- Teraz to już trzeba będzie kupić kwiaty i zamówić stolik w najdroższej restauracji w mieście. Współczuję, stary - powiedział Mike, dość mocno, jednak przyjaźnie, klepiąc mnie po plecach. Po chwili dodał: - Co ci jest?
Kiedy mnie dotknął, zgiąłem się w pół, sycząc z bólu.
- Nie wiem... - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Boli jak diabli...
- Co cię boli? - spytał rzeczowo Ethan.
- Żebra...
- Serio mogą być popękane. Może nawet złamane - powiedział, na co ja spojrzałem na niego ze strachem, Mike natomiast z rozbawieniem. - Powinieneś iść do pielęgniarki.
- Żadnego lekarza! - powiedziałem kategorycznie i wyprostowałem się z takim impetem, że w następnym momencie skuliłem się jeszcze bardziej.
- Nie, to nie - Ethan wzruszył ramionami, po czym chwycił piłkę od kosza, wykonał wsad i wrócił truchtem. - Teraz ty - rzekł, wręczając mi przedmiot. Spojrzałem na niego z bólem. Westchnąłem. Facet jesteś, czy pizda?
Spiąłem się w sobie i potruchtałem w stronę kosza, kozłując piłkę. To jeszcze nie było takie znowuż najgorsze. Boleć zaczęło, kiedy chciałem podskoczyć. Wyciągnąłem ręce do góry i... AUUUU!!! Poczułem w żebrach ból tak silny, że nie miałem dość siły woli, by opanować ryk, który wydobył się z mojej piersi, nim na powrót się skuliłem.
- Nie potrzebujesz, ta? - zakpił Mike, kiedy oboje podbiegli i odebrali mi piłkę.
- Nie potrzebuję - upierałem się, choć ledwo mówiłem, nie wspominając o prostym staniu.
- Co ci szkodzi przejść się do piguły? - zapytał Ethan.
- Nie i już - odparłem.
- Boisz się? - powiedział Mike głosem pełnym drwiącego współczucia, pieszcząc się jak do dziecka. - Czy może uwłacza to twojej męskości?
- Zamknij się - syknąłem.
- Chris - powiedział Monroe głosem nieznoszącym sprzeciwu - idziemy.
- Coś ty taki opiekuńczy?
- Ktoś musi, skoro twoja dziewczyna nie chce cię znać - wzruszył ramionami.
Siłą zaciągnięty zostałem do gabinetu pielęgniarki. Spojrzała na mnie jak na przedszkolaka, który zrobił sobie kuku w piaskownicy i kazała zdjąć koszulkę i położyć się na kozetkę.
- Boli cię tu? - spytała, uciskając klatkę piersiową.
- Au - oznajmiłem.
- A tutaj?
- Au!
- A tu?
- AUA!!!
- Sądzę - powiedziała po chwili namysłu - że nie zawadzi zrobić prześwietlenie.
- Co?
- Prześwietlenie - powtórzyła cierpliwie. - Możesz się ubrać. Poproszę kogoś z personelu, żeby jechał z tobą do kliniki.
- Nie zgadzam się! - wykrzyknąłem. Wzdrygnąłem się z bólu. Powoli ubrałem koszulkę. - Nie jestem dzieckiem - oznajmiłem nieco spokojniej, spuszczając nogi na podłogę.
- Jesteś pod naszym nadzorem - upierała się pielęgniarka.
- Nie mogę sam? - jęknąłem prosząco.
- Nie - odpowiedziała tonem kończącym rozmowę.
Stanęło na tym, że pojechałem do kliniki z nauczycielem w-f'u - profesorem Sherry'm - gdyż pielęgniarka uparła się, że, mimo iż wypadek nie miał miejsca na jego lekcji, "to przez pana skakanie i wygłupy oni łamią karki i całe ciało po drodze". Nie było to w sumie takie straszne, gdyż Sherry jest młodym gościem i wygląda raczej na mojego brata, jeśli nie kumpla. Pojechaliśmy więc jego osobistym czarnym porszakiem prosto z Niemiec i nie powiem, żeby to było takie krzywdzące - może wyłączając fakt, że miałem uszkodzone kości i nie mogłem normalnie w nim siedzieć.
- Wszystko gra, chłopie? - zapytał nauczyciel. - Co ci się stało?
- No... Trenowaliśmy... I spadło mi się z kosza...
- Uuu... To co? Prześwietlonko, ta?
Weszliśmy do okropnie białego pomieszczenia. Ściany i podłoga były białe, nawet ludzie poubierani byli na biało. Koszmar. Do moich nozdrzy doszedł ten okropny szpitalny zapach. Mimowolnie się skrzywiłem.
