziałyśmy, masz prawo mnie nie pamiętać. W końcu tyle czasu byłam w szpitalach.
- Mama ??? - wykrzyknęłam, rzuciłam torby i rzuciłam się jej na szyję.
Do oczu napłynęły mi łzy.
" Weź się w garść, nie płacz teraz, kiedy wszyscy się na ciebie gapią ! "
Faktycznie. Niedaleko stała grupka osób, przyglądających się tej sytuacji.
- Bardzo się cieszę, że wróciłaś. Nie wierzyłam w to.
- No to Believe. And never say never - usłyszałam głos zza moich pleców.
Odwróciłam się. Przede mną stała moja siostra. Dokładnie poznałam ją po głosie i oczach. Przytuliłam je obie. Szybko otarłam oczy, żeby nie rozmazać przypadkiem tuszu do rzęs, ale po chwili łzy i tak same zaczęły ciec po twarzy. W gruncie rzeczy, wtedy było mi już to obojętne. Miałam wtedy bowiem matkę i siostrę. Osoby, które kochałam ponad życie...

sobota, 16 sierpnia 2014

czwartek, 14 sierpnia 2014

Zakończenie roku szkolnego!

Z poślizgiem, bo z poślizgiem, jednak informuję was, że 11 sierpnia oficjalnie zakończyliśmy pierwszy rok szkolny w Hollywood Arts. Wszyscy uczniowie przeszli klasę, są już w klasie drugiej, co mogą sobie zobaczyć w swoich formularzach.

Punktacja domów pod koniec roku szkolnego miała się następująco:
IV miejsce zajęło Clevouse z 55 punktami.
III miejsce należy do akademika Sun Shine, który zdobył 525 punktów.
Walka o II i I miejsce była zażarta. II miejsce zajął Lioneart z ilością punktów - 615.
Nie jest więc niespodzianką, że zwycięża akademik Wolfind z liczbą 695 punktów i to on zdobywa główną nagrodę, jaką w tym roku był stół bilardowy. Gratulacje!

Częściowo z winy, że w połowie roku odeszła kapitanka, częściowo z powodu frekwencji, a na ostatku z niedbałości administracji nie odbyły się żadne zawody w siatkówkę. Obiecuję zorganizować je w przyszłym roku. Jeśli skompletujemy drużynę koszykówki, zawody rozegrają również chłopcy. Z racji ilości dziewcząt w szkole, od nowego roku powstanie grupa cheerleaderek, przy czym nie będzie miał znaczenia profil danej uczennicy.

To chyba wszystko, co chciałam powiedzieć. Więc dziękuję i miłych wakacji!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Teraz to już trzeba będzie kupić kwiaty i zamówić stolik w najdroższej restauracji w mieście. Współczuję, stary - powiedział Mike, dość mocno, jednak przyjaźnie, klepiąc mnie po plecach. Po chwili dodał: - Co ci jest?
Kiedy mnie dotknął, zgiąłem się w pół, sycząc z bólu.
- Nie wiem... - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Boli jak diabli...
- Co cię boli? - spytał rzeczowo Ethan.
- Żebra...
- Serio mogą być popękane. Może nawet złamane - powiedział, na co ja spojrzałem na niego ze strachem, Mike natomiast z rozbawieniem. - Powinieneś iść do pielęgniarki.
- Żadnego lekarza! - powiedziałem kategorycznie i wyprostowałem się z takim impetem, że w następnym momencie skuliłem się jeszcze bardziej.
- Nie, to nie - Ethan wzruszył ramionami, po czym chwycił piłkę od kosza, wykonał wsad i wrócił truchtem. - Teraz ty - rzekł, wręczając mi przedmiot. Spojrzałem na niego z bólem. Westchnąłem. Facet jesteś, czy pizda?
Spiąłem się w sobie i potruchtałem w stronę kosza, kozłując piłkę. To jeszcze nie było takie znowuż najgorsze. Boleć zaczęło, kiedy chciałem podskoczyć. Wyciągnąłem ręce do góry i... AUUUU!!! Poczułem w żebrach ból tak silny, że nie miałem dość siły woli, by opanować ryk, który wydobył się z mojej piersi, nim na powrót się skuliłem.
- Nie potrzebujesz, ta? - zakpił Mike, kiedy oboje podbiegli i odebrali mi piłkę.
- Nie potrzebuję - upierałem się, choć ledwo mówiłem, nie wspominając o prostym staniu.
- Co ci szkodzi przejść się do piguły? - zapytał Ethan.
- Nie i już - odparłem.
- Boisz się? - powiedział Mike głosem pełnym drwiącego współczucia, pieszcząc się jak do dziecka. - Czy może uwłacza to twojej męskości?
- Zamknij się - syknąłem.
- Chris - powiedział Monroe głosem nieznoszącym sprzeciwu - idziemy.
- Coś ty taki opiekuńczy?
- Ktoś musi, skoro twoja dziewczyna nie chce cię znać - wzruszył ramionami.
Siłą zaciągnięty zostałem do gabinetu pielęgniarki. Spojrzała na mnie jak na przedszkolaka, który zrobił sobie kuku w piaskownicy i kazała zdjąć koszulkę i położyć się na kozetkę.
- Boli cię tu? - spytała, uciskając klatkę piersiową.
- Au - oznajmiłem.
- A tutaj?
- Au!
- A tu?
- AUA!!!
- Sądzę - powiedziała po chwili namysłu - że nie zawadzi zrobić prześwietlenie.
- Co?
- Prześwietlenie - powtórzyła cierpliwie. - Możesz się ubrać. Poproszę kogoś z personelu, żeby jechał z tobą do kliniki.
- Nie zgadzam się! - wykrzyknąłem. Wzdrygnąłem się z bólu. Powoli ubrałem koszulkę. - Nie jestem dzieckiem - oznajmiłem nieco spokojniej, spuszczając nogi na podłogę.
- Jesteś pod naszym nadzorem - upierała się pielęgniarka.
- Nie mogę sam? - jęknąłem prosząco.
- Nie - odpowiedziała tonem kończącym rozmowę.
Stanęło na tym, że pojechałem do kliniki z nauczycielem w-f'u - profesorem Sherry'm - gdyż pielęgniarka uparła się, że, mimo iż wypadek nie miał miejsca na jego lekcji, "to przez pana skakanie i wygłupy oni łamią karki i całe ciało po drodze". Nie było to w sumie takie straszne, gdyż Sherry jest młodym gościem i wygląda raczej na mojego brata, jeśli nie kumpla. Pojechaliśmy więc jego osobistym czarnym porszakiem prosto z Niemiec i nie powiem, żeby to było takie krzywdzące - może wyłączając fakt, że miałem uszkodzone kości i nie mogłem normalnie w nim siedzieć.
- Wszystko gra, chłopie? - zapytał nauczyciel. - Co ci się stało?
- No... Trenowaliśmy... I spadło mi się z kosza...
- Uuu... To co? Prześwietlonko, ta?
Weszliśmy do okropnie białego pomieszczenia. Ściany i podłoga były białe, nawet ludzie poubierani byli na biało. Koszmar. Do moich nozdrzy doszedł ten okropny szpitalny zapach. Mimowolnie się skrzywiłem.
W sumie nie zajęło nam to dużo czasu, więc po godzinie stałem już przed drzwiami pokoju Kat. Zapukałem cicho i wszedłem, nie czekając na zaproszenie, bo miałem spore przeczucie, że i tak by mnie nie wpuściła.
- Co zginie w ogniu? Nasz związek? - zapytałem, słysząc tekst piosenki, której słuchała, a którą było słychać wyraźnie mimo tego, iż odtwarzano ją przez słuchawki.
- Co ci jest? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, wyjmując sprzęt z uszu i wpatrując się intensywnie w mój nieosłonięty mięśniaty tors owinięty bandażem na wysokości płuc.
- Eee... Nic - machnąłem lekceważąco ręką. - Tylko mam uraz płuc i mogę do końca życia mieć spore problemy z oddychaniem. Już nigdy nie zagram w kosza...
- Co?! - Kat zerwała się na równe nogi i podbiegła do mnie z rozpaczliwą miną, jakby to siebie obwiniała o wszystko. Uwiesiła się na mojej szyi.
- Boli - stęknąłem. Odskoczyła jak oparzona.
- Przepraszam, przepraszam - jęczała. - To tylko głupia lalka, zadanie domowe, a ty przeze mnie teraz cierpisz. - Wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Okej, wybaczam - powiedziałem ciepło i pocałowałem ją w policzek. - A tak serio, to płuca mam w porządku...
- Ty gnoju! - dziewczyna uderzyła mnie w klatkę, a ja zawyłem z bólu.
- Ale żebra mam popękane! - krzyknąłem i zakląłem głośno. To podobno osłabia ból fizyczny.
- O Boże, przepraszam - Kat zatkała usta dłonią.
- Nie szkodzi - syknąłem. - To zgoda?
- Zgoda...
- Boże - powiedziałem po chwili. - Jeden dzień z plastikową lalką i tyle szkód. I ty chcesz mieć ze mną kiedyś dzieci? - zapytałem, a w myśli dodałem: powiedz "nie".
- Żartujesz? Ja bym dnia nie wytrzymała - oznajmiła z zaczepnym uśmieszkiem.
Spojrzałem jej w oczy i wyszczerzyłem białe zęby w uśmiechu.
- Co? - spytała.
- Piękna jesteś - odpowiedziałem i złożyłem pocałunek na jej ustach.
- A ty kretyn - odparła, po czym zaczęła mnie całować.

- Pan Cambell i pani Everdeen - wywołała nas nauczycielka. Minął tydzień od naszej błyskawicznej kłótni i nadszedł moment oceny naszej ciężkiej pracy.
Wyszliśmy na środek klasy. Kat trzymała na rękach Simona, który coś tam gadał w tylko sobie znanym języku. Ja taszczyłem za nią torbę z różnymi dziecięcymi cackami.
- Lalka wygląda na całą, to już jest zaliczenie - zażartowała kobieta - energiczna blondynka z wiecznym uśmiechem na twarzy. - To teraz przesłuchamy sobie nagrania z dyktafonu.
Spojrzeliśmy po sobie.
- Tak przy wszystkich? - wydusiła z siebie dziewczyna.
- Czy to jakiś problem? - nauczycielka odpowiedziała pytaniem.
- Skąd... - Katniss przecząco pokręciła głową.
- W takim razie... - pani Montez wyjęła Simona z rąk mamusi, chwilkę coś przy nim majstrowała i wyciągnęła malutką kartę, czip, czy kij wie, co to było. Włożyła urządzonko do laptopa, poklikała w klawiaturę i z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki: od słodziutkich rozmów z bobasem, poprzez nasze kłótnie o zmienianie pieluch, na migdaleniu się kończąc. Słychać też było wiele brzydkich słów. Kat zarumieniła się ze wstydu.
Kiedy nagranie się skończyło, nauczycielka odchrząknęła i rzekła:
- Na tym przykładzie widzimy wyraźnie, jak wiele stresu kosztuje opieka nad małym dzieckiem. Powiedzcie mi, czego nauczyliście się przez ten tydzień.
- Żeby uważać robiąc wsad - mruknąłem. Żebra nadal trochę bolały. Klasa się zaśmiała.
- Okej. A ty, Katniss?
- Dowiedziałam się, że nie dam rady spędzić z tym głupkiem reszty życia.
Uczniowie znów zareagowali śmiechem.
- No cóż, nie do końca o to mi chodziło, ale ufam, że wasze wnioski są głębsze. Przynajmniej twój, Katniss. Siadajcie. Co ja mam wam postawić... Niech będzie B za wulgaryzmy.
Wracając do ławki, przybiłem piątkę Kat. Może rzeczywiście moje wnioski były głębsze. Nie chciałem się jednak nad nimi zastanawiać.

Koniec ;3

czwartek, 10 lipca 2014

Lioneart: Od Nicol - CD Michaela

- Dziękuję i zapraszam ponownie - powiedziała ekspedientka.
Kiedy odeszliśmy kawałek przedrzeźniłam ją:
- Dziękuję i zapraszam ponownie - powiedziałam słodziutkim głosikiem, tak jak te kasjerki z Biedronki.
Roześmieliśmy się, a ludzie spojrzeli na nas tak dziwnie. Ale co tam.
Fajnie jest mieć przyjaciela, z którym można się pośmiać.
- Mamy Biedronkę po drodze, zajdziemy, ok? Muszę kupić kilka potrzebnych rzeczy.
- Spoko - powiedział, a po chwili dodał - mam nadzieje, że nie to co ostatnio?
- Od kiedy to sprzedają żyletki w supermarkecie, hm?
- No fakt - uśmiechnął się.
Weszliśmy do sklepu. Wzięłam ten wózek na kółkach, mimo, że zamierzałam kupić parę bułek i 7upa (ulubiony napój Niemców ^^).
Michael spojrzał na mnie dziwnie.
- Zamierzasz kupować zapas na cały tydzień?
- Hahaha. Nie. Po prostu, ten wózek bierze się po to - powiedziałam i zademonstrowałam jak jeżdżę na nim pomiędzy pólkami odpychając się nogą.
***
Doszliśmy do kasy. Kasjerka ja zwykle nie miała wydać 2 groszy reszty.
- Mogę być winna 2 grosiki? - zapytała swoim słodkim głosem.
- Taa, tylko nie przetraci pani na głupoty - wyręczył mnie Michael.
Wybuchnęłam śmiechem, a Michael spojrzał na mnie i też zaczął się śmiać. Ludzie patrzyli na nas podejrzliwie. Nie widzieli śmiejących się ludzi? Ale co tam.

< Michael? Sorki, nie mam weny, jakoś tak nudno.>

wtorek, 8 lipca 2014

Wolfind: Od Michael'a cd. Nicole

- Przejdziemy się? - zapytałem - Robi się fajnie, ciepło.
Schowała książkę do torby i westchnęła.
- Jasne. - uśmiechnęła się.
Wyciągnąłem łokieć w jej stronę.
- Madame? - spojrzałem na nią wzrokiem dżentelmena.
Zaśmiała się i odepchnęła mnie.
- Idziemy na lody? - zapytałem - Na patyku, w sensie. Albo gałkowe.
- Wiem, aż taka zboczona nie jestem...
- Ja stawiam, madame. Ile madame życzy sobie gałek?
Znów się zaśmiała.
- Dwie. Jeśli można, oczywiście.
- Można i trzy, jeśli madame zapragnie.
Zbliżyliśmy się do lodziarni. Zapłaciłem za swój deser i za deser Nicole. Ekspedientka wydała mi resztę i uśmiechnęła się serdecznie.
- Dziękuję i zapraszam ponownie.

Nicole? Dobra, nie jest to moje najlepsze opo, jedno z gorszych, nudne i bez sensu ;-;

Lioneart: Od Katniss cd. Chris

- Trudno. - prychnęłam - Masz za zostawienie dzieciaka samego.
- Nie był sam! - zaczął go bronić Ethan - Przecież my tu jesteśmy.
- Właśnie. A poza tym to co ma się stać temu bachorowi? - spytał Michael.
Westchnęłam. Bez dalszej kłótni zabrałam lalkę do siebie. Czułam jak chłopcy odprowadzają mnie wzrokiem. "Teraz to już trzeba będzie kupić kwiaty i zamówić stolik w najdroższej restauracji w mieście. Współczuję, stary" - udało mi się usłyszeć słowa Mike'a.
Dziwne. Nawet nie próbował się usprawiedliwiać. Mało mu zależy.
Gdy znalazłam się w pokoju Simon zaczął się drzeć. Jakby mi tego do szczęścia brakowało. Wcisnęłam butelkę do jamy gębowej. Dziecko jakimiś czujnikami w japie wykryło, że go karmię. Moja praca domowa zaczyna mnie wkurzać. Usadziłam dziecko na krześle, a sama położyłam się na łóżku. Wzięłam książkę ze stojącej nieopodal szafki. Ach, przeczytana. Muszę wybrać się do księgarni.
Z powodu braku książek sięgnęłam po kolorowe czasopismo. Po przeczytaniu pierwszej strony cisnęłam ją w kąt. Kogo obchodzi jakie okulary założył Justin Bieber albo dlaczego Harry z Łan Dajrekszyn chodził po domu bez koszulki?
Sięgnęłam po telefon. Jak zwykle dołączone do niego były słuchawki. Po kilku kliknięciach było słychać głos Dan'a Smith'a.



Chris? Sory, że nudno, cierpię na powakacjowybrakwenytotalny ;-;

wtorek, 1 lipca 2014

Lioneart: Od Nicole - cd Michaela

Na przerwie usiadłam pod klasą. Miałam zamiar wyjąć książkę (Droga do raju) i dowiedzieć się co stało się z Candy i gdzie jest żółty mustang shelby Sloane. Ale oczywiście plany musiały się popsuć. To wada planowania. Jak coś zaplanujesz to zawsze coś się stanie, abyś nie mogła wykonać tej czynności, którą zaplanowałaś. Uhuhu jaka filozofia. Ale wrócę do tematu. Usłyszałam wykrzyknięte przez Michaela "Hej!" (jakie zdania xd) i odwróciłam się lekko zawiedziona. Miałam zamiar przecież doczytać książkę, przez którą zżerała mnie ciekawość. Byłam w stanie rozerwać każdego, kto mi przeszkodzi. Więc to nie moja wina, że wybuchnęłam:
- Czego??
- Jezu, spokojnie, dziewczyno. Stop agresji!
- Sory. Zamierzam doczytać książkę.
- Można wiedzieć jaką? - uśmiechnął się. Tak jakoś dziwnie.
Pokazałam mu okładkę książki.
- Czytałem - powiedział dumnie.
- Nie próbuj... - zaczęłam, ale nie zdążyłam.
- Candy zostanie zamordowana, Shelby nie znajdzie matki, a Gina nie powstrzyma chłopaka od ślubu z tamtą.
Spojrzałam na niego wzrokiem zabójcy.
-Niech cię szlag trafi ! - mruknęłam.
Miałam ochotę zasadzić mu kopa... ale cóż. Nadrobi się później.

< Michael? Sorki, kompletny brak weny + pisane na szybko, bo zapomniałam o tym opowiadaniu ;-; >

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Nie podlizuj się - mruknęła Kat i zajęła się leżącą na łóżku lalką.
- To w końcu jak go nazwiemy? - zapytałem obserwując jednocześnie, z jaką szybkością i łatwością moja dziewczyna zakłada memu synowi pampersa i ubiera go w miniciuszki.
- Liczę na twoją inwencję - oznajmiła. Wzięła bobasa na ręce i zaczęła spacerować z nim po pokoju.
- Stuart. Stuart Malutki - palnąłem pierwsze, co przyszło mi na myśl. Przed oczyma stanął mi obraz białej myszki w sweterku.
- Jak zwykle można na ciebie liczyć - westchnęła. - Co powiesz na Simon?
- Może być - zgodziłem się. - To jak się dzielimy? Ty w nocy, ja w dzień? - wyszczerzyłem zęby.
- Nie ma opcji. Ja też chcę się wyspać, Chris - spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- No ja wiem, no... - jęknąłem. Podszedłem do dziewczyny i bezceremonialnie ją pocałowałem.
- Chris... Trzymam... dziecko - jej słowa przerywało penetrowanie ust przez mój język. W końcu przełożyła lalkę do jednej ręki, drugą zaś położyła mi na policzek i zaczęła rozkoszować się chwilą.
Po kilkudziesięciu sekundach pocałunku Kat oderwała się nagle ode mnie, jakbym zamienił się w żabę. Odruchowo spojrzałem na moją dłoń i z ulgą stwierdziłem, że nie jest zielona. Stwarzało to jednak kolejny problem: czemu dziewczyna zrezygnowała z całowania mnie.
- Chris... To się nagrywa...
Palnąłem się w czoło. Istotnie lalka miała dyktafon, a nie można się nie zgodzić, że pocałunkom towarzyszy megagłośne mlaskanie. Spojrzałem na zadanie domowe z chęcią mordu.
- Pozdrawiam panią Montez - powiedziałem do plastikowego brzuszka.
- Śmiechłam - parsknęła Kat. Ja również zacząłem się śmiać. Naszą euforię przerwał płacz dziecka.
- Co tym razem? - spytałem dziewczynę, choć pewny byłem, że wie tyle, co i ja.
- Jest głodny - oznajmiła z miną znawcy.
- Skąd wiesz? - zapytałem zdziwiony.
- Jestem jego matką, wiem takie rzeczy - żachnęła się.
- No dobra, a tak serio? Skąd wiesz?
- Proste. Dzisiaj jeszcze nie dostał - dziewczyna spojrzała na mnie jak na idiotę.
- No tak, tak, pani mądra. Idź, karm synalka, bo uszy mi odpadną!
- Może ty byś coś zrobił chociaż raz?
- Co ja jestem?! To twoje zadanie!
- Trzeba było nie robić sobie dzieci!
- To ty go urodziłaś!
- To twój plemnik!
Akompaniament dla naszej kłótni stanowił ryk dzieciaka. Nic nie wskazywało na to, by miał się uspokoić, a i Kat nie paliła się do jego przerwania.
- No i co robisz? Bierz się za to!
- Nie wiedziałam, że jestem twoją służącą, Cambell! Skoro tak, to weź dziecko i ja wychodzę! Zobaczymy, co potrafisz, bo jak na razie tylko się drzesz!
Katniss z wściekłością wymalowaną na twarzy wcisnęła mi wydzierającego się Simona do rąk i odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia.
- Nie! Czekaj, Kat! Ja przepraszam!
- O nie, tatuśku! Teraz to możesz mnie pocałować w piętę!
Żoneczka opuściła pokój z trzaśnięciem drzwiami. Nie było sensu jej gonić. Oboje musieliśmy ochłonąć, skoro poszło nam o lalkę. Spojrzałem z bezradnością na małego krzykacza. Z jego torby wyjąłem butelkę i wetknąłem do dzioba. Dziecka, nie mojego. Zapanowała błoga cisza. Westchnąłem. Bobas zamknąwszy oczy ciamkał smoka. Matko... Jeśli Katniss będzie chciała mieć ze mną dzieci, to ten związek nie ma przyszłości.
Po jakimś czasie Simonek zaczął marudzić, czyli chyba się najadł. Odstawiłem butelkę na nocną szafkę i położyłem dzieciaka na moim łóżku celem odrobienia zadania z przebrzydłej matmy. Ledwo jednak wyjąłem zeszyt, Simon zaczął się odzywać. Z początku udawało mi się go ignorować, ale im dłużej to robiłem, tym głośniej przypominał o swojej obecności. W końcu cisnąłem zadanie na biurko i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Kat. Modliłem się, by odebrała, ale po dwóch sygnałach odrzuciła połączenie.
- Zołza - mruknąłem.
Bachor nadal płakał, a ja nie wiedziałem czemu. Zacząłem bujać go na ręku, nadal starając dodzwonić się do dziewczyny.
- No... No, odbierz, no... Kat... Katie... Kuńciu...
Za dziesiątą próbą - niespodzianka. Moje kochanie wyłączyło telefon! Ekstra normalnie! Młody nadal nie dawał za wygraną. Ma to po tatusiu. Rozpaczliwie zastanawiałem się nad przyczyną jego płaczu, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Jakiś promyk nadziei rozświetlił moje nieciekawe położenie. Czyżby Kat? Pewnie nie, ale może chociaż osoba, która będzie potrafiła przerwać zawodzenie lali! Jak na skrzydłach podbiegłem do drzwi i otworzyłem je.
- Dzieńdoberek, świeżo upieczony ojcze - uśmiechnął się Ethan.
- Idziesz grać? - dodał Mike.
- Przecież nie mogę - wskazałem głową na trzymanego potwora.
- A mamusia gdzie?
- Kat się obraziła - przyznałem niechętnie.
- Pierwszego dnia? Ooo... To masz przesrane - stwierdził Ethan nie mogąc powstrzymać się od brechtu.
- Nie pomagasz - burknąłem.
- Czemu on tak ryczy? - spytał Mike.
- No nie wiem!
- Przewijałeś go?
- Kat go przewijała.
- Dałeś mu coś jeść? - koledzy ścigali się w zadawaniu pytań.
- Taki tępy to nie jestem.
- A beknęło? - zapytał Ethan?
- Jezus, chuj go wi...
- Patrz.
Ethan wyciągnął ręce po bobasa. Położył go sobie pionowo na torsie tyłem do nas. Rozległ się głośny bek i płacz ucichł.
- Szacun, stary - Mike poklepał go po plecach.
- Skąd wiedziałeś?
- Mam rodzeństwo. To co, panowie, skoro ten problem mamy rozwiązany, śmigamy na boisko?
- No nie mogę! - czy tym debilom nic się nie da przetłumaczyć?
- Dzieciak śpi, zostaw go tu - Michael wzruszył ramionami.
- Ona mnie zabije - wycedziłem przez zęby.
- To weź go ze sobą. Niech się od małego uczy.
Kumple spoglądali na mnie wyczekująco. Spoglądałem to na nich, to na bobasa, bijąc się z myślami. W końcu to tylko lalka...
- Dobra, chodźcie - zgodziłem się. Zamknąłem jeszcze tylko drzwi na klucz i zeszliśmy na boisko. Było pusto, posadziłem więc Simona na ławce i rozpoczęliśmy mecz: ja i Ethan na Michaela. Było całkiem słonecznie, czuć było już nadchodzące powoli lato. Właśnie robiłem spektakularny wsad, kiedy powietrze przeszył groźny krzyk:
- CAMBELL!
Tak się zląkłem, że spierdoliłem sie z kosza prosto na plecy. Kumple zaczęli zwijać się ze śmiechu, tymczasem sprawczyni mojego wypadku - Katniss Everdeen we własnej osobie - podbiegła do dziecka i chwyciła je na ręce. Poleżałem trochę, obserwując niebo i zastanawiając się, czy żyję, a stwierdziwszy, że jednak tak, powoli podniosłem się na nogi. Żebra bolały jak diabli.
- Czy ty jesteś normalny? - dziewczyna natychmiast znalazła się przy mnie. - Jak mogłeś zostawić go bez opieki?! I w ogóle za cienko go ubrałeś! Jesteś nieodpowiedzialny, Cambell!
- Chyba mi żebra popękały - oznajmiłem jej, zamiast szukać dla siebie jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Trzymałem się kurczowo za brzuch, a stałem lekko zgarbiony.

Kat? :D Nawiasem mówiąc ziomek z mojej klasy tak jebnął i serio mu żebra popękały ^^