Nathaniel Asher - Wolfind
niedziela, 26 kwietnia 2015
środa, 15 kwietnia 2015
Sun Shine: Od Chrisa cd Kat
Piątek, czyli dwa dni po mojej kłótni z Katniss. Przez ten czas nie odzywaliśmy się do siebie. I bardzo dobrze. Ile warta jest dziewczyna, która nie jest w stanie obdarzyć chłopaka, którego rzekomo kocha, zaufaniem? W dodatku nie wyglądała zbytnio na smutną. Zaczynałem powoli wierzyć nawet, że to ona wymyśliła ten cały zakład, żeby mieć powód do rozstania i jeszcze sprawić, że to ona będzie tą poszkodowaną.
Na drugiej godzinie lekcyjnej ... sprawdzała obecność. Zwykle siedzę wtedy biernie, potwierdziwszy uprzednio, że jestem - moje nazwisko figuruje na szczycie listy. Teraz coś jednak przykuło moją uwagę.
- Gdzie jest Katniss? Była z wami, zdaje się, na pierwszej lekcji? - psorka podniosła głowę znad listy i rozejrzała się po sali. Podniósł się zbiorowy pomruk wyrażający niewiedzę.
- Mike, gdzie Kat? - odwróciłem się do siedzącego za mną kumpla. W tym momencie zapomniałem, jak bardzo ostatnio bezpodstawnie nadszarpnęła mój honor.
- Wiesz... - zaczął, drapiąc się po karku. - Gadałem z nią przed lekcją. Poryczała się i wybiegła.
- Nie mów mi, że próbowałeś ją pocieszać.
- Tak... jakby.
- Rany, stary, wyjedź se lepiej do Meksyku i zacznij hodować alpaki!
Odwróciłem się i podniosłem rękę do góry.
- Tak, panie Cambell?
- Mogę do toalety? - Zadałem standardowe pytanie-ucieczkę.
- Przerwa skończyła się przed sekundą. - Nauczycielka oparła ręce na biodrach.
- Ale ja się bardzo źle czuję - wyjęczałem, wykorzystując wszystkie swe umiejętności aktorskie. Skuliłem się i zasłoniłem usta dłonią. Uniosłem na kobietę moje oczy cierpiącego cielęcia. Zdawała się być nawet przekonana.
- Jeśli jest z tobą tak źle, zapraszam od razu do szkolnej pielęgniarki. Kto pomoże Chrisowi?
Nagły hałas za moimi plecami oznaczał, że Mike zerwał się z miejsca.
- Może ja, pani psor? To mój przyjaciel, martwię się o niego! - Cała klasa wybuchła śmiechem. Mnie też powalił na kolana gejowski tekst kolegi, ale skupiłem się na wyimaginowanym bólu.
- Dobrze, idź. Tylko uważaj na niego. Wygląda, jakby miał zaraz zemdleć.
Najwolniej jak umiałem wysunąłem się z ławki i zacząłem człapać w stronę drzwi podtrzymywany przez asystę. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, wyprostowałem się i uczyniłem jeszcze kilka kroków w ciszy. Oddaliwszy się wystarczająco od klasy, uśmiechnąłem się do kumpla.
- Dzięki, stary, jesteś wielki! - Przybiliśmy męską piątkę.
- No proszę cię, zafundowałeś mi darmowe wagary. Jesteśmy kwita.
- Lecę do niej. Przyjdę na przerwie.
- Tylko się nie spóźnij - pogroził mi palcem - bo co ja wtedy powiem?
- Że mi się pogorszyło. - Wyszczerzyłem się.
- Chyba na mózgu - zaśmiał się, za co dostał z pięści w ramię.
Po chwili stałem już pod akademikiem Lioneart. Uznałem, że poszukiwania należy rozpocząć właśnie tam. Wspiąłem się po schodach i zastukałem do jej drzwi.
- Michael, idź stąd. Nie chcę cię widzieć. - Usłyszałem płaczliwy głos dziewczyny, którą przecież kocham i nie przestałem mimo jej oskarżenia.
- To nie Michael - powiedziałem spokojnie.
- Chris? - Przez moment w jej głosie dało się wyczuć zaskoczenie. - Wynoś się! Nie chcę cię znać!
Nacisnąłem klamkę. Otwarte! No proszę!
Kat leżała na brzuchu na łóżku z pudełkiem chusteczek, książką i słuchawką w jednym uchu. Powstrzymywała szloch, było jednak widać, że jeszcze przed chwilą mocno płakała.
- Czego? - warknęła, odwracając ode mnie wzrok.
- Martwiłem się - odparłem głosem wypranym z emocji. Wypranym, odwirowanym i wyżętym.
- Oczywiście. Coś jeszcze?
- Powinnaś iść do szkoły.
- Chyba sama się orientuję, co powinnam, a co nie. A ty czemu nie na lekcji? - zapytała po chwili wahania.
- Już ci mówiłem. Musiałem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
Zerknęła na mnie podejrzliwie. Iskierka nadziei lśniąca w jej oczach widocznie pragnęła wydostać się z głębi umysłu, skutecznie blokowana przez ból i zawód.
- Ta. W porządku. Możesz wracać.
W geście odmowy usiadłem na skraju jej łóżka.
- Nie wyjdę stąd, póki nie powiesz mi, o co chodzi.
- Może o to, że nie chcę być z kimś, kto mnie nie kocha?
- KATNISS! Proszę. Ile razy mam ci powtarzać? Ostatnio przegiąłem, wiem, i przepraszam, ale byłem zmęczony i rozdrażniony, a ty wpadłaś do mojego pokoju i zaczęłaś posądzać mnie o rzeczy, które nigdy nawet przez myśl mi nie przyszły. Kocham cię, czaisz? Nie rozumiem, na jakiej podstawie możesz twierdzić inaczej.
- Więc tego zakładu...
- ...nigdy nie było - dokończyłem, kiwając głową.
- Nie wiem, czy mogę ci wierzyć.
Że co?! Ja tu się fatyguję, narażam, udaję obłożnie chorego, produkuję, przepraszam, sram, a ta co? Powiedziałem jej to wszystko, siląc się na opanowanie.
- Jak ty byś się czuł na moim miejscu? - spytała, tym razem cierpliwie wysłuchawszy, co mam jej do powiedzenia.
- Jak gówno - przyznałem z westchnieniem.
- No to witam w domu.
- Jest mi naprawdę przykro, ale ja już nie mam cię za co przepraszać. To raczej ty powinnaś przeprosić mnie.
- Ja? Ciebie?
- No tak. Za fałszywe oskarżenia. Bo chyba już mi wierzysz, prawda?
Katniss spuściła głowę. Wzięła głęboki oddech. Zaczęła bawić się biało-czerwoną pościelą w serca.
- Tak - szepnęła. - Chyba tak.
- Powiesz mi, kto naopowiadał ci takich bzdur? - spytałem łagodnie, unosząc jej głowę.
- Otwieraj! - wrzeszczałem, na zmianę waląc pięścią w drzwi i szarpiąc klamkę. - Otwórz, mówię!
Było już po lekcjach. Z Katie stwierdziliśmy, że nie wracamy na resztę zajęć. Puściłem Mike'owi SMS z prośbą o krycie i wziąłem dziewczynę na miasto. Cały czas byłem jednak podminowany, czując ogromny żal do osoby, która tak paskudnie mnie wkopała, nie mając nawet wyraźnego powodu. Teraz mogłem jej wreszcie wszystko wygarnąć.
- Słucham? - W progu pokoju stanęła Raquel z mascarą w ręku.
- Pojebało cię, nie? - warknąłem. Była moją małą dziewczynką, ale teraz byłem wściekły. Nie byłem w stanie uwierzyć, że ona mogłaby wyciąć taki numer MNIE. Bez kompletnie żadnego powodu!
- Schlebia mi to. Dlaczego tak sądzisz? - zapytała, krzyżując ręce na piersi. Po jej uśmieszku wnioskowałem jednak, że doskonale wie, co mam na myśli.
- Dlaczego nagadałaś Kat takich bzdur?!
- Powiedzmy, że miałam swój powód.
- Jaki kurna powód? Co może usprawiedliwiać rozpierdolenie komuś związku?!
- Więc zerwaliście? - W oczach dziewczyny dostrzegłem radosne iskierki.
- Nie. Nie zerwaliśmy. Liczyłem raczej na jakieś "przepraszam" lub słowo usprawiedliwienia.
- Przepraszam, że mi nie wyszło - prychnęła. Gniew wzbierał we mnie coraz bardziej, jednak na niej nie robiło to żadnego wrażenia.
- Możesz mi łaskawie wyjaśnić, co tobie nie pasuje w tym, że mam dziewczynę?!
- Mi? Absolutnie nic. - Wzruszyła ramionami.
- Powiedz! Powiedz mi kurwa! O co ci chodzi?! - Teraz już wrzeszczałem jej prosto w twarz. Ona patrzyła mi w oczy i milczała, co tylko bardziej mnie irytowało. - Powiesz?! No odezwij się!
W przypływie emocji uderzyłem siostrę w twarz. Policzek natychmiast się zaczerwienił. Złapała się za niego i podniosła na mnie wściekły wzrok.
- Wypierdalaj - syknęła cicho po chwili ciszy.
- O matko, Misia, przepraszam, ja...
- Wypierdalaj!
- Kurwa, ja nie chciałem...!
- WYPIERDALAJ! Goń się, słyszysz?! Daj mi spokój. Idź do Katniss. No idź!
Spojrzałem na nią zmieszany. Wyglądała, jakby chciała wydobyć swój sztylet i zadźgać mnie na miejscu, westchnąłem więc tylko i wyszedłem, tak jak prosiła. Nie powinienem mieć wyrzutów sumienia. Jeśli ktoś tu postąpił źle, to ona.
Katu? ;**
Na drugiej godzinie lekcyjnej ... sprawdzała obecność. Zwykle siedzę wtedy biernie, potwierdziwszy uprzednio, że jestem - moje nazwisko figuruje na szczycie listy. Teraz coś jednak przykuło moją uwagę.
- Gdzie jest Katniss? Była z wami, zdaje się, na pierwszej lekcji? - psorka podniosła głowę znad listy i rozejrzała się po sali. Podniósł się zbiorowy pomruk wyrażający niewiedzę.
- Mike, gdzie Kat? - odwróciłem się do siedzącego za mną kumpla. W tym momencie zapomniałem, jak bardzo ostatnio bezpodstawnie nadszarpnęła mój honor.
- Wiesz... - zaczął, drapiąc się po karku. - Gadałem z nią przed lekcją. Poryczała się i wybiegła.
- Nie mów mi, że próbowałeś ją pocieszać.
- Tak... jakby.
- Rany, stary, wyjedź se lepiej do Meksyku i zacznij hodować alpaki!
Odwróciłem się i podniosłem rękę do góry.
- Tak, panie Cambell?
- Mogę do toalety? - Zadałem standardowe pytanie-ucieczkę.
- Przerwa skończyła się przed sekundą. - Nauczycielka oparła ręce na biodrach.
- Ale ja się bardzo źle czuję - wyjęczałem, wykorzystując wszystkie swe umiejętności aktorskie. Skuliłem się i zasłoniłem usta dłonią. Uniosłem na kobietę moje oczy cierpiącego cielęcia. Zdawała się być nawet przekonana.
- Jeśli jest z tobą tak źle, zapraszam od razu do szkolnej pielęgniarki. Kto pomoże Chrisowi?
Nagły hałas za moimi plecami oznaczał, że Mike zerwał się z miejsca.
- Może ja, pani psor? To mój przyjaciel, martwię się o niego! - Cała klasa wybuchła śmiechem. Mnie też powalił na kolana gejowski tekst kolegi, ale skupiłem się na wyimaginowanym bólu.
- Dobrze, idź. Tylko uważaj na niego. Wygląda, jakby miał zaraz zemdleć.
Najwolniej jak umiałem wysunąłem się z ławki i zacząłem człapać w stronę drzwi podtrzymywany przez asystę. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, wyprostowałem się i uczyniłem jeszcze kilka kroków w ciszy. Oddaliwszy się wystarczająco od klasy, uśmiechnąłem się do kumpla.
- Dzięki, stary, jesteś wielki! - Przybiliśmy męską piątkę.
- No proszę cię, zafundowałeś mi darmowe wagary. Jesteśmy kwita.
- Lecę do niej. Przyjdę na przerwie.
- Tylko się nie spóźnij - pogroził mi palcem - bo co ja wtedy powiem?
- Że mi się pogorszyło. - Wyszczerzyłem się.
- Chyba na mózgu - zaśmiał się, za co dostał z pięści w ramię.
Po chwili stałem już pod akademikiem Lioneart. Uznałem, że poszukiwania należy rozpocząć właśnie tam. Wspiąłem się po schodach i zastukałem do jej drzwi.
- Michael, idź stąd. Nie chcę cię widzieć. - Usłyszałem płaczliwy głos dziewczyny, którą przecież kocham i nie przestałem mimo jej oskarżenia.
- To nie Michael - powiedziałem spokojnie.
- Chris? - Przez moment w jej głosie dało się wyczuć zaskoczenie. - Wynoś się! Nie chcę cię znać!
Nacisnąłem klamkę. Otwarte! No proszę!
Kat leżała na brzuchu na łóżku z pudełkiem chusteczek, książką i słuchawką w jednym uchu. Powstrzymywała szloch, było jednak widać, że jeszcze przed chwilą mocno płakała.
- Czego? - warknęła, odwracając ode mnie wzrok.
- Martwiłem się - odparłem głosem wypranym z emocji. Wypranym, odwirowanym i wyżętym.
- Oczywiście. Coś jeszcze?
- Powinnaś iść do szkoły.
- Chyba sama się orientuję, co powinnam, a co nie. A ty czemu nie na lekcji? - zapytała po chwili wahania.
- Już ci mówiłem. Musiałem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
Zerknęła na mnie podejrzliwie. Iskierka nadziei lśniąca w jej oczach widocznie pragnęła wydostać się z głębi umysłu, skutecznie blokowana przez ból i zawód.
- Ta. W porządku. Możesz wracać.
W geście odmowy usiadłem na skraju jej łóżka.
- Nie wyjdę stąd, póki nie powiesz mi, o co chodzi.
- Może o to, że nie chcę być z kimś, kto mnie nie kocha?
- KATNISS! Proszę. Ile razy mam ci powtarzać? Ostatnio przegiąłem, wiem, i przepraszam, ale byłem zmęczony i rozdrażniony, a ty wpadłaś do mojego pokoju i zaczęłaś posądzać mnie o rzeczy, które nigdy nawet przez myśl mi nie przyszły. Kocham cię, czaisz? Nie rozumiem, na jakiej podstawie możesz twierdzić inaczej.
- Więc tego zakładu...
- ...nigdy nie było - dokończyłem, kiwając głową.
- Nie wiem, czy mogę ci wierzyć.
Że co?! Ja tu się fatyguję, narażam, udaję obłożnie chorego, produkuję, przepraszam, sram, a ta co? Powiedziałem jej to wszystko, siląc się na opanowanie.
- Jak ty byś się czuł na moim miejscu? - spytała, tym razem cierpliwie wysłuchawszy, co mam jej do powiedzenia.
- Jak gówno - przyznałem z westchnieniem.
- No to witam w domu.
- Jest mi naprawdę przykro, ale ja już nie mam cię za co przepraszać. To raczej ty powinnaś przeprosić mnie.
- Ja? Ciebie?
- No tak. Za fałszywe oskarżenia. Bo chyba już mi wierzysz, prawda?
Katniss spuściła głowę. Wzięła głęboki oddech. Zaczęła bawić się biało-czerwoną pościelą w serca.
- Tak - szepnęła. - Chyba tak.
- Powiesz mi, kto naopowiadał ci takich bzdur? - spytałem łagodnie, unosząc jej głowę.
- Otwieraj! - wrzeszczałem, na zmianę waląc pięścią w drzwi i szarpiąc klamkę. - Otwórz, mówię!
Było już po lekcjach. Z Katie stwierdziliśmy, że nie wracamy na resztę zajęć. Puściłem Mike'owi SMS z prośbą o krycie i wziąłem dziewczynę na miasto. Cały czas byłem jednak podminowany, czując ogromny żal do osoby, która tak paskudnie mnie wkopała, nie mając nawet wyraźnego powodu. Teraz mogłem jej wreszcie wszystko wygarnąć.
- Słucham? - W progu pokoju stanęła Raquel z mascarą w ręku.
- Pojebało cię, nie? - warknąłem. Była moją małą dziewczynką, ale teraz byłem wściekły. Nie byłem w stanie uwierzyć, że ona mogłaby wyciąć taki numer MNIE. Bez kompletnie żadnego powodu!
- Schlebia mi to. Dlaczego tak sądzisz? - zapytała, krzyżując ręce na piersi. Po jej uśmieszku wnioskowałem jednak, że doskonale wie, co mam na myśli.
- Dlaczego nagadałaś Kat takich bzdur?!
- Powiedzmy, że miałam swój powód.
- Jaki kurna powód? Co może usprawiedliwiać rozpierdolenie komuś związku?!
- Więc zerwaliście? - W oczach dziewczyny dostrzegłem radosne iskierki.
- Nie. Nie zerwaliśmy. Liczyłem raczej na jakieś "przepraszam" lub słowo usprawiedliwienia.
- Przepraszam, że mi nie wyszło - prychnęła. Gniew wzbierał we mnie coraz bardziej, jednak na niej nie robiło to żadnego wrażenia.
- Możesz mi łaskawie wyjaśnić, co tobie nie pasuje w tym, że mam dziewczynę?!
- Mi? Absolutnie nic. - Wzruszyła ramionami.
- Powiedz! Powiedz mi kurwa! O co ci chodzi?! - Teraz już wrzeszczałem jej prosto w twarz. Ona patrzyła mi w oczy i milczała, co tylko bardziej mnie irytowało. - Powiesz?! No odezwij się!
W przypływie emocji uderzyłem siostrę w twarz. Policzek natychmiast się zaczerwienił. Złapała się za niego i podniosła na mnie wściekły wzrok.
- Wypierdalaj - syknęła cicho po chwili ciszy.
- O matko, Misia, przepraszam, ja...
- Wypierdalaj!
- Kurwa, ja nie chciałem...!
- WYPIERDALAJ! Goń się, słyszysz?! Daj mi spokój. Idź do Katniss. No idź!
Spojrzałem na nią zmieszany. Wyglądała, jakby chciała wydobyć swój sztylet i zadźgać mnie na miejscu, westchnąłem więc tylko i wyszedłem, tak jak prosiła. Nie powinienem mieć wyrzutów sumienia. Jeśli ktoś tu postąpił źle, to ona.
Katu? ;**
sobota, 11 kwietnia 2015
Lioneart: Od Kat cd. Chrisa
Dupek pier*olony, chol*ra jasna, dzi*karz pier*olony.
Co on sobie myślał? Jak można założyć się o... kogoś? Czy on porównuje mnie do... powiedzmy... zjedzenia piachu? Jeśli myślał, że to mu się uda, to chyba ma coś w głowie. A raczej czegoś mu brakuje. Mam nadzieje, że dużo postawił w tym zakładzie. Oby dużo przegrał.
Kilka dni później, nadal zręcznie unikając Chrisa i wszystkiego co z nim związane, poszłam wcześniej do szkoły. Musiałam czekać chwilę przed klasą. Wyjęłam książkę z torby i zaczęłam czytać. Byłam tak pochłonięta historią Johna i Allie, że nie spostrzegłam, kiedy korytarz wypełnił się uczniami, którzy schodzili się z różnych stron. Większość była zadowolona, w końcu był już piątek. Gdy zadzwonił dzwonek, przyszła po nas nauczycielka i weszliśmy do klasy. Znowu starałam sie ignorować Chrisa. Nie byłam smutna, ani na niego zła. Byłam bardziej zawiedziona, że dałam sie tak podejść i podle oszukać. Ale i tak nie miałam ochoty go widzieć, a co dopiero na rozmowę z nim. Po lekcjach podbiegł do mnie Michael i przywitał się.
- Jesteś strasznie smutna. To przez tą sprawę z Chrisem, tak?
- No, a niby przez co innego? Po co ja sie bawiłam w jakies związki. Miałam takie... normalne życie... - westchnęłam - Skąd wiesz o naszym rozstaniu?
- Chris mi powiedział. Nawet wrobił mnie, że to ja powiedziałem ci o zakładzie.
Starałam się nie rozpłakać.
- Czyli jednak był... Ten zakład. - odparłam po chwili zastanowienia.
- Nie! Tego nie powiedziałem. - posmutniał - Ale kto go tam wie.
- Wiesz co, dzięki, ty to umiesz pocieszać! - warknęłam w złości.
- Przepraszam, okej? - uśmiechnął się lekko. - On był serio... Zrozpaczony. Był u mnie. Powiedział, że cię K O C H A.
- Tak, i co jeszcze?
- Mówię serio. - wyglądał poważnie, ale nie wiedziałam, co o tym myśleć.
- Jakoś jeszcze nie przyszedł mnie przeprosić.
Wzruszył ramionami.
- Daj mu trochę czasu. Wiesz, nawrzeszczałaś na niego, wmówiłaś mu, że jest... czekaj... był z tobą dla zakładu. I to wszystko bez powodu.
- Bez powodu? J-jak można... - poczułam łzy napływające mi do oczu, ręce coraz bardziej mi się trzęsły, a serce biło coraz mocniej.
'Szkoda, że nie miało już dla kogo bić.' Przypomniałam sobie cytat z książki czytanej na przerwie.
- Uspokój się, Kat. On naprawdę cię ko... - jednak nie dane mu było dokończyć.
- Próbujesz mi poprawić nastrój, ale ja nie potrzebuję litości, jasne? Zostaw mnie! - złapałam mocniej torbę i pobiegłam płacząc w stronę akademika. Miałam ochotę kogoś zabić. Miałam tego wszystkiego dość.
Chris? Ale się dzieje, ale emocje *.*
Co on sobie myślał? Jak można założyć się o... kogoś? Czy on porównuje mnie do... powiedzmy... zjedzenia piachu? Jeśli myślał, że to mu się uda, to chyba ma coś w głowie. A raczej czegoś mu brakuje. Mam nadzieje, że dużo postawił w tym zakładzie. Oby dużo przegrał.
Kilka dni później, nadal zręcznie unikając Chrisa i wszystkiego co z nim związane, poszłam wcześniej do szkoły. Musiałam czekać chwilę przed klasą. Wyjęłam książkę z torby i zaczęłam czytać. Byłam tak pochłonięta historią Johna i Allie, że nie spostrzegłam, kiedy korytarz wypełnił się uczniami, którzy schodzili się z różnych stron. Większość była zadowolona, w końcu był już piątek. Gdy zadzwonił dzwonek, przyszła po nas nauczycielka i weszliśmy do klasy. Znowu starałam sie ignorować Chrisa. Nie byłam smutna, ani na niego zła. Byłam bardziej zawiedziona, że dałam sie tak podejść i podle oszukać. Ale i tak nie miałam ochoty go widzieć, a co dopiero na rozmowę z nim. Po lekcjach podbiegł do mnie Michael i przywitał się.
- Jesteś strasznie smutna. To przez tą sprawę z Chrisem, tak?
- No, a niby przez co innego? Po co ja sie bawiłam w jakies związki. Miałam takie... normalne życie... - westchnęłam - Skąd wiesz o naszym rozstaniu?
- Chris mi powiedział. Nawet wrobił mnie, że to ja powiedziałem ci o zakładzie.
Starałam się nie rozpłakać.
- Czyli jednak był... Ten zakład. - odparłam po chwili zastanowienia.
- Nie! Tego nie powiedziałem. - posmutniał - Ale kto go tam wie.
- Wiesz co, dzięki, ty to umiesz pocieszać! - warknęłam w złości.
- Przepraszam, okej? - uśmiechnął się lekko. - On był serio... Zrozpaczony. Był u mnie. Powiedział, że cię K O C H A.
- Tak, i co jeszcze?
- Mówię serio. - wyglądał poważnie, ale nie wiedziałam, co o tym myśleć.
- Jakoś jeszcze nie przyszedł mnie przeprosić.
Wzruszył ramionami.
- Daj mu trochę czasu. Wiesz, nawrzeszczałaś na niego, wmówiłaś mu, że jest... czekaj... był z tobą dla zakładu. I to wszystko bez powodu.
- Bez powodu? J-jak można... - poczułam łzy napływające mi do oczu, ręce coraz bardziej mi się trzęsły, a serce biło coraz mocniej.
'Szkoda, że nie miało już dla kogo bić.' Przypomniałam sobie cytat z książki czytanej na przerwie.
- Uspokój się, Kat. On naprawdę cię ko... - jednak nie dane mu było dokończyć.
- Próbujesz mi poprawić nastrój, ale ja nie potrzebuję litości, jasne? Zostaw mnie! - złapałam mocniej torbę i pobiegłam płacząc w stronę akademika. Miałam ochotę kogoś zabić. Miałam tego wszystkiego dość.
Chris? Ale się dzieje, ale emocje *.*
Wolfind: Od Michaela cd. Pardisell
Trochę mi wstyd, bo opo było w marcu, a już kwiecień :')
Spojrzałem jeszcze raz na mapkę. Przedstawiała miasto, ale zaznaczone na niej były pinkty różnych kolorów; czerwone, czarne, niebieskie, zielone i żółte.
- No więc? - zapytała zniecierpliwiona dziewczyna.
- Widzisz kolorowe kropki? - wyszczerzyłem się.
Pokiwała głową.
- Czerwonymi oznaczone są miejsca, w których... Można się nieźle zabawić... Czarne to miejsca, do których nie warto chodzić. Niebieskimi onaczamy sklepy, w których sprzedają alko bez dowodu. - na myśl o tych sklepach, uśmiechnąłem się szeroko.
Przez cały czas dziewczyna patrzyła na mnie zdziwiona.
- A zielone? - uniosła brwi - Miejsca, gdzie sprzedają trawkę?
Zaśmiałem się.
- Podoba mi się twój tok myślenia, ale nie.
Zmarszczyła czoło, oczekując odpowiedzi. Postanowiłem dłużej nie trzymać jej w niepewności.
- Zielone ... To są miejsca do oprowadzania nowych, czyli po tych będziemy dzisiaj chodzić. Idziemy?
Zastanowiła się chwilę, a ja złożyłem i schowałem mapę do kieszeni.
- Dobra... Ale odłożę skrzypce do pokoju. Poczekasz?
- Pewnie. Weź kasę, może się przydać.
Uniosła brwi.
- To nie będziesz za mnie płacił? - udała obrażoną.
- Nie te czasy. Dycha starczy. - poleciłem jej po czym udaliśmy się w stronę akademików. Droga minęła nam na rozmowach o mało ciekawych sprawach, głównie o szkole.
Długo na nią nie czekałem, zjawiła się w pięć minut.
- Już?
Pokiwała głową i wykonała gest zapraszający do drogi. Przyglądałem się mapie. Pierwsze miejsce, które chciałem jej pokazać to plaża. Może nie wygląda ciekawie o tej porze roku, ale gdy przyjdzie lato, powinna wiedzieć jak tam dotrzeć. Przez całą drogę rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Całkiem miła z niej osoba.
Prad?
Spojrzałem jeszcze raz na mapkę. Przedstawiała miasto, ale zaznaczone na niej były pinkty różnych kolorów; czerwone, czarne, niebieskie, zielone i żółte.
- No więc? - zapytała zniecierpliwiona dziewczyna.
- Widzisz kolorowe kropki? - wyszczerzyłem się.
Pokiwała głową.
- Czerwonymi oznaczone są miejsca, w których... Można się nieźle zabawić... Czarne to miejsca, do których nie warto chodzić. Niebieskimi onaczamy sklepy, w których sprzedają alko bez dowodu. - na myśl o tych sklepach, uśmiechnąłem się szeroko.
Przez cały czas dziewczyna patrzyła na mnie zdziwiona.
- A zielone? - uniosła brwi - Miejsca, gdzie sprzedają trawkę?
Zaśmiałem się.
- Podoba mi się twój tok myślenia, ale nie.
Zmarszczyła czoło, oczekując odpowiedzi. Postanowiłem dłużej nie trzymać jej w niepewności.
- Zielone ... To są miejsca do oprowadzania nowych, czyli po tych będziemy dzisiaj chodzić. Idziemy?
Zastanowiła się chwilę, a ja złożyłem i schowałem mapę do kieszeni.
- Dobra... Ale odłożę skrzypce do pokoju. Poczekasz?
- Pewnie. Weź kasę, może się przydać.
Uniosła brwi.
- To nie będziesz za mnie płacił? - udała obrażoną.
- Nie te czasy. Dycha starczy. - poleciłem jej po czym udaliśmy się w stronę akademików. Droga minęła nam na rozmowach o mało ciekawych sprawach, głównie o szkole.
Długo na nią nie czekałem, zjawiła się w pięć minut.
- Już?
Pokiwała głową i wykonała gest zapraszający do drogi. Przyglądałem się mapie. Pierwsze miejsce, które chciałem jej pokazać to plaża. Może nie wygląda ciekawie o tej porze roku, ale gdy przyjdzie lato, powinna wiedzieć jak tam dotrzeć. Przez całą drogę rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Całkiem miła z niej osoba.
Prad?
niedziela, 29 marca 2015
Sun Shine: Od Chrisa do Kat
- A, bu!
- Jezus, Maria! Chris, ty...
Reszta słów Katniss utonęła w namiętnym pocałunku. Wystarczające, zdaje się, przeprosiny za podkradnięcie się do dziewczyny od tyłu i przestraszenie tak skuteczne, że podskoczyła i uderzyła głową o otwarte drzwiczki szafki. Natychmiast odwzajemniła pocałunek i tak staliśmy na środku korytarza, zatracając się w usidlającej zmysły chwili, podczas której byliśmy tylko my. Ja i Ona.
- Kocham cię - szepnąłem do jej uszka, kiedy oderwała usta.
- Ja ciebie też.
- Chcesz iść ze mną na bal?
- Nie.
- Jak "nie"?! - obruszyłem się.
- Głupi! - Kat uśmiechnęła się radośnie. To jest najpiękniejszy uśmiech na świecie.
- Ja ci dam!
Dziewczyna zrozumiała, że czeka ją niechybna zemsta za frywolne igranie sobie z moją inteligencją i ruszyła z zamiarem puszczenia się pędem w stronę sali lekcyjnej, jednak ja byłem szybszy. Złapałem ją w pasie i mocno objąłem.
- Połamiesz mi żebra - pisnęła, zanosząc się nieopanowanym śmiechem. W odpowiedzi ścisnąłem jeszcze bardziej.
- Ohyda. - Jak spod ziemi wyrosła przy nas Raquel. Odczuwalna temperatura powietrza poleciała na łeb, na szyję.
- Co słychać? - zagadnąłem siostrę przyjaźnie, rozluźniając uścisk.
- Nędza. Odwołali mi rysunek, a miała być perspektywa.
- To co będziesz robić?
- Nie twój interes.
Od momentu, kiedy dnia poprzedniego rozeszliśmy się po lekcjach, nie widziałem jej aż do teraz. Nie miałem nic przeciwko temu, że czasem chce pobyć sama, jednak pierwszy raz nie zaczekała na mnie rano. Co ja plotę... Zwykle to ja czekam na nią. Mała nienawidzi tej szkoły! Nie wiem, co było dla niej tak ważne, że znalazła się w niej przede mną. Może, choć to bardziej niż niemożliwe, powodem był jakiś chłopak? Albo i dziewczyna. W sumie nie wiem absolutnie nic o orientacji Roki. Czasami mam właściwie wrażenie, że jest aseksualna. Zmierzyłem siostrę krytycznym wzrokiem. Ubrana była w luźną kraciastą koszulę i czarne spodenki umocowane na szelkach.
- Nie zimno?
- Nie - ucięła.
- Ja chyba pójdę już pod klasę - powiedziała Katniss. Raczej nie wystawiała się na towarzystwo mojej siostry jeśli nie było takiej potrzeby.
- Czekaj, kochanie, pójdziemy razem. - Prawą ręką objąłem dziewczynę w pasie. - Roki, nie masz nic...
- Nie - burknęła.
Wzruszyłem ramionami i ruszyliśmy z Katniss pod salę od WDŻ-tu. Na swoich plecach czułem odprowadzający mnie wzrok siostry, kłujący niczym zaostrzone patyczki do szisz kebabu.
- ...I właśnie dlatego partnerów powinno wybierać się z rozwagą. Jest to decyzja na całe życie. Naprawdę, małżeństwo w młodym wieku nie jest dobrym pomysłem - ciągnęła profesor Montez.
Przeciągnąłem się i szeroko ziewnąłem. Objąłem ramieniem moją kobietę siedzącą na krześle po prawej i demonstracyjnie pocałowałem ją w policzek. Nudziło mi się, a pani profesor, choć bardzo miła, przy każdym temacie mówiła dokładnie to samo. Jesteśmy za młodzi. Za młodzi. Za młodzi. Matko... Powie mi ktoś, na co jesteśmy wystarczająco dorośli? Ach tak, zapomniałem - na chodzenie do budy.
- Teraz wykonamy pewne ćwiczenie.
- Zajebiście - mruknąłem.
- Dobierzcie się w mieszane pary...
- Co to za gender? - Usłyszałem krzyk Michaela. Parsknąłem. Nauczycielka nie była jednak jedną z tych, co to denerwują się takimi komentarzami. Uśmiechnęła się serdecznie.
- Dziś pracujemy w parach heteroseksualnych - wyjaśniła cierpliwie. - Zatem pary. Macie pary?
- Tak jest - odezwało się kilka głosów na sali.
- Dobrze, weźcie sobie karteczki. Zadaniem każdego z was jest wypisać wartości, które waszym zdaniem są niezbędne do stworzenia zdrowego związku partnerskiego. Proszę, by się nie konsultować. Każdy uczeń robi swoją listę! Proszę bardzo!
Wyrwałem kartkę w kratkę z zeszytu od matmy i przeszedłem do ćwiczenia.
SEX
Napisałem wielkimi literami na samym środku pierwsze, co mi przyszło do głowy. Po namyśle pod spodem dopisałem takie hasła jak "wolność", "niezależność", "brak kontroli".
- Skończyliście? Wymieńcie się karteczkami w obrębie par i przeczytajcie odpowiedzi.
- Co tam nabazgrałaś, hę? - Wyjąłem papier z ręki Kat i podałem jej swój.
Miłość
Zaufanie
Zrozumienie
Wsparcie
- Dobrze więc - Profesorka wstała z fotela na środku sali. Klasa WDŻu była specyficzna. Nie było w niej ławek, a krzesła ustawione były w półkolu. - Czy któraś z par chciałaby się podzielić jakimś wnioskiem?
- Ta, mój chłopak to idiota - mruknęła Katniss, nadal wpatrując się w papier dużymi oczyma.
- Dlaczego, Kat?
Dziewczyna zamilkła. Cóż, jeśli nie miała ochoty czytać moich notatek na głos i się za mnie wstydzić (Jakby było za co. Pf.), mogła rozważyć głośne komentowanie.
- Przeczytaj bez obaw. Uwierz mi, jako nauczyciel widziałam i słyszałam wiele rzeczy. Chociażby wasz projekt z pierwszej klasy dotyczący opieki nad symulatorem niemowlęcia.
No to pojechała. Faktycznie rok temu z Katniss robiliśmy dodatkowe zadanie, które polegało na niańczeniu lalki z wbudowanym dyktafonem. Przekleństwa, które Montez usłyszała po odtworzeniu nagrania obniżyły nam ocenę, ale poza tym praktycznie jej nie ruszyły.
- Okej... Chris napisał...
Przewróciłem oczami i wyrwałem swoją kartkę z dłoni dziewczyny.
- Seks, wolność, niezależność - odczytałem jednym tchem.
- Dobrze - rzuciła profesorka bez mrugnięcia okiem. - Przeczytaj teraz listę Katniss.
Zrobiłem, co kazała. Podziękowała i zaczęła rozwodzić się nad tym, że w "naszym wieku" u chłopców i dziewcząt różnią się priorytety, że związki nastolatków z reguły szybko się kończą i takie tam. Nudy. Nudy, nudy, nudy. I sranie w banię w dodatku. Ścisnąłem dłoń mojej Kat. Słowa były w tamtym momencie zbędne.
Środa nie jest zbyt ciężkim dniem. Po siedmiu godzinach można zmykać do akademika. Ostatnia lekcja jaką była historia tak mnie jednak przymuliła, że po powrocie padłem na łóżko bez życia. Chciałem tylko na chwilę zamknąć oczy, niespodziewanie jednak zmorzył mnie sen. Obudziło mnie gwałtowne pukanie w drzwi. Wzdrygnąłem się za sprawą nagłego hałasu.
- Proszę - krzyknąłem, wycierając zaspane oczy. Głowa niemożliwie mnie bolała. Z hukiem do pokoju wparowała Katniss. Wcale nie polepszyło mi to nastroju.
- Chciałam tylko powiedzieć, że jesteś dupkiem - krzyknęła od progu.
- Ach, tak? Z jakiego powodu tym razem?
- Nie pierdziel. Wszystko już wiem! Ty... skurwielu!
- O! Patrzcie państwo, jaka wulgarna! - żachnąłem się, wstając z łóżka. - Możesz mi chociaż wyjaśnić, czym zasłużyłem sobie na taki chrzest?
- Dobrze wiesz, czym. - Uniosła na mnie płonące gniewem oczy.
- Jakbym wiedział, to bym się kurna nie pytał! - W tym momencie również podniosłem głos. Nie dość, że wybudziła mnie z drzemki, to jeszcze najeżdżała na mnie, nie potrafiąc wyjaśnić, dlaczego.
- Tak? Tak?! Zakład. Mówi ci to coś?
- Jaki kurwa zakład?! Powiedz wreszcie, o co ci chodzi, i z łaski swojej spadaj!
- Bardzo chętnie - warknęła. Zauważyłem, że w jej oczach zalśniły łzy. Przesadziłem? Może. Ale ona też. Nadal nie wiedziałem, co ją tu przygnało.
- Więc?
- Wiem, że zacząłeś być ze mną dla zakładu. Wcale mnie nie kochasz. Zostaw mnie w spokoju, gnoju. Nie chcę cię znać!
- CO?! Dla jakiego zakładu? Czy ciebie do reszty popieprzyło, dziewucho?!
- Mnie?! Wydaje mi się, że w tej sytuacji to ja jestem normalniejsza.
- Słuchaj mnie, bo nie będę powtarzał. Musiałbym być zdrowo pojebany, żeby wytrzymać rok w związku z laską, którą wyrwałem dla zakładu. Rozumiesz?
- Jesteś zdrowo pojebany - podsumowała gorzko.
- Kto ci nagadał takich bzdur?
- Nieważne - powiedziała cicho.
- Mów kto! Zaraz tam pójdę i tak go skopię, że nie będzie wiedział, gdzie ma przód, a gdzie tył!
- Po prostu się nie wypieraj, ok? - warknęła.
- Kiedy w końcu dojdzie do tego twojego pustego łba, że ja nic nie zrobiłem?! Dla zakładu... Brawo! Inteligencja ananasa. Nie wierzysz mi?!
- Nie, Christopher. Nie wierzę ci - odparła, a po prawym policzku spłynęła jej łza.
- Wiesz co... Spadaj stąd zanim do reszty mnie wkurwisz. Zmykaj! - Wyciągnąłem rękę w stronę otwartych drzwi.
- Pierdol się - syknęła, zmrużywszy oczy, i wybiegła z pokoju. Usłyszałem, jak zbiega po schodach na dół.
Wezbrał we mnie gniew. Czułem się o wiele bardziej pokrzywdzony od niej. No halo, dziewczyna, z którą jesteś od pieprzonego roku, wmawia ci, że wcale jej nie kochasz. Niech to szlag! Chwilę pomiotałem się po pokoju, po czym postanowiłem nawiedzić Mike'a i spytać, czy to przypadkiem on nie wyciął mi tego świńskiego żartu. Koleś ma przesrane!
- Coś ty, to nie ja! Przysięgam! - Michael uniósł ręce w geście niewinności, gdy kilka minut później wyrzuciłem mu wszystko w progu jego pokoju.
Nie chciało mi się wierzyć, ale miałem być taki jak Katniss? Po co nakręcać spiralę nienawiści? Wszedłem i siadłem na jego łóżku. Ukryłem twarz w dłoniach.
- Jezu, ona mi nigdy nie wybaczy!
- Wybaczy - bąknął kumpel, siadając na łóżku naprzeciwko.
- Nie! A najlepsze jest to, że chuja jej zrobiłem! Ale nie, ona nie daje sobie tego wytłumaczyć... A ja bez niej nie wytrzymam. Kurwa! Zapierdolę się...
- Kochasz ją, co? - wypalił. Chyba starał się mnie jakoś pocieszyć, ale mizernie mu to szło.
- Tak! - warknąłem.
- To przestań.
Zmroziłem go wzrokiem. Po minie wywnioskowałem, że pożałował swoich słów.
- Oddychasz? - zapytałem, starając się nie brzmieć jak desperata.
- T-tak - wyjąkał, patrząc na mnie ze strachem.
- To przestań.
Kat?
Woo, tyle weny xD
- Jezus, Maria! Chris, ty...
Reszta słów Katniss utonęła w namiętnym pocałunku. Wystarczające, zdaje się, przeprosiny za podkradnięcie się do dziewczyny od tyłu i przestraszenie tak skuteczne, że podskoczyła i uderzyła głową o otwarte drzwiczki szafki. Natychmiast odwzajemniła pocałunek i tak staliśmy na środku korytarza, zatracając się w usidlającej zmysły chwili, podczas której byliśmy tylko my. Ja i Ona.
- Kocham cię - szepnąłem do jej uszka, kiedy oderwała usta.
- Ja ciebie też.
- Chcesz iść ze mną na bal?
- Nie.
- Jak "nie"?! - obruszyłem się.
- Głupi! - Kat uśmiechnęła się radośnie. To jest najpiękniejszy uśmiech na świecie.
- Ja ci dam!
Dziewczyna zrozumiała, że czeka ją niechybna zemsta za frywolne igranie sobie z moją inteligencją i ruszyła z zamiarem puszczenia się pędem w stronę sali lekcyjnej, jednak ja byłem szybszy. Złapałem ją w pasie i mocno objąłem.
- Połamiesz mi żebra - pisnęła, zanosząc się nieopanowanym śmiechem. W odpowiedzi ścisnąłem jeszcze bardziej.
- Ohyda. - Jak spod ziemi wyrosła przy nas Raquel. Odczuwalna temperatura powietrza poleciała na łeb, na szyję.
- Co słychać? - zagadnąłem siostrę przyjaźnie, rozluźniając uścisk.
- Nędza. Odwołali mi rysunek, a miała być perspektywa.
- To co będziesz robić?
- Nie twój interes.
Od momentu, kiedy dnia poprzedniego rozeszliśmy się po lekcjach, nie widziałem jej aż do teraz. Nie miałem nic przeciwko temu, że czasem chce pobyć sama, jednak pierwszy raz nie zaczekała na mnie rano. Co ja plotę... Zwykle to ja czekam na nią. Mała nienawidzi tej szkoły! Nie wiem, co było dla niej tak ważne, że znalazła się w niej przede mną. Może, choć to bardziej niż niemożliwe, powodem był jakiś chłopak? Albo i dziewczyna. W sumie nie wiem absolutnie nic o orientacji Roki. Czasami mam właściwie wrażenie, że jest aseksualna. Zmierzyłem siostrę krytycznym wzrokiem. Ubrana była w luźną kraciastą koszulę i czarne spodenki umocowane na szelkach.
- Nie zimno?
- Nie - ucięła.
- Ja chyba pójdę już pod klasę - powiedziała Katniss. Raczej nie wystawiała się na towarzystwo mojej siostry jeśli nie było takiej potrzeby.
- Czekaj, kochanie, pójdziemy razem. - Prawą ręką objąłem dziewczynę w pasie. - Roki, nie masz nic...
- Nie - burknęła.
Wzruszyłem ramionami i ruszyliśmy z Katniss pod salę od WDŻ-tu. Na swoich plecach czułem odprowadzający mnie wzrok siostry, kłujący niczym zaostrzone patyczki do szisz kebabu.
- ...I właśnie dlatego partnerów powinno wybierać się z rozwagą. Jest to decyzja na całe życie. Naprawdę, małżeństwo w młodym wieku nie jest dobrym pomysłem - ciągnęła profesor Montez.
Przeciągnąłem się i szeroko ziewnąłem. Objąłem ramieniem moją kobietę siedzącą na krześle po prawej i demonstracyjnie pocałowałem ją w policzek. Nudziło mi się, a pani profesor, choć bardzo miła, przy każdym temacie mówiła dokładnie to samo. Jesteśmy za młodzi. Za młodzi. Za młodzi. Matko... Powie mi ktoś, na co jesteśmy wystarczająco dorośli? Ach tak, zapomniałem - na chodzenie do budy.
- Teraz wykonamy pewne ćwiczenie.
- Zajebiście - mruknąłem.
- Dobierzcie się w mieszane pary...
- Co to za gender? - Usłyszałem krzyk Michaela. Parsknąłem. Nauczycielka nie była jednak jedną z tych, co to denerwują się takimi komentarzami. Uśmiechnęła się serdecznie.
- Dziś pracujemy w parach heteroseksualnych - wyjaśniła cierpliwie. - Zatem pary. Macie pary?
- Tak jest - odezwało się kilka głosów na sali.
- Dobrze, weźcie sobie karteczki. Zadaniem każdego z was jest wypisać wartości, które waszym zdaniem są niezbędne do stworzenia zdrowego związku partnerskiego. Proszę, by się nie konsultować. Każdy uczeń robi swoją listę! Proszę bardzo!
Wyrwałem kartkę w kratkę z zeszytu od matmy i przeszedłem do ćwiczenia.
SEX
Napisałem wielkimi literami na samym środku pierwsze, co mi przyszło do głowy. Po namyśle pod spodem dopisałem takie hasła jak "wolność", "niezależność", "brak kontroli".
- Skończyliście? Wymieńcie się karteczkami w obrębie par i przeczytajcie odpowiedzi.
- Co tam nabazgrałaś, hę? - Wyjąłem papier z ręki Kat i podałem jej swój.
Miłość
Zaufanie
Zrozumienie
Wsparcie
- Dobrze więc - Profesorka wstała z fotela na środku sali. Klasa WDŻu była specyficzna. Nie było w niej ławek, a krzesła ustawione były w półkolu. - Czy któraś z par chciałaby się podzielić jakimś wnioskiem?
- Ta, mój chłopak to idiota - mruknęła Katniss, nadal wpatrując się w papier dużymi oczyma.
- Dlaczego, Kat?
Dziewczyna zamilkła. Cóż, jeśli nie miała ochoty czytać moich notatek na głos i się za mnie wstydzić (Jakby było za co. Pf.), mogła rozważyć głośne komentowanie.
- Przeczytaj bez obaw. Uwierz mi, jako nauczyciel widziałam i słyszałam wiele rzeczy. Chociażby wasz projekt z pierwszej klasy dotyczący opieki nad symulatorem niemowlęcia.
No to pojechała. Faktycznie rok temu z Katniss robiliśmy dodatkowe zadanie, które polegało na niańczeniu lalki z wbudowanym dyktafonem. Przekleństwa, które Montez usłyszała po odtworzeniu nagrania obniżyły nam ocenę, ale poza tym praktycznie jej nie ruszyły.
- Okej... Chris napisał...
Przewróciłem oczami i wyrwałem swoją kartkę z dłoni dziewczyny.
- Seks, wolność, niezależność - odczytałem jednym tchem.
- Dobrze - rzuciła profesorka bez mrugnięcia okiem. - Przeczytaj teraz listę Katniss.
Zrobiłem, co kazała. Podziękowała i zaczęła rozwodzić się nad tym, że w "naszym wieku" u chłopców i dziewcząt różnią się priorytety, że związki nastolatków z reguły szybko się kończą i takie tam. Nudy. Nudy, nudy, nudy. I sranie w banię w dodatku. Ścisnąłem dłoń mojej Kat. Słowa były w tamtym momencie zbędne.
Środa nie jest zbyt ciężkim dniem. Po siedmiu godzinach można zmykać do akademika. Ostatnia lekcja jaką była historia tak mnie jednak przymuliła, że po powrocie padłem na łóżko bez życia. Chciałem tylko na chwilę zamknąć oczy, niespodziewanie jednak zmorzył mnie sen. Obudziło mnie gwałtowne pukanie w drzwi. Wzdrygnąłem się za sprawą nagłego hałasu.
- Proszę - krzyknąłem, wycierając zaspane oczy. Głowa niemożliwie mnie bolała. Z hukiem do pokoju wparowała Katniss. Wcale nie polepszyło mi to nastroju.
- Chciałam tylko powiedzieć, że jesteś dupkiem - krzyknęła od progu.
- Ach, tak? Z jakiego powodu tym razem?
- Nie pierdziel. Wszystko już wiem! Ty... skurwielu!
- O! Patrzcie państwo, jaka wulgarna! - żachnąłem się, wstając z łóżka. - Możesz mi chociaż wyjaśnić, czym zasłużyłem sobie na taki chrzest?
- Dobrze wiesz, czym. - Uniosła na mnie płonące gniewem oczy.
- Jakbym wiedział, to bym się kurna nie pytał! - W tym momencie również podniosłem głos. Nie dość, że wybudziła mnie z drzemki, to jeszcze najeżdżała na mnie, nie potrafiąc wyjaśnić, dlaczego.
- Tak? Tak?! Zakład. Mówi ci to coś?
- Jaki kurwa zakład?! Powiedz wreszcie, o co ci chodzi, i z łaski swojej spadaj!
- Bardzo chętnie - warknęła. Zauważyłem, że w jej oczach zalśniły łzy. Przesadziłem? Może. Ale ona też. Nadal nie wiedziałem, co ją tu przygnało.
- Więc?
- Wiem, że zacząłeś być ze mną dla zakładu. Wcale mnie nie kochasz. Zostaw mnie w spokoju, gnoju. Nie chcę cię znać!
- CO?! Dla jakiego zakładu? Czy ciebie do reszty popieprzyło, dziewucho?!
- Mnie?! Wydaje mi się, że w tej sytuacji to ja jestem normalniejsza.
- Słuchaj mnie, bo nie będę powtarzał. Musiałbym być zdrowo pojebany, żeby wytrzymać rok w związku z laską, którą wyrwałem dla zakładu. Rozumiesz?
- Jesteś zdrowo pojebany - podsumowała gorzko.
- Kto ci nagadał takich bzdur?
- Nieważne - powiedziała cicho.
- Mów kto! Zaraz tam pójdę i tak go skopię, że nie będzie wiedział, gdzie ma przód, a gdzie tył!
- Po prostu się nie wypieraj, ok? - warknęła.
- Kiedy w końcu dojdzie do tego twojego pustego łba, że ja nic nie zrobiłem?! Dla zakładu... Brawo! Inteligencja ananasa. Nie wierzysz mi?!
- Nie, Christopher. Nie wierzę ci - odparła, a po prawym policzku spłynęła jej łza.
- Wiesz co... Spadaj stąd zanim do reszty mnie wkurwisz. Zmykaj! - Wyciągnąłem rękę w stronę otwartych drzwi.
- Pierdol się - syknęła, zmrużywszy oczy, i wybiegła z pokoju. Usłyszałem, jak zbiega po schodach na dół.
Wezbrał we mnie gniew. Czułem się o wiele bardziej pokrzywdzony od niej. No halo, dziewczyna, z którą jesteś od pieprzonego roku, wmawia ci, że wcale jej nie kochasz. Niech to szlag! Chwilę pomiotałem się po pokoju, po czym postanowiłem nawiedzić Mike'a i spytać, czy to przypadkiem on nie wyciął mi tego świńskiego żartu. Koleś ma przesrane!
- Coś ty, to nie ja! Przysięgam! - Michael uniósł ręce w geście niewinności, gdy kilka minut później wyrzuciłem mu wszystko w progu jego pokoju.
Nie chciało mi się wierzyć, ale miałem być taki jak Katniss? Po co nakręcać spiralę nienawiści? Wszedłem i siadłem na jego łóżku. Ukryłem twarz w dłoniach.
- Jezu, ona mi nigdy nie wybaczy!
- Wybaczy - bąknął kumpel, siadając na łóżku naprzeciwko.
- Nie! A najlepsze jest to, że chuja jej zrobiłem! Ale nie, ona nie daje sobie tego wytłumaczyć... A ja bez niej nie wytrzymam. Kurwa! Zapierdolę się...
- Kochasz ją, co? - wypalił. Chyba starał się mnie jakoś pocieszyć, ale mizernie mu to szło.
- Tak! - warknąłem.
- To przestań.
Zmroziłem go wzrokiem. Po minie wywnioskowałem, że pożałował swoich słów.
- Oddychasz? - zapytałem, starając się nie brzmieć jak desperata.
- T-tak - wyjąkał, patrząc na mnie ze strachem.
- To przestań.
Kat?
Woo, tyle weny xD
wtorek, 24 marca 2015
Wolfind: Od Gwen CD Raquel
Spojrzałam na Raquel. Widać było, że jest zadowolona z tego co przed chwilą się stało. Nie ukrywam, że ja troche mniej, ale cóż, plusem jest to, że nikt tu nie wejdzie. Minus, że dziewczyna Z KTÓRĄ mam tu przesiadywać ma prawdopodobnie coś z głową! Albo naoglądała się filmów i myśli, że jest fajna. Ale przyznam, jest to niewielka cena za chwilę wytchnienia wśród ludzi podobnych do mnie. Przynajmniej w małym stopniu.
Następnego dnia zeszłam na śniadanie. Omiotłam całą stołówkę niechętnym spojrzeniem i usiadłam przy wolnym stoliku. Nie byłam głodna, więc postanowiłam tylko obserwować otaczających mnie ludzi, jednak kiedy zauważyłam jakąś blondynkę całującą się z chłopakiem, który obmacywał ją jakby byli sami... Uznałam, że będę bez sensu wgapiac sie w swoje paznokcie.
- Siema - usłyszałam wyprany z emocji glos Rachel, która właśnie siadała przy moim stoliku.
- Cześć - rzuciłam pogardliwe spojrzenie na dziewczynę i chłopaka, którego ręce znajdowały sie juz pod jej koszulką. - Obrzydlistwo.
Na twarzy Rachel pojawił sie grymas obrzydzenia.
- Ludzie są dziwni - stwordziła.
- Jaki filozof... Chcesz Nobla? - mruknęłam - Jednak mniej cieszy mnie fakt, że masz rację. Wolfind schodzi na psy.
Po skończeniu śniadania wyszłyśmy z budynku kierując sie w stronę szkoły. Nic nie mówiłyśmy, co powiem szczerze bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na ławce przed szkołą i otworzyłam ćwiczenia z kształcenia słuchu. Miałam dużo zaległości, ale skoro juz mi sie nudzi... Obok mnie bez słowa usiadła Raquel ze słuchawkami w uszach. Powiem szczerze, że taka forma spędzania czasu bardzo mi pasowała.
- Co to Raquel, znalazłaś sobie nowych znajomych?
Nad nami stał nikt inny jak Chris. Zawsze mnie wkurzał. Z tego co mi wiadomo jest jej bratem.
- A co cie to w ogóle obchodzi?
- No wiesz - spojrzał na mnie - Gwendolyn Montrose, dziewczyna Mike'a... Z BALU - dodał widząc moją minę.
- Człowiek uczy sie na błędach - mruknęłam.
- Nikogo nie toleruje, a ty nagle siedzisz na jej świętej ławeczce? - kontynuował szczerząc się do siostry.
- Dobrze się bawisz? - zatrzasnęłam książkę i położyłam obok. - Dam ci jedną radę: spier da laj! Nie mam w zwyczaju bić ludzi, ale daję słowo, że zaraz stracisz zęby. - końcówkę wypowiedziałam z tonem nie adekwatnym do treści, wręcz przesłodzonym. Na samym końcu na mojej twarzy zagościł grymas podobny do uśmiechu.
Chris nic juz nie mówił. Wymienił kilka słów z Raquel, których nie słyszałam, gdyż na uszach miałam słuchawki z muzyką podgłośnioną na maksa. Po kilku minutach poczułam but Raquel na swoim ramieniu.
- Zdurniałaś?! - warknęłam wycierając ślad podeszwy.
- Nie wiem czy cie to obchodzi ale mamy lekcje. Chyba, że sie zrywamy - powiedziała tonem, którym równie dobrze mogłaby opowiadać o pogodzie.
- Postanowione - poderwałam się z ławki i udałam w stronę lasku.
- Gdzie leziesz? - zapytała szatynka przeciągając sie leniwie.
- Gdziekolwiek gdzie będzie pusto?
- Już nie pamiętasz, że jest takie miejsce? Gdzie nikt nie ma wstępu? - uśmiechnęła sie przebiegle.
- Tylko trzeba najpierw wejść do akademika gdzie nas zauważą, a potem dzieci śmieci na nas doniosą.
- Ojeej. Wielka Gwendolyn boi się konsekwencji wagarów - kpiła Raquel.
- Spi*rdalaj - warknęłam.
- Rób co chcesz - uśmiechnęła sie kpiąco - Ja idę do podziemi.
Przez chwilę patrzyłam na oddalającą się dziewczynę, po czym wywracając oczami ruszyłam za nią nie spiesząc sie zbytnio. Jakby sie cieszyła, gdybym za nią biegała... Jeszcze czego. Prychnelam na samą myśl upokorzenia tego stopnia.
Raquel? I znow pisałam na tel .-. Lel ta długość opka i styl mnie poraza ._.
Następnego dnia zeszłam na śniadanie. Omiotłam całą stołówkę niechętnym spojrzeniem i usiadłam przy wolnym stoliku. Nie byłam głodna, więc postanowiłam tylko obserwować otaczających mnie ludzi, jednak kiedy zauważyłam jakąś blondynkę całującą się z chłopakiem, który obmacywał ją jakby byli sami... Uznałam, że będę bez sensu wgapiac sie w swoje paznokcie.
- Siema - usłyszałam wyprany z emocji glos Rachel, która właśnie siadała przy moim stoliku.
- Cześć - rzuciłam pogardliwe spojrzenie na dziewczynę i chłopaka, którego ręce znajdowały sie juz pod jej koszulką. - Obrzydlistwo.
Na twarzy Rachel pojawił sie grymas obrzydzenia.
- Ludzie są dziwni - stwordziła.
- Jaki filozof... Chcesz Nobla? - mruknęłam - Jednak mniej cieszy mnie fakt, że masz rację. Wolfind schodzi na psy.
Po skończeniu śniadania wyszłyśmy z budynku kierując sie w stronę szkoły. Nic nie mówiłyśmy, co powiem szczerze bardzo mi odpowiadało. Usiadłam na ławce przed szkołą i otworzyłam ćwiczenia z kształcenia słuchu. Miałam dużo zaległości, ale skoro juz mi sie nudzi... Obok mnie bez słowa usiadła Raquel ze słuchawkami w uszach. Powiem szczerze, że taka forma spędzania czasu bardzo mi pasowała.
- Co to Raquel, znalazłaś sobie nowych znajomych?
Nad nami stał nikt inny jak Chris. Zawsze mnie wkurzał. Z tego co mi wiadomo jest jej bratem.
- A co cie to w ogóle obchodzi?
- No wiesz - spojrzał na mnie - Gwendolyn Montrose, dziewczyna Mike'a... Z BALU - dodał widząc moją minę.
- Człowiek uczy sie na błędach - mruknęłam.
- Nikogo nie toleruje, a ty nagle siedzisz na jej świętej ławeczce? - kontynuował szczerząc się do siostry.
- Dobrze się bawisz? - zatrzasnęłam książkę i położyłam obok. - Dam ci jedną radę: spier da laj! Nie mam w zwyczaju bić ludzi, ale daję słowo, że zaraz stracisz zęby. - końcówkę wypowiedziałam z tonem nie adekwatnym do treści, wręcz przesłodzonym. Na samym końcu na mojej twarzy zagościł grymas podobny do uśmiechu.
Chris nic juz nie mówił. Wymienił kilka słów z Raquel, których nie słyszałam, gdyż na uszach miałam słuchawki z muzyką podgłośnioną na maksa. Po kilku minutach poczułam but Raquel na swoim ramieniu.
- Zdurniałaś?! - warknęłam wycierając ślad podeszwy.
- Nie wiem czy cie to obchodzi ale mamy lekcje. Chyba, że sie zrywamy - powiedziała tonem, którym równie dobrze mogłaby opowiadać o pogodzie.
- Postanowione - poderwałam się z ławki i udałam w stronę lasku.
- Gdzie leziesz? - zapytała szatynka przeciągając sie leniwie.
- Gdziekolwiek gdzie będzie pusto?
- Już nie pamiętasz, że jest takie miejsce? Gdzie nikt nie ma wstępu? - uśmiechnęła sie przebiegle.
- Tylko trzeba najpierw wejść do akademika gdzie nas zauważą, a potem dzieci śmieci na nas doniosą.
- Ojeej. Wielka Gwendolyn boi się konsekwencji wagarów - kpiła Raquel.
- Spi*rdalaj - warknęłam.
- Rób co chcesz - uśmiechnęła sie kpiąco - Ja idę do podziemi.
Przez chwilę patrzyłam na oddalającą się dziewczynę, po czym wywracając oczami ruszyłam za nią nie spiesząc sie zbytnio. Jakby sie cieszyła, gdybym za nią biegała... Jeszcze czego. Prychnelam na samą myśl upokorzenia tego stopnia.
Raquel? I znow pisałam na tel .-. Lel ta długość opka i styl mnie poraza ._.
poniedziałek, 23 marca 2015
Uwaga!
Dzień dobry, zacni uczniowie tej szkoły!
Jak zwykle kilka spraw. Pierwsza jest taka, że dokonałam zmian w strukturze formularza i będę wdzięczna, jak podeślecie mi poprawione formularze waszych postaci. No. I tyle.
Druga sprawa jest taka, że koło, bo ja wiem, 6 kwietnia robimy Bal Karnawałowy. Czyli standard, profil muzyczny otwiera walcem czy innym tangiem, dwie osoby z aktora (para) mogą zgłosić się do profesor Joke i robić za wodzirejów. Plastyk jak zwykle rzeczy typu transparent, girlandy, baloniki, kwiatki, sratki...
No. I zapraszać się w opowiadaniach na bal. I tyle.
Jak zwykle kilka spraw. Pierwsza jest taka, że dokonałam zmian w strukturze formularza i będę wdzięczna, jak podeślecie mi poprawione formularze waszych postaci. No. I tyle.
Druga sprawa jest taka, że koło, bo ja wiem, 6 kwietnia robimy Bal Karnawałowy. Czyli standard, profil muzyczny otwiera walcem czy innym tangiem, dwie osoby z aktora (para) mogą zgłosić się do profesor Joke i robić za wodzirejów. Plastyk jak zwykle rzeczy typu transparent, girlandy, baloniki, kwiatki, sratki...
No. I zapraszać się w opowiadaniach na bal. I tyle.
Dobranoc.
Liv.
Liv.
Lioneart: Od Pradisell cd. Michaela
PIERWSZE CZTERY CYFRY Z NUMERU MOJEJ POSTACI SERIO PASUJĄ DO MOJEGO REALNEGO NUMERU... PRZYPADEK? (PRZEC OSTATNIA TEŻ) ;o
Czasem zastanawiam się, czy ludzie myślą... Wiekszość chyba nie ma z tym problemu, ale jeden miał i to spore.
Wyjęłam z bocznej kieszeni potfela mały witrażyk i obejżałam go dokładnie. Gdyby było jakieś pęknięcie, czy chociażby zarysowanie miałabym ochotę zabić bruneta przed sobą.
- Jeśli nie odbieram to chyba wiadomo, że nie mam ochoty na rozmowę. - warknęłam.
Chłopak nie dał się spławić, co ja teraz zrobię?
- Mówiłaś, że w sobotę masz czas. Właśnie pomagam ci go miło spędzić. - wyszczeszył się jak głupi.
- Miło? Nie prosiłam o towarzystwo, ale skoro już tu jesteś, a ja jestem skazana, powiedz do jakiego akademika należysz? - dałam za wygraną i emocje opadły.
- Wolfind, ty do Lioneart, tak?
- Tak. Wiesz, tochę męczy mnie fakt, że masz mój numer, a ja twojego nie. Tak na dobrą sprawę nic o tobie nie wiem.
Wydarł kartkę z końca szkicownika i spisał mi swój numer ołówkiem B2.
- Teraz jesteśmy kwita - westchnęłam, ale bez jakiejkolwiek niechęci. - Idę pograć, czy masz zamiar iść ze mną?
- Grać? Na czym?
Chyba dopiero teraz uświadomił sobie, że mam przy sobie futerał, a w nim czarne, nowoczesne skrzypce.
Wyjęłam je i zaprezentowałam, huśtając nimi na boki.
- Jak dobrze grasz?
- W sumie nie wiem. Zaczełam dawno, ale też od dawna nie ćwiczyłam, jak będzie tragicznie rzuć we mnie czymś. - zaśmiałam się.
Wycięgnęłam nuty, z których i tak nie gram, bo są bardziej "na pokaz" i zaczęłam sunąć smyczkiem po rozregulowanych strunach. Na początku niezgrabnie mi to szło, ale z kolejnymi sekundami grałam coraz śmielej, ale nie trwało to długo, bo w środku mojego utworu dostłam ołówkiem po głowie, a smyczek zszedł z kursu wydając piskliwe dźwięki.
- Ej! Całkiem dobrze mi szło! - krzyknełam.
- Tak na dobrą sprawę, źle nie było...
- Dzięki - przerwałam mu.
- Ale mam ciekaszą propozycję na nudną sobotę. - wyszczerzył się, ale jego uśmiech już nie irytował mnie jak wcześniej.
- No pochwal się... Jaką bystrzaku?
Chowając skrzypce widziałam jak wyjmuje z kieszeni mapkę.
- Myślałam, że znasz całą okolicę - popatrzyłam podejżanie na mapę i usiadłam na oparciu ławki.
- Tak, ale to nie taka zwykła mapa!
Ten jego podejżany uśmiech mnie poraża.
- No to jaka? Nie nawidzę tej niepewności, bo boję się czy nie mam doczynienia z psychopatą...
- Ach, no przecież mówiłem, że nie jestem taki straszny! - przeniosł ciężar ciała na prawą nogę i skrzyżował ręce w geście "udawanego focha".
- No to tłumacz co to za mapka...
Westchnął głośno, a ja prawie zleciałam za ławkę. Tak moja równowaga mnie dobija...
Michael? Myśl co to za mapa, bo ja pojęcia nie mam xd
Czasem zastanawiam się, czy ludzie myślą... Wiekszość chyba nie ma z tym problemu, ale jeden miał i to spore.
Wyjęłam z bocznej kieszeni potfela mały witrażyk i obejżałam go dokładnie. Gdyby było jakieś pęknięcie, czy chociażby zarysowanie miałabym ochotę zabić bruneta przed sobą.
- Jeśli nie odbieram to chyba wiadomo, że nie mam ochoty na rozmowę. - warknęłam.
Chłopak nie dał się spławić, co ja teraz zrobię?
- Mówiłaś, że w sobotę masz czas. Właśnie pomagam ci go miło spędzić. - wyszczeszył się jak głupi.
- Miło? Nie prosiłam o towarzystwo, ale skoro już tu jesteś, a ja jestem skazana, powiedz do jakiego akademika należysz? - dałam za wygraną i emocje opadły.
- Wolfind, ty do Lioneart, tak?
- Tak. Wiesz, tochę męczy mnie fakt, że masz mój numer, a ja twojego nie. Tak na dobrą sprawę nic o tobie nie wiem.
Wydarł kartkę z końca szkicownika i spisał mi swój numer ołówkiem B2.
- Teraz jesteśmy kwita - westchnęłam, ale bez jakiejkolwiek niechęci. - Idę pograć, czy masz zamiar iść ze mną?
- Grać? Na czym?
Chyba dopiero teraz uświadomił sobie, że mam przy sobie futerał, a w nim czarne, nowoczesne skrzypce.
Wyjęłam je i zaprezentowałam, huśtając nimi na boki.
- Jak dobrze grasz?
- W sumie nie wiem. Zaczełam dawno, ale też od dawna nie ćwiczyłam, jak będzie tragicznie rzuć we mnie czymś. - zaśmiałam się.
Wycięgnęłam nuty, z których i tak nie gram, bo są bardziej "na pokaz" i zaczęłam sunąć smyczkiem po rozregulowanych strunach. Na początku niezgrabnie mi to szło, ale z kolejnymi sekundami grałam coraz śmielej, ale nie trwało to długo, bo w środku mojego utworu dostłam ołówkiem po głowie, a smyczek zszedł z kursu wydając piskliwe dźwięki.
- Ej! Całkiem dobrze mi szło! - krzyknełam.
- Tak na dobrą sprawę, źle nie było...
- Dzięki - przerwałam mu.
- Ale mam ciekaszą propozycję na nudną sobotę. - wyszczerzył się, ale jego uśmiech już nie irytował mnie jak wcześniej.
- No pochwal się... Jaką bystrzaku?
Chowając skrzypce widziałam jak wyjmuje z kieszeni mapkę.
- Myślałam, że znasz całą okolicę - popatrzyłam podejżanie na mapę i usiadłam na oparciu ławki.
- Tak, ale to nie taka zwykła mapa!
Ten jego podejżany uśmiech mnie poraża.
- No to jaka? Nie nawidzę tej niepewności, bo boję się czy nie mam doczynienia z psychopatą...
- Ach, no przecież mówiłem, że nie jestem taki straszny! - przeniosł ciężar ciała na prawą nogę i skrzyżował ręce w geście "udawanego focha".
- No to tłumacz co to za mapka...
Westchnął głośno, a ja prawie zleciałam za ławkę. Tak moja równowaga mnie dobija...
Michael? Myśl co to za mapa, bo ja pojęcia nie mam xd
niedziela, 22 marca 2015
Wolfind: Od Michael'a do Pradisell
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO CZEKAŁAŚ NA ODPIS. MIAŁAM PEWNE... PROBLEMY.
- Tak? - uniosłem brwi - W takim razie wyjdziesz ze mną kiedy indziej.
- To był rozkaz?
Dziewczyna zaśmiała się. Wzruszyłem szybko ramionami.
- Jeśli lubisz dominujących to tak. - posłałem zalotny uśmiech w jej stronę i pośpiesznie odwróciłem się.
Zdołałem zobaczyć jak przewraca oczami, po czym szybko odeszła w przeciwnym kierunku niż ja. Dogoniłem ją szybko.
- Jesteś nowa? - zapytałem.
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nowa w szkole? Hm?
Przygryzła wargę i zmarszczyła brwi. Pokiwała głową.
- Oprowadzić cię po mieście? - nie dawałem za wygraną.
Szła coraz szybciej, prawie biegła.
- Jestem aż taki straszny? - wyszczerzyłem się. - Umyłem zęby, słowo daję!
Zachichotała, lecz opanowała się szybko.
- Coś nie tak? - objąłem ją ramieniem, ale mnie odepchnęła. - Wszystko okej?
Skinęła głową.
- Straciłaś głos?
Posłała mi zdenerwowane spojrzenie.
- Jestem już spóźniona, okej? Zostaw mnie. - znów przyspieszyła.
- Dasz mi swój numer?
Zamrugała szybko.
- Co?
- Słyszałaś mnie.
Wzruszyła ramionami i wyjęła telefon z torebki.
- Ale szybko. Zwolnią mnie, jak tak dalej pójdzie. 798 840 830.
- Zapisane! Kiedy masz czas?
Uśmiechnęła się. Chyba się do mnie przekonała.
- Najprędzej w sobotę... A teraz muszę lecieć. Serio. - pobiegła a ja uśmiechałem się do siebie. Postanowiłem wrócić do akademika, po zanosiło się na więcej deszczu. Deszcz. Nie lubię deszczu.
Następnego dnia udałem się do parku. Zabrałem szkicownik, ołówki i smartfon z pękniętą szybką. Pamiątka po zeszłorocznej imprezie urodzinowej.
Zauważyłem dziewczynę, którą spotkałem wczoraj.
Wyjąłem telefon z kieszeni i zadzwoniłem pod uzyskany numer.
- Halo?
- Hej! Pamiętasz mnie, rozmawialiśmy wczoraj.
- Eeeeee.
Rozłaczyła się. Chol*ra. Po cichu schowałem się za drzewem, a kiedy przechodziła, wyskoczyłem zza niego.
- Bu!
- Chole*a jasna! - dziewczyna przestraszyła się i upuściła portfel. Podniosła go i rzuciła mi spojrzenie w stylu "Po*ebało cię do reszty?".
Pradisell? Mike idzie na podryw^^
- Tak? - uniosłem brwi - W takim razie wyjdziesz ze mną kiedy indziej.
- To był rozkaz?
Dziewczyna zaśmiała się. Wzruszyłem szybko ramionami.
- Jeśli lubisz dominujących to tak. - posłałem zalotny uśmiech w jej stronę i pośpiesznie odwróciłem się.
Zdołałem zobaczyć jak przewraca oczami, po czym szybko odeszła w przeciwnym kierunku niż ja. Dogoniłem ją szybko.
- Jesteś nowa? - zapytałem.
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nowa w szkole? Hm?
Przygryzła wargę i zmarszczyła brwi. Pokiwała głową.
- Oprowadzić cię po mieście? - nie dawałem za wygraną.
Szła coraz szybciej, prawie biegła.
- Jestem aż taki straszny? - wyszczerzyłem się. - Umyłem zęby, słowo daję!
Zachichotała, lecz opanowała się szybko.
- Coś nie tak? - objąłem ją ramieniem, ale mnie odepchnęła. - Wszystko okej?
Skinęła głową.
- Straciłaś głos?
Posłała mi zdenerwowane spojrzenie.
- Jestem już spóźniona, okej? Zostaw mnie. - znów przyspieszyła.
- Dasz mi swój numer?
Zamrugała szybko.
- Co?
- Słyszałaś mnie.
Wzruszyła ramionami i wyjęła telefon z torebki.
- Ale szybko. Zwolnią mnie, jak tak dalej pójdzie. 798 840 830.
- Zapisane! Kiedy masz czas?
Uśmiechnęła się. Chyba się do mnie przekonała.
- Najprędzej w sobotę... A teraz muszę lecieć. Serio. - pobiegła a ja uśmiechałem się do siebie. Postanowiłem wrócić do akademika, po zanosiło się na więcej deszczu. Deszcz. Nie lubię deszczu.
Następnego dnia udałem się do parku. Zabrałem szkicownik, ołówki i smartfon z pękniętą szybką. Pamiątka po zeszłorocznej imprezie urodzinowej.
Zauważyłem dziewczynę, którą spotkałem wczoraj.
Wyjąłem telefon z kieszeni i zadzwoniłem pod uzyskany numer.
- Halo?
- Hej! Pamiętasz mnie, rozmawialiśmy wczoraj.
- Eeeeee.
Rozłaczyła się. Chol*ra. Po cichu schowałem się za drzewem, a kiedy przechodziła, wyskoczyłem zza niego.
- Bu!
- Chole*a jasna! - dziewczyna przestraszyła się i upuściła portfel. Podniosła go i rzuciła mi spojrzenie w stylu "Po*ebało cię do reszty?".
Pradisell? Mike idzie na podryw^^
sobota, 21 marca 2015
Lioneart: Od Nicole c.d. Dylana
Kolejny dzień, kolejny trening. Wypadłam trubo - tempem z pokoju, zakładając właśnie słuchawki, z których po chwili popłynął dźwięk melodii piosenki Arctic Monkeys "R U Mine?".
- I go crazy 'cause here isn't where I want to be... - nucąc, zarzuciłam torbę na ramię i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę hali.
Miałam jeszcze masę czasu, ale jak to zawsze uczyła mnie ciocia: lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Kiedy byłam w połowie korytarza przemknęła przede mną jakaś postać. Zanim zdążyłam się zorientować ktoś zniknął za rogiem. Zobaczyłam na podłodze zgiętą na pół kartkę. Pewnie struś pędziwiatr ją zgubił. Plan lekcji. Czyżby ktoś nowy? Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam bez chwili wahania, że odniosę kartkę właścicielowi. Problem był jeden. Gdzie go znaleźć? Zauważyłam na szczęście uchylone leciutko drzwi. Nie było powiedziane, że to pokój biegacza, ale jak to mówi większość gimbusów - "jolo", chociaż połowa nie wie co to znaczy. Zapukałam dosyć głośno. Otworzył jakiś (nowy raczej, bo nigdy go nie widziałam) chłopak.
- Tak? - mruknął zaspany.
- Obudziłam, przepraszam.. - zrobiło mi sie głupio. - To chyba twoje - dodałam pokazując plan.
(Struś Pędziwiatr? XD Bardzo mega very długie, wiem, sorkaaa....)
- I go crazy 'cause here isn't where I want to be... - nucąc, zarzuciłam torbę na ramię i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę hali.
Miałam jeszcze masę czasu, ale jak to zawsze uczyła mnie ciocia: lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Kiedy byłam w połowie korytarza przemknęła przede mną jakaś postać. Zanim zdążyłam się zorientować ktoś zniknął za rogiem. Zobaczyłam na podłodze zgiętą na pół kartkę. Pewnie struś pędziwiatr ją zgubił. Plan lekcji. Czyżby ktoś nowy? Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam bez chwili wahania, że odniosę kartkę właścicielowi. Problem był jeden. Gdzie go znaleźć? Zauważyłam na szczęście uchylone leciutko drzwi. Nie było powiedziane, że to pokój biegacza, ale jak to mówi większość gimbusów - "jolo", chociaż połowa nie wie co to znaczy. Zapukałam dosyć głośno. Otworzył jakiś (nowy raczej, bo nigdy go nie widziałam) chłopak.
- Tak? - mruknął zaspany.
- Obudziłam, przepraszam.. - zrobiło mi sie głupio. - To chyba twoje - dodałam pokazując plan.
(Struś Pędziwiatr? XD Bardzo mega very długie, wiem, sorkaaa....)
wtorek, 17 marca 2015
Sun shine: Od Dylana
Westchnąłem ciężko stojąc przed budynkiem Hollywood Arts – mojego (poniekąd lepszego) nowego życia. Chcąc, nie chcąc musiałem tylko przejść przez próg, iść do sekretariatu, odebrać plan lekcji i inne pierdolety.
Nim się zorientowałem, już pukałem w gładkie, drewniane drzwi. Po chwili ze środka dało się usłyszeć donośne „proszę!” pozwalające wkroczyć do pomieszczenia.
- Dzień dobry, Dylan O’Brien, Sun shine. Mógłbym odebrać plan lekcji? - szybko wyrecytowałem na poczekaniu ułożone w myślach zdania.
Sekretarka wysłuchała mnie nie przestając wstukiwać czegoś na klawiaturze, po czym wyjęła z szafki jakieś papiery oraz kluczyk (zapewne do pokoju) i podała mi je. Aha. To by było na tyle.
- Dziękuję, do widzenia! – powiedziawszy to, pomyślałem jednak: „oby nie!” i wyszedłem z pokoju. Nienawidzę sekretariatów. Zawsze siedzi tam jakaś wiedźma na krześle i tylko coś stuka na tej klawiaturze cały dzień. Chore, powiadam, chore!
Pędząc do akademika w celu szybkiego znalezienia się w pokoju i przeskakując co dwa schodki szybko znalazłem się na piętrze, gdzie znajdowało się mieszkanie numer 39, czyli moje. Sądząc po liczbach na drzwiach z tej strony korytarza, te których szukam, były po drugiej stronie.
„Po co spacerować, skoro można pobiec?” pomyślałem i jak głupi pognałem na (na szczęście pusty) koniec korytarza pilnując tylko, by nie zahaczyć o coś torbą. Nie, nie walizką. Torbą. Walizki nie są wygodne na schodach. Poza tym, ciotka zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła MOJE rzeczy w JEJ walizce. Wytłumaczę: sądzi, że od tego mam swoje rzeczy (których jest co prawda uboga kolekcja), żeby ich używać, a nie zmniejszać jej bogaty zbiór, który nie mieści się w jednej sypialni i zapewne jak wyjechałem zasypała tym wszystkim mój pokój mimo, iż zachowywała się, jakbym był skażony.
Zmęczony ciężkim dniem (tak, podróże raczej są cięższe niż dwugodzinny trening kick-boxingu), wyciągnąłem się na łóżko i tak leżąc zasnąłem.
Obudziło mnie uporczywe pukanie w drzwi. Pomyłka? Pewnie tak. W drodze do źródła hałasu pogrążyłem się w myślach typu: „A maiłem taki piękny sen! Nie pamiętam go, ale był ciekawy” i otworzyłem.
- Tak?
Ktoś?
Nim się zorientowałem, już pukałem w gładkie, drewniane drzwi. Po chwili ze środka dało się usłyszeć donośne „proszę!” pozwalające wkroczyć do pomieszczenia.
- Dzień dobry, Dylan O’Brien, Sun shine. Mógłbym odebrać plan lekcji? - szybko wyrecytowałem na poczekaniu ułożone w myślach zdania.
Sekretarka wysłuchała mnie nie przestając wstukiwać czegoś na klawiaturze, po czym wyjęła z szafki jakieś papiery oraz kluczyk (zapewne do pokoju) i podała mi je. Aha. To by było na tyle.
- Dziękuję, do widzenia! – powiedziawszy to, pomyślałem jednak: „oby nie!” i wyszedłem z pokoju. Nienawidzę sekretariatów. Zawsze siedzi tam jakaś wiedźma na krześle i tylko coś stuka na tej klawiaturze cały dzień. Chore, powiadam, chore!
Pędząc do akademika w celu szybkiego znalezienia się w pokoju i przeskakując co dwa schodki szybko znalazłem się na piętrze, gdzie znajdowało się mieszkanie numer 39, czyli moje. Sądząc po liczbach na drzwiach z tej strony korytarza, te których szukam, były po drugiej stronie.
„Po co spacerować, skoro można pobiec?” pomyślałem i jak głupi pognałem na (na szczęście pusty) koniec korytarza pilnując tylko, by nie zahaczyć o coś torbą. Nie, nie walizką. Torbą. Walizki nie są wygodne na schodach. Poza tym, ciotka zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła MOJE rzeczy w JEJ walizce. Wytłumaczę: sądzi, że od tego mam swoje rzeczy (których jest co prawda uboga kolekcja), żeby ich używać, a nie zmniejszać jej bogaty zbiór, który nie mieści się w jednej sypialni i zapewne jak wyjechałem zasypała tym wszystkim mój pokój mimo, iż zachowywała się, jakbym był skażony.
Zmęczony ciężkim dniem (tak, podróże raczej są cięższe niż dwugodzinny trening kick-boxingu), wyciągnąłem się na łóżko i tak leżąc zasnąłem.
Obudziło mnie uporczywe pukanie w drzwi. Pomyłka? Pewnie tak. W drodze do źródła hałasu pogrążyłem się w myślach typu: „A maiłem taki piękny sen! Nie pamiętam go, ale był ciekawy” i otworzyłem.
- Tak?
Ktoś?
sobota, 7 marca 2015
Wolfind: Od Raquel do Gwen
` Połóż pistolet na stół i uprzedzenia wyrzuć w kąt. Na całym świecie są faszyści, którzy nienawidzą innych rąk. Nie wszystkich możesz zabić. To niemożliwe - uwierz mi. Za dużo możesz stracić, bo takie krótkie są nasze dni... ~ T. Love
Jeszcze raz uważnie rozejrzałam się po pokoju, jakby miało to coś dać. Spojrzałam przez okno, lustrując podwórze akademików i upewniłam się, że drzwi zamknięte są na klucz. Przysiadłam na łóżku i bez zbędnych ceregieli chwyciłam strzykawkę. Robiłam to już przecież wiele razy.
Ledwo moją skórę pod łokciem przebiła igła, usłyszałam, jak ktoś naciska klamkę. Podskoczyłam ze strachu i momentalnie syknęłam z bólu. Kto był chociaż raz na szczepieniu, ten wie, że niezbyt mądrze jest ruszyć się, kiedy igła jest w ciele. Zaklęłam w duchu na własną głupotę i na cymbała stojącego pod drzwiami. Postanowiłam udawać, że mnie nie ma i poczekać, aż niechciany gość, który teraz zaczął pukać, sobie pójdzie. Salwy puknięć trwały dobre kilka minut, po czym przerodziły się w uderzenia. Czas uciekał, a ja nadal miałam strzykawkę wkłutą do połowy. Decyzja - zignorować natręta. Bo co zrobi, wyważy drzwi?
Zafundowałam sobie porcję świeżutkiej importowanej heroiny prosto w koryto krwistej rzeki. Za moment powinno zacząć mnie brać. To mocny towar.
Walenie w drzwi na szczęście ustało. Nie zdążyłam jednak nacieszyć się błogim spokojem, gdyż usłyszałam wibracje telefonu leżącego na biurku. Chyba zaczynałam chwytać, komu tak zależało na spotkaniu ze mną. Pospiesznie wrzuciłam moje przyrządy pod materac, naciągnęłam rękaw na miejsce wkłucia, na wypadek, gdyby zechciało krwawić, i otworzyłam drzwi przed spanikowanym Chrisem. Na mój widok prędko odjął telefon od ucha.
- Chcesz żebym dostał zawału?!
- Brałam prysznic - odparłam spokojnie.
- Kłamiesz.
Pokręciłam głową i zaprosiłam go do środka gestem ręki. Zaczął rozglądać się nerwowo po pokoju, otwierać szafki. Chwilę mi zajęło, nim zorientowałam się, co robi. Podeszłam do niego powoli i zasłoniłam ciałem komódkę, którą właśnie miał zamiar otworzyć.
- Powiesz mi, co robisz? - zapytałam. Kiedy indziej zrobiłabym mu awanturę, wytykając, że nie jest moim ojcem, i wyrzuciłabym go z pokoju na zbity pysk. Teraz jednak narkotyk zaczął działać, a ja czułam się wspaniale. Ogarnął mnie tak błogi spokój, że nie miałam ochoty na kłótnie.
- Na pewno coś tu kombinowałaś. Ja... zaraz znajdę. Przesuń się - powiedział szorstko, łapiąc mnie za ramię w miejscu ukłucia. Nie bolało. Dragi uśmieżają ból. Widzicie, same pozytywne cechy, a ludzie ich nie doceniają.
- Brałam prysznic - powiedziałam, nie ruszając się z miejsca. - Naprawdę.
- Kłamczucha!
- Uwierz mi, Chris - jęknęłam płaczliwym głosem.
Spojrzał w moje szkliste oczy i chyba pomyślał, że płaczę. Ha, dobre sobie. Uniósł brwi ze zdziwieniem, wziął mnie za rękę i zaprowadził na łóżko. Usiedliśmy.
- Przepraszam. Już wierzę - powiedział cicho. Oparłam się wygodnie o jego ramię i pozwoliłam objąć, przymknąwszy powieki. Milutko się tam leżało i wsłuchiwało w jego oddech. Czułam jakieś dobro wewnątrz mnie. Jakby nagle na świecie przestało istnieć zło, smutek i ból.
- Zimno - wymamrotałam. Natychmiast poczułam, jak naciąga na mnie polarowy koc. Zamruczałam z rozkoszą.
Obudziłam się po kilku godzinach, spocona jak diabli. Zrzuciłam z siebie koc i usiadłam na łóżku, zastanawiając się, co ja w ogóle robiłam i jak zasnęłam. W głowie coś zaczęło mi świtać... Strzykawka... Chris...
O kurwa!
Szybko zgarnęłam pościel na jedną stronę i podniosłam materac. Trzymam tam moje skarby, między innymi paczkę fajek i sprzęt do iniekcji. Bałam się, że uśpiwszy mnie, Chris dokładnie przeszukał pokój i powyrzucał wszystko. Jakaż była moja ulga, kiedy znalazłam wszystko w takim stanie, w jakim wcześniej to pozostawiłam. Wrzuciłam zużytą igłę do plastikowej torebki. Kiedy trochę się nazbiera, wyrzucę je, idąc na miasto.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, licząc szybko, ile spałam. Pięć godzin. Wystarczająco, by narkotyk przestał działać. Zresztą wskazywał na to fakt, że miejsce wkłucia bolało, jakby ktoś przywalił mi z pięści.
Siódma wieczór, czyli wszyscy powinni być teraz na kolacji. Świetnie się składało - byłam cholernie głodna. Nie jadłam obiadu. Obiadem była mi hera. Przyjrzałam się mojemu strojowi. Nie mogłam uwierzyć, że spałam jak kamień w butach na grubym obcasie. Przynajmniej wyjęłam sztylet i odłożyłam go na nocną szafkę. Chris pogodził się już z tym, że posiadam białą broń, nie unieszkodliwił go więc, a nie wiadomo, co mogłoby się stać, gdybym zasnęła z ostrzem. Teraz wsunęłam je za pas spodni, wygładziłam czarną koszulkę z nadrukowanym białym pentagramem i ruszyłam na parter, zgarniając komórkę do kieszeni. Kiedy znalazłam się na dole, nie pozostał już ani jeden kompletnie wolny stolik. Zrezygnowana zaczęłam poszukiwać jakiegoś w miarę znośnego towarzystwa do przetrwania tego jednego posiłku. Spostrzegłam samotnie siedzącą dziewczynę, umalowaną podobnie jak ja. Ubrana była w za dużą czarną koszulkę z wizerunkiem Drakuli. Powoli przeżuwała kanapkę, oznajmiając swym znudzonym wzrokiem i pretensjonalną postawą, że ma wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Chyba było jej na imię Gwen.
- Siadam tu - zakomunikowałam tonem nie znoszącym sprzeciwu, dopchawszy się do jej stolika. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, co odebrałam jako zgodę. Zresztą i bez tej zajęłabym to miejsce. Sięgnęłam po kawałek bagietki czosnkowej. Pieczywo było jeszcze ciepłe. Z lubością zjadłam jeden, potem drugi, a potem jeszcze dwa. Popiłam gorzką herbatą, zjadłam dwie kanapki z ciemnego chleba z szynką i dopchnęłam to wszystko winogronem.
- O, proszę! Kącik dziwolągów! - Kiedy w ciszy kończyłyśmy posiłek, usłyszałyśmy głos za naszymi plecami. Rozpoznałam po nim chłopaka z trzeciej klasy - Ricka. Straszny pustak i cham. Myśli, że jest wspaniały i wszystko należy się jemu. Już dawno planowałam, by dać mu nauczkę.
- Spierdalaj - odezwałyśmy się chórem.
- Żałosne jesteście - zaśmiał się nerwowo.
Kątem oka ujrzałam, że Gwen stara się po prostu olać. Ja jednak nie jestem tak opanowana. Uważam, że trzeba dopominać się o swoje. Poderwalam się z miejsca. Ścisnęłam w garści leżące na stole masło i rozsmarowałam na twarzy kolesia. Był tak zdezorientowany, że w pierwszej chwili nawet się nie zdenerwował, tylko stał z głupią miną jak taki osiołek. W sekundę później ogarnął go gniew nie do opisania. Starł tłuszcz obiema dłońmi. Miał minę godną seryjnego mordercy, jednak jedyne, co zrobił, to mnie pchnął. Nie byłoby tragedii, gdyby na koszulce nie zostały mi tłuste ślady. Moja ukochana, najnowsza koszulka! Ta zniewaga krwi wymaga! Dobyłam sztyletu. Bez ostrzeżenia chwyciłam tuż przy szyi jego koszulkę Los Angeles Lakers i dwoma szarpnięciami ostrza podarłam materiał.
- Co robisz, psychopatko?! - obruszył się. W jego oczach czaił się strach.
- Oddaję - warknęłam i wyszłam ze stołówki, posyłając mu spojrzenie pełne pogardy.
W sobotni poranek obudziłam się na obiad. O, tak! Szybko się ubrałam i punkt trzecia stawiłam pod jadalnią. Dziś miało być spaghetti, a w weekendy byłam, że tak powiem, nawet do życia, co nawiasem mówiąc wcale nie oznacza pokojowo nastawiona do ludzi. Zjadłam w pośpiechu i ruszyłam do szkolnej biblioteki. W weekendy w wyznaczonych godzinach mieliśmy do niej wolny dostęp, a ja musiałam napisać jakiś chędożony referat o wojnie z 1812. Właściwie miałam go gdzieś, ale biblioteka była jednym z nielicznych miejsc, w których jest ciemno i cicho, a zaszycie się w niej z dość dobrą wydumaną wymówką było wspaniałym pomysłem na spędzenie reszty dnia z dala od ludzi. Zarzuciłam na ramię szkolną torbę i, mimochodem spaliwszy na tyłach szkoły fajkę, już po chwili wspinałam się po schodach wewnątrz szkolnego gmachu. Do biblioteki weszłam bez żadnego "Dzień dobry" czy "Pocałuj mnie w dupę". Bezceremonialnie skierowałam się w najciemniejszy, najciaśniejszy kącik i, skuliwszy się w fotelu, zaczęłam obserwować zbierających się ludzi, których, ku mojemu jawnemu niezadowoleniu, było znacznie więcej, niż przypuszczałam. Mój cichy kącik mizantropki nie był jednak taki cichy. Przyglądałam się krzątającym się uczniom i zastanawiałam się, dlaczego wszyscy są tak zjebani. Codziennie widzę te zakazane ryje na korytarzu i mam ochotę ich wszystkich wystrzelać.
Za co?
Istnieją...
Chciałabym odciąć się od tych ludzi, ewentualnie zostawić przy sobie mojego nadopiekuńczego braciszka. Chciałabym zamknąć się w jakimś pokoju bez okien tylko z muzyką i strzykawkami, i zbudować własną przegrodę między całym motłochem a mną. Czy to nie genialne?
Zauważyłam Gwen siedzącą na skórzanej kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę i nagle mnie olśniło.
- Chcesz odciąć się od ludzi? - spytałam prosto z mostu, podszedłszy do jej miejsca.
- Co? - Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwieniem.
- Od ludzi! Odciąć się od ludzi! - Zirytowana podniosłam głos. Kilka par oczu, w tym bibliotekarka, zwróciło się w moją stronę. - Tak czy nie? - syknęłam.
- Wydaje mi się, że sama świetnie potrafię o to zadbać - prychnęła tamta, wracając do lektury.
- Słuchaj, mam pomysł na manifest naszej wyższości ponad motłochem. Wchodzisz w to czy nie?
- Jakieś szczegóły? - Gwen ponownie podniosła na mnie wzrok. Czyżby była zainteresowana?
- Tutaj będzie idealnie - oceniłam, wskazując na drzwi.
- Tutaj? - zapytała Montrose sceptycznie.
Znajdowałyśmy się w piwnicy akademika Wolfind, konkretniej przed drzwiami jednego z pomieszczeń służących jako magazyny. Odkryłam to miejsce niedawno i właściwie do dzisiejszego dnia nie miałam pojęcia, jak je wykorzystać. Zaobserwowałam, że nie dość, iż jest zamknięte, to nikt specjalnie nie kwapi się, by tam wchodzić. Ciekawe, dlaczego... Wyjęłam z kieszeni kawałek drutu i przez chwilę mocowałam się z drzwiami. Gdy wreszcie ustąpiły, stanęłyśmy na przeciw małego, potwornie zakurzonego pomieszczenia z jednym malutkim okienkiem, które praktycznie nie wpuszczało słonecznego światła. Było niemal całkowicie puste. Stała tu tylko jedna mała szafka i prosty, stary stół.
- Zajebista miejscówka - mruknęła.
- No nie? - zapytałam, udając, że nie wyczułam sarkazmu w jej głosie. - Trzeba skombinować dużo świeczek. I może jakieś twarde poduszki do siedzenia z dupą.
- Na ziemi?!
- To jest ARTYZM - warknęłam ze zniecierpliwieniem. I jak tu lubić ludzi? No jak? Użeranie się z osobami ograniczonymi umysłowo jest na potęgę męczące.
- Chciałaś powiedzieć: idiotyzm.
- Ya yebat'... Muzykant ne ponimayet.
- Co, kurwa?
- Nieważne - wycedziłam przez zęby, odruchowo kładąc dłoń na ukrytym pod koszulką ostrzem. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg magazynu. Podążyłam zaraz za nią.
Kilka godzin później, punkt dwunasta, po omacku ponownie zeszłyśmy do piwnicy, wyposażone w torby pełne różnego rodzaju świec, które udało nam się zdobyć, oraz dwie satynowe poduszki w odcieniu śliwkowym. Jeżeli miejsce to miało być azylem, trzeba było zrobić tam względny porządek, tak więc pod pachą trzymałam dużą białą szmatę zrobioną ze starej wuefowej koszulki.
- Więc co, ty sprzątasz? - zapytałam z drwiną, przyklejając bezczelny uśmiech numer trzynaście. Jednocześnie majstrowałam drutem przy zamku. W egipskich ciemnościach zadanie to było o wiele trudniejsze.
- Chyba śnisz, za żadne skarby nie dotknę tej brudnej szmaty!
- Shlyukha. Ja też nie. Pierdolę. Będzie brudno - fuknęłam, popychając drzwi.
Od razu zajęłam się rozstawianiem kolorowych zapachowych podgrzewaczy i świeczek w fikuśnych świecznikach. Właściwie nie było zbytniego pola do popisu. Ustawiłam po kilka świeczek na meblach, a na podłodze ułożyłam okrąg z podgrzewaczy. Gdy podpaliłam wszystkie knoty, piwnica wypełniła się tajemniczą, zmysłową poświatą. Nasze cienie tańczyły na ścianach, dając wrażenie ogromnej mocy, która sie tu znajduje.
- Usiądźmy w kręgu - poleciłam Gwen, która do tej pory przyglądała się moim poczynaniom z lekkim dystansem.
- Co, kurwa?
- Nadojeła żyzń... Siądź, do cholery, po tej stronie świec, a ja po tej.
Siadłyśmy naprzeciw siebie. Wyciągnęłam sztylet i z nutą pieszczoty przejechałam palcem po ostrzu. Potem zdecydowanym ruchem rozcięłam środek dłoni, nieznacznie się krzywiąc.
- Pojebało cię? - Zrobiła wielkie oczy i delikatnie odsunęła się do tyłu, patrząc na sączącą się ze mnie krew.
- Nie sądzę. Odbędziemy rytuał inicjacyjny. Oficjalnie otwieram działanie... - zamyśliłam się na chwilę. Dla porządku i własnej satysfakcji chciałam, żebyśmy nadały naszej... hm... organizacji jakąś artystycznie brzmiącą nazwę. Wszystkie jednak zdawały mi się być jakieś takie pedalskie. - Bractwa Upadłych Aniołów - powiedziałam w końcu. Gwen uniosła brwi.
- Okej... A ta krew to...?
- Braterstwo krwi i przysięga milczenia - wyjaśniłam, jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem. Podsunęłam jej sztylet.
- Jesteś stuknięta - powiedziała, spoglądając na mnie z ukosa niczym na psychopatkę.
- Sądzę, że raczej normalniejsza od większości ludzi na tym globie.
Gwen, ku mojemu zaskoczeniu zresztą, sięgnęła w końcu po sztylet i, wstrzymawszy oddech, przeciągnęła go przez wewnętrzną stronę dłoni, przyciskając klingę do skóry. Wydała z siebie tłumiony jęk bólu. Zdawało mi się, że trochę zbladła, lecz, będąc chyba pewną, że w nikłym blasku ognia nie jest to zauważalne, nie dała nic po sobie poznać. Podałyśmy sobie dłonie i, pozwalając naszej krwi na zmieszanie się, złożyłyśmy przysięgę milczenia.
Miałam naprawdę poważne plany co do tego przedsięwzięcia. To nie miał być jakiś Szkolny Klubik Miłośników Przyrody, czy coś. Jeżeli kiedykolwiek zaprosiłybyśmy kogoś tutaj, musiałby zrobić to samo. Może spiszę jakiś kodeks albo wymyślę sposób znakowania członków, nie wiem. W każdym razie nie widzę tego w formie luźnego sposobu na kreatywne spędzanie czasu po lekcjach.
- I co teraz? - zapytała Gwen, owijając dłoń kawałkiem białej szmaty.
- I nic - powiedziałam, siadając na pokrytym centymetrową warstwą kurzu stole i wyciągając z buta strzykawkę. - To wszystko.
Gwen? :D
Ten cytat tak mi tu bardzo pasował xd
Hyhy, ale to chore xD A jednocześnie mistrzowskie.
I znowu molestowanie przez dwie godziny stron typu narkomania.org, żeby dobrze opisać stan pod wpływem :,)
Jeszcze raz uważnie rozejrzałam się po pokoju, jakby miało to coś dać. Spojrzałam przez okno, lustrując podwórze akademików i upewniłam się, że drzwi zamknięte są na klucz. Przysiadłam na łóżku i bez zbędnych ceregieli chwyciłam strzykawkę. Robiłam to już przecież wiele razy.
Ledwo moją skórę pod łokciem przebiła igła, usłyszałam, jak ktoś naciska klamkę. Podskoczyłam ze strachu i momentalnie syknęłam z bólu. Kto był chociaż raz na szczepieniu, ten wie, że niezbyt mądrze jest ruszyć się, kiedy igła jest w ciele. Zaklęłam w duchu na własną głupotę i na cymbała stojącego pod drzwiami. Postanowiłam udawać, że mnie nie ma i poczekać, aż niechciany gość, który teraz zaczął pukać, sobie pójdzie. Salwy puknięć trwały dobre kilka minut, po czym przerodziły się w uderzenia. Czas uciekał, a ja nadal miałam strzykawkę wkłutą do połowy. Decyzja - zignorować natręta. Bo co zrobi, wyważy drzwi?
Zafundowałam sobie porcję świeżutkiej importowanej heroiny prosto w koryto krwistej rzeki. Za moment powinno zacząć mnie brać. To mocny towar.
Walenie w drzwi na szczęście ustało. Nie zdążyłam jednak nacieszyć się błogim spokojem, gdyż usłyszałam wibracje telefonu leżącego na biurku. Chyba zaczynałam chwytać, komu tak zależało na spotkaniu ze mną. Pospiesznie wrzuciłam moje przyrządy pod materac, naciągnęłam rękaw na miejsce wkłucia, na wypadek, gdyby zechciało krwawić, i otworzyłam drzwi przed spanikowanym Chrisem. Na mój widok prędko odjął telefon od ucha.
- Chcesz żebym dostał zawału?!
- Brałam prysznic - odparłam spokojnie.
- Kłamiesz.
Pokręciłam głową i zaprosiłam go do środka gestem ręki. Zaczął rozglądać się nerwowo po pokoju, otwierać szafki. Chwilę mi zajęło, nim zorientowałam się, co robi. Podeszłam do niego powoli i zasłoniłam ciałem komódkę, którą właśnie miał zamiar otworzyć.
- Powiesz mi, co robisz? - zapytałam. Kiedy indziej zrobiłabym mu awanturę, wytykając, że nie jest moim ojcem, i wyrzuciłabym go z pokoju na zbity pysk. Teraz jednak narkotyk zaczął działać, a ja czułam się wspaniale. Ogarnął mnie tak błogi spokój, że nie miałam ochoty na kłótnie.
- Na pewno coś tu kombinowałaś. Ja... zaraz znajdę. Przesuń się - powiedział szorstko, łapiąc mnie za ramię w miejscu ukłucia. Nie bolało. Dragi uśmieżają ból. Widzicie, same pozytywne cechy, a ludzie ich nie doceniają.
- Brałam prysznic - powiedziałam, nie ruszając się z miejsca. - Naprawdę.
- Kłamczucha!
- Uwierz mi, Chris - jęknęłam płaczliwym głosem.
Spojrzał w moje szkliste oczy i chyba pomyślał, że płaczę. Ha, dobre sobie. Uniósł brwi ze zdziwieniem, wziął mnie za rękę i zaprowadził na łóżko. Usiedliśmy.
- Przepraszam. Już wierzę - powiedział cicho. Oparłam się wygodnie o jego ramię i pozwoliłam objąć, przymknąwszy powieki. Milutko się tam leżało i wsłuchiwało w jego oddech. Czułam jakieś dobro wewnątrz mnie. Jakby nagle na świecie przestało istnieć zło, smutek i ból.
- Zimno - wymamrotałam. Natychmiast poczułam, jak naciąga na mnie polarowy koc. Zamruczałam z rozkoszą.
Obudziłam się po kilku godzinach, spocona jak diabli. Zrzuciłam z siebie koc i usiadłam na łóżku, zastanawiając się, co ja w ogóle robiłam i jak zasnęłam. W głowie coś zaczęło mi świtać... Strzykawka... Chris...
O kurwa!
Szybko zgarnęłam pościel na jedną stronę i podniosłam materac. Trzymam tam moje skarby, między innymi paczkę fajek i sprzęt do iniekcji. Bałam się, że uśpiwszy mnie, Chris dokładnie przeszukał pokój i powyrzucał wszystko. Jakaż była moja ulga, kiedy znalazłam wszystko w takim stanie, w jakim wcześniej to pozostawiłam. Wrzuciłam zużytą igłę do plastikowej torebki. Kiedy trochę się nazbiera, wyrzucę je, idąc na miasto.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, licząc szybko, ile spałam. Pięć godzin. Wystarczająco, by narkotyk przestał działać. Zresztą wskazywał na to fakt, że miejsce wkłucia bolało, jakby ktoś przywalił mi z pięści.
Siódma wieczór, czyli wszyscy powinni być teraz na kolacji. Świetnie się składało - byłam cholernie głodna. Nie jadłam obiadu. Obiadem była mi hera. Przyjrzałam się mojemu strojowi. Nie mogłam uwierzyć, że spałam jak kamień w butach na grubym obcasie. Przynajmniej wyjęłam sztylet i odłożyłam go na nocną szafkę. Chris pogodził się już z tym, że posiadam białą broń, nie unieszkodliwił go więc, a nie wiadomo, co mogłoby się stać, gdybym zasnęła z ostrzem. Teraz wsunęłam je za pas spodni, wygładziłam czarną koszulkę z nadrukowanym białym pentagramem i ruszyłam na parter, zgarniając komórkę do kieszeni. Kiedy znalazłam się na dole, nie pozostał już ani jeden kompletnie wolny stolik. Zrezygnowana zaczęłam poszukiwać jakiegoś w miarę znośnego towarzystwa do przetrwania tego jednego posiłku. Spostrzegłam samotnie siedzącą dziewczynę, umalowaną podobnie jak ja. Ubrana była w za dużą czarną koszulkę z wizerunkiem Drakuli. Powoli przeżuwała kanapkę, oznajmiając swym znudzonym wzrokiem i pretensjonalną postawą, że ma wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Chyba było jej na imię Gwen.
- Siadam tu - zakomunikowałam tonem nie znoszącym sprzeciwu, dopchawszy się do jej stolika. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, co odebrałam jako zgodę. Zresztą i bez tej zajęłabym to miejsce. Sięgnęłam po kawałek bagietki czosnkowej. Pieczywo było jeszcze ciepłe. Z lubością zjadłam jeden, potem drugi, a potem jeszcze dwa. Popiłam gorzką herbatą, zjadłam dwie kanapki z ciemnego chleba z szynką i dopchnęłam to wszystko winogronem.
- O, proszę! Kącik dziwolągów! - Kiedy w ciszy kończyłyśmy posiłek, usłyszałyśmy głos za naszymi plecami. Rozpoznałam po nim chłopaka z trzeciej klasy - Ricka. Straszny pustak i cham. Myśli, że jest wspaniały i wszystko należy się jemu. Już dawno planowałam, by dać mu nauczkę.
- Spierdalaj - odezwałyśmy się chórem.
- Żałosne jesteście - zaśmiał się nerwowo.
Kątem oka ujrzałam, że Gwen stara się po prostu olać. Ja jednak nie jestem tak opanowana. Uważam, że trzeba dopominać się o swoje. Poderwalam się z miejsca. Ścisnęłam w garści leżące na stole masło i rozsmarowałam na twarzy kolesia. Był tak zdezorientowany, że w pierwszej chwili nawet się nie zdenerwował, tylko stał z głupią miną jak taki osiołek. W sekundę później ogarnął go gniew nie do opisania. Starł tłuszcz obiema dłońmi. Miał minę godną seryjnego mordercy, jednak jedyne, co zrobił, to mnie pchnął. Nie byłoby tragedii, gdyby na koszulce nie zostały mi tłuste ślady. Moja ukochana, najnowsza koszulka! Ta zniewaga krwi wymaga! Dobyłam sztyletu. Bez ostrzeżenia chwyciłam tuż przy szyi jego koszulkę Los Angeles Lakers i dwoma szarpnięciami ostrza podarłam materiał.
- Co robisz, psychopatko?! - obruszył się. W jego oczach czaił się strach.
- Oddaję - warknęłam i wyszłam ze stołówki, posyłając mu spojrzenie pełne pogardy.
W sobotni poranek obudziłam się na obiad. O, tak! Szybko się ubrałam i punkt trzecia stawiłam pod jadalnią. Dziś miało być spaghetti, a w weekendy byłam, że tak powiem, nawet do życia, co nawiasem mówiąc wcale nie oznacza pokojowo nastawiona do ludzi. Zjadłam w pośpiechu i ruszyłam do szkolnej biblioteki. W weekendy w wyznaczonych godzinach mieliśmy do niej wolny dostęp, a ja musiałam napisać jakiś chędożony referat o wojnie z 1812. Właściwie miałam go gdzieś, ale biblioteka była jednym z nielicznych miejsc, w których jest ciemno i cicho, a zaszycie się w niej z dość dobrą wydumaną wymówką było wspaniałym pomysłem na spędzenie reszty dnia z dala od ludzi. Zarzuciłam na ramię szkolną torbę i, mimochodem spaliwszy na tyłach szkoły fajkę, już po chwili wspinałam się po schodach wewnątrz szkolnego gmachu. Do biblioteki weszłam bez żadnego "Dzień dobry" czy "Pocałuj mnie w dupę". Bezceremonialnie skierowałam się w najciemniejszy, najciaśniejszy kącik i, skuliwszy się w fotelu, zaczęłam obserwować zbierających się ludzi, których, ku mojemu jawnemu niezadowoleniu, było znacznie więcej, niż przypuszczałam. Mój cichy kącik mizantropki nie był jednak taki cichy. Przyglądałam się krzątającym się uczniom i zastanawiałam się, dlaczego wszyscy są tak zjebani. Codziennie widzę te zakazane ryje na korytarzu i mam ochotę ich wszystkich wystrzelać.
Za co?
Istnieją...
Chciałabym odciąć się od tych ludzi, ewentualnie zostawić przy sobie mojego nadopiekuńczego braciszka. Chciałabym zamknąć się w jakimś pokoju bez okien tylko z muzyką i strzykawkami, i zbudować własną przegrodę między całym motłochem a mną. Czy to nie genialne?
Zauważyłam Gwen siedzącą na skórzanej kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę i nagle mnie olśniło.
- Chcesz odciąć się od ludzi? - spytałam prosto z mostu, podszedłszy do jej miejsca.
- Co? - Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwieniem.
- Od ludzi! Odciąć się od ludzi! - Zirytowana podniosłam głos. Kilka par oczu, w tym bibliotekarka, zwróciło się w moją stronę. - Tak czy nie? - syknęłam.
- Wydaje mi się, że sama świetnie potrafię o to zadbać - prychnęła tamta, wracając do lektury.
- Słuchaj, mam pomysł na manifest naszej wyższości ponad motłochem. Wchodzisz w to czy nie?
- Jakieś szczegóły? - Gwen ponownie podniosła na mnie wzrok. Czyżby była zainteresowana?
- Tutaj będzie idealnie - oceniłam, wskazując na drzwi.
- Tutaj? - zapytała Montrose sceptycznie.
Znajdowałyśmy się w piwnicy akademika Wolfind, konkretniej przed drzwiami jednego z pomieszczeń służących jako magazyny. Odkryłam to miejsce niedawno i właściwie do dzisiejszego dnia nie miałam pojęcia, jak je wykorzystać. Zaobserwowałam, że nie dość, iż jest zamknięte, to nikt specjalnie nie kwapi się, by tam wchodzić. Ciekawe, dlaczego... Wyjęłam z kieszeni kawałek drutu i przez chwilę mocowałam się z drzwiami. Gdy wreszcie ustąpiły, stanęłyśmy na przeciw małego, potwornie zakurzonego pomieszczenia z jednym malutkim okienkiem, które praktycznie nie wpuszczało słonecznego światła. Było niemal całkowicie puste. Stała tu tylko jedna mała szafka i prosty, stary stół.
- Zajebista miejscówka - mruknęła.
- No nie? - zapytałam, udając, że nie wyczułam sarkazmu w jej głosie. - Trzeba skombinować dużo świeczek. I może jakieś twarde poduszki do siedzenia z dupą.
- Na ziemi?!
- To jest ARTYZM - warknęłam ze zniecierpliwieniem. I jak tu lubić ludzi? No jak? Użeranie się z osobami ograniczonymi umysłowo jest na potęgę męczące.
- Chciałaś powiedzieć: idiotyzm.
- Ya yebat'... Muzykant ne ponimayet.
- Co, kurwa?
- Nieważne - wycedziłam przez zęby, odruchowo kładąc dłoń na ukrytym pod koszulką ostrzem. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg magazynu. Podążyłam zaraz za nią.
Kilka godzin później, punkt dwunasta, po omacku ponownie zeszłyśmy do piwnicy, wyposażone w torby pełne różnego rodzaju świec, które udało nam się zdobyć, oraz dwie satynowe poduszki w odcieniu śliwkowym. Jeżeli miejsce to miało być azylem, trzeba było zrobić tam względny porządek, tak więc pod pachą trzymałam dużą białą szmatę zrobioną ze starej wuefowej koszulki.
- Więc co, ty sprzątasz? - zapytałam z drwiną, przyklejając bezczelny uśmiech numer trzynaście. Jednocześnie majstrowałam drutem przy zamku. W egipskich ciemnościach zadanie to było o wiele trudniejsze.
- Chyba śnisz, za żadne skarby nie dotknę tej brudnej szmaty!
- Shlyukha. Ja też nie. Pierdolę. Będzie brudno - fuknęłam, popychając drzwi.
Od razu zajęłam się rozstawianiem kolorowych zapachowych podgrzewaczy i świeczek w fikuśnych świecznikach. Właściwie nie było zbytniego pola do popisu. Ustawiłam po kilka świeczek na meblach, a na podłodze ułożyłam okrąg z podgrzewaczy. Gdy podpaliłam wszystkie knoty, piwnica wypełniła się tajemniczą, zmysłową poświatą. Nasze cienie tańczyły na ścianach, dając wrażenie ogromnej mocy, która sie tu znajduje.
- Usiądźmy w kręgu - poleciłam Gwen, która do tej pory przyglądała się moim poczynaniom z lekkim dystansem.
- Co, kurwa?
- Nadojeła żyzń... Siądź, do cholery, po tej stronie świec, a ja po tej.
Siadłyśmy naprzeciw siebie. Wyciągnęłam sztylet i z nutą pieszczoty przejechałam palcem po ostrzu. Potem zdecydowanym ruchem rozcięłam środek dłoni, nieznacznie się krzywiąc.
- Pojebało cię? - Zrobiła wielkie oczy i delikatnie odsunęła się do tyłu, patrząc na sączącą się ze mnie krew.
- Nie sądzę. Odbędziemy rytuał inicjacyjny. Oficjalnie otwieram działanie... - zamyśliłam się na chwilę. Dla porządku i własnej satysfakcji chciałam, żebyśmy nadały naszej... hm... organizacji jakąś artystycznie brzmiącą nazwę. Wszystkie jednak zdawały mi się być jakieś takie pedalskie. - Bractwa Upadłych Aniołów - powiedziałam w końcu. Gwen uniosła brwi.
- Okej... A ta krew to...?
- Braterstwo krwi i przysięga milczenia - wyjaśniłam, jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem. Podsunęłam jej sztylet.
- Jesteś stuknięta - powiedziała, spoglądając na mnie z ukosa niczym na psychopatkę.
- Sądzę, że raczej normalniejsza od większości ludzi na tym globie.
Gwen, ku mojemu zaskoczeniu zresztą, sięgnęła w końcu po sztylet i, wstrzymawszy oddech, przeciągnęła go przez wewnętrzną stronę dłoni, przyciskając klingę do skóry. Wydała z siebie tłumiony jęk bólu. Zdawało mi się, że trochę zbladła, lecz, będąc chyba pewną, że w nikłym blasku ognia nie jest to zauważalne, nie dała nic po sobie poznać. Podałyśmy sobie dłonie i, pozwalając naszej krwi na zmieszanie się, złożyłyśmy przysięgę milczenia.
Miałam naprawdę poważne plany co do tego przedsięwzięcia. To nie miał być jakiś Szkolny Klubik Miłośników Przyrody, czy coś. Jeżeli kiedykolwiek zaprosiłybyśmy kogoś tutaj, musiałby zrobić to samo. Może spiszę jakiś kodeks albo wymyślę sposób znakowania członków, nie wiem. W każdym razie nie widzę tego w formie luźnego sposobu na kreatywne spędzanie czasu po lekcjach.
- I co teraz? - zapytała Gwen, owijając dłoń kawałkiem białej szmaty.
- I nic - powiedziałam, siadając na pokrytym centymetrową warstwą kurzu stole i wyciągając z buta strzykawkę. - To wszystko.
Gwen? :D
Ten cytat tak mi tu bardzo pasował xd
Hyhy, ale to chore xD A jednocześnie mistrzowskie.
I znowu molestowanie przez dwie godziny stron typu narkomania.org, żeby dobrze opisać stan pod wpływem :,)
piątek, 6 marca 2015
Wolfind: Od Iggy CD Chris'a
-Oo, nie ma tak łatwo, śliczny!-zaprotestowałam.-Idę z wami.
Ethan i Mike nie wyglądali na zachwyconych, ale czy ich się kto pyta? Nie-e.
-Ale... na obcasach będziesz grała?-zapytał Ethan.
-Mam skarpetki. I mogę w nich grać, bo w przeciwieństwie do waszych nie są radioaktywne.
Oboje się nadąsali, ale Chris'owi chyba to nie przeszkadzało, bo uśmiechał się szeroko.
-No, to fajno! Będzie po równo, dwa na dwa.
Chłopaki nie podzielali jego entuzjazmu. Coś mi mówi, że mieli nadzieję na spotkanie w męskim gronie na ploteczki i świńskie żarciki. Och, jak mi przykro, że zrujnowałam im te plany. Popłaczę się zaraz.
-A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!-zarządziłam głosem mojego mentora życiowego- Króla Juliana.
Wybiegłam z pokoju Chris'a, a za mną cała trójka, z czego 2/3 nadąsane.
~~*~~
Przed halą stał Sherry i coś robił w papierach.
-A, cześć chłopaki... i młoda damo. Będziesz im kibicować? Który jest twoim chłopakiem?-nauczyciel poruszył sugestywnie brwiami, a ja schowałam twarz w dłoniach.
-Prze pana, to Iggy jest. Zrzuciła kolorową powłokę, a teraz przebiera się za dziewczynę.-wyjaśnił Cambell, na co posłałam mu mordercze spojrzenie.
-Aa...ha. No cóż? OK, wchodźcie. Iggy, jak zamierzasz grać?-spytał Sherry, bo kiedy już się wyjaśniło, że ta nadludzko atrakcyjna dziewczyna to Iggy, z góry założył, że będzie grać.
-W skarpetkach.-odrzekłam krótko i weszłam na boisko za chłopakami, którzy już załatwili piłkę.
-Dzielimy się na drużyny.-zarządził Mike.-Ja i Chris wybieramy. Ja pierwszy. Ethan.
-Hmm... kogo by tu wybrać...-Cambell rozglądał się, nie patrząc na mnie wcale-HEJ< PANIE SHERRY! ZAGRA PAN ZE MNĄ W DRUŻYNIE!?
-Spadaj-zaśmiałam się i dałam mu kuksańca w ramię. W tej samej chwili wszedł Sherry.
-Mówiłeś coś, Chris?-spytał.
-Już nic, panie psorze. Aha, ale mógłby pan nam wyrzucić piłkę.
Zmarszczył brwi udając, że nie wie, o co chodzi.
-To całkiem dobry sprzęt, dlaczego miałbym ją wyrzucać?
Po chwili jednak uśmiechnął się i wyciągnął rękę, a Ethan rzucił piłkę do nauczyciela. Na początek na wybicie poszedł Chris i Ethan. Cambell, jako że był trochę wyższy, przebił piłkę do mnie. Złapałam ją i zaczęłam kozłować błogosławiąc w duchu skarpetki antypoślizgowe. Mike ganiał koło mnie jak mucha wokół łajna. Rzuciłam piłkę do mojego współgracza, w locie jednak przechwycił ją Ethan. Stłumiłam przekleństwo i pobiegłam kryć Mike'a. Ethan wrzucił kosz.
Mecz skończył się jednak naszą wygraną, co nie zadowoliło Mike;a i Ethana. No, nie dziwię im się. Przegrali z dziewczyną i Cambellem. Och, po raz kolejny będę płakać.
Chris? Krótkie, krótkie, KRÓTKIE ;-;
Ethan i Mike nie wyglądali na zachwyconych, ale czy ich się kto pyta? Nie-e.
-Ale... na obcasach będziesz grała?-zapytał Ethan.
-Mam skarpetki. I mogę w nich grać, bo w przeciwieństwie do waszych nie są radioaktywne.
Oboje się nadąsali, ale Chris'owi chyba to nie przeszkadzało, bo uśmiechał się szeroko.
-No, to fajno! Będzie po równo, dwa na dwa.
Chłopaki nie podzielali jego entuzjazmu. Coś mi mówi, że mieli nadzieję na spotkanie w męskim gronie na ploteczki i świńskie żarciki. Och, jak mi przykro, że zrujnowałam im te plany. Popłaczę się zaraz.
-A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!-zarządziłam głosem mojego mentora życiowego- Króla Juliana.
Wybiegłam z pokoju Chris'a, a za mną cała trójka, z czego 2/3 nadąsane.
~~*~~
Przed halą stał Sherry i coś robił w papierach.
-A, cześć chłopaki... i młoda damo. Będziesz im kibicować? Który jest twoim chłopakiem?-nauczyciel poruszył sugestywnie brwiami, a ja schowałam twarz w dłoniach.
-Prze pana, to Iggy jest. Zrzuciła kolorową powłokę, a teraz przebiera się za dziewczynę.-wyjaśnił Cambell, na co posłałam mu mordercze spojrzenie.
-Aa...ha. No cóż? OK, wchodźcie. Iggy, jak zamierzasz grać?-spytał Sherry, bo kiedy już się wyjaśniło, że ta nadludzko atrakcyjna dziewczyna to Iggy, z góry założył, że będzie grać.
-W skarpetkach.-odrzekłam