W sumie nie zajęło nam to dużo czasu, więc po godzinie stałem już przed drzwiami pokoju Kat. Zapukałem cicho i wszedłem, nie czekając na zaproszenie, bo miałem spore przeczucie, że i tak by mnie nie wpuściła.
- Co zginie w ogniu? Nasz związek? - zapytałem, słysząc tekst piosenki, której słuchała, a którą było słychać wyraźnie mimo tego, iż odtwarzano ją przez słuchawki.
- Co ci jest? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, wyjmując sprzęt z uszu i wpatrując się intensywnie w mój nieosłonięty mięśniaty tors owinięty bandażem na wysokości płuc.
- Eee... Nic - machnąłem lekceważąco ręką. - Tylko mam uraz płuc i mogę do końca życia mieć spore problemy z oddychaniem. Już nigdy nie zagram w kosza...
- Co?! - Kat zerwała się na równe nogi i podbiegła do mnie z rozpaczliwą miną, jakby to siebie obwiniała o wszystko. Uwiesiła się na mojej szyi.
- Boli - stęknąłem. Odskoczyła jak oparzona.
- Przepraszam, przepraszam - jęczała. - To tylko głupia lalka, zadanie domowe, a ty przeze mnie teraz cierpisz. - Wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Okej, wybaczam - powiedziałem ciepło i pocałowałem ją w policzek. - A tak serio, to płuca mam w porządku...
- Ty gnoju! - dziewczyna uderzyła mnie w klatkę, a ja zawyłem z bólu.
- Ale żebra mam popękane! - krzyknąłem i zakląłem głośno. To podobno osłabia ból fizyczny.
- O Boże, przepraszam - Kat zatkała usta dłonią.
- Nie szkodzi - syknąłem. - To zgoda?
- Zgoda...
- Boże - powiedziałem po chwili. - Jeden dzień z plastikową lalką i tyle szkód. I ty chcesz mieć ze mną kiedyś dzieci? - zapytałem, a w myśli dodałem: powiedz "nie".
- Żartujesz? Ja bym dnia nie wytrzymała - oznajmiła z zaczepnym uśmieszkiem.
Spojrzałem jej w oczy i wyszczerzyłem białe zęby w uśmiechu.
- Co? - spytała.
- Piękna jesteś - odpowiedziałem i złożyłem pocałunek na jej ustach.
- A ty kretyn - odparła, po czym zaczęła mnie całować.
- Pan Cambell i pani Everdeen - wywołała nas nauczycielka. Minął tydzień od naszej błyskawicznej kłótni i nadszedł moment oceny naszej ciężkiej pracy.
Wyszliśmy na środek klasy. Kat trzymała na rękach Simona, który coś tam gadał w tylko sobie znanym języku. Ja taszczyłem za nią torbę z różnymi dziecięcymi cackami.
- Lalka wygląda na całą, to już jest zaliczenie - zażartowała kobieta - energiczna blondynka z wiecznym uśmiechem na twarzy. - To teraz przesłuchamy sobie nagrania z dyktafonu.
Spojrzeliśmy po sobie.
- Tak przy wszystkich? - wydusiła z siebie dziewczyna.
- Czy to jakiś problem? - nauczycielka odpowiedziała pytaniem.
- Skąd... - Katniss przecząco pokręciła głową.
- W takim razie... - pani Montez wyjęła Simona z rąk mamusi, chwilkę coś przy nim majstrowała i wyciągnęła malutką kartę, czip, czy kij wie, co to było. Włożyła urządzonko do laptopa, poklikała w klawiaturę i z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki: od słodziutkich rozmów z bobasem, poprzez nasze kłótnie o zmienianie pieluch, na migdaleniu się kończąc. Słychać też było wiele brzydkich słów. Kat zarumieniła się ze wstydu.
Kiedy nagranie się skończyło, nauczycielka odchrząknęła i rzekła:
- Na tym przykładzie widzimy wyraźnie, jak wiele stresu kosztuje opieka nad małym dzieckiem. Powiedzcie mi, czego nauczyliście się przez ten tydzień.
- Żeby uważać robiąc wsad - mruknąłem. Żebra nadal trochę bolały. Klasa się zaśmiała.
- Okej. A ty, Katniss?
- Dowiedziałam się, że nie dam rady spędzić z tym głupkiem reszty życia.
Uczniowie znów zareagowali śmiechem.
- No cóż, nie do końca o to mi chodziło, ale ufam, że wasze wnioski są głębsze. Przynajmniej twój, Katniss. Siadajcie. Co ja mam wam postawić... Niech będzie B za wulgaryzmy.
Wracając do ławki, przybiłem piątkę Kat. Może rzeczywiście moje wnioski były głębsze. Nie chciałem się jednak nad nimi zastanawiać.
Koniec ;3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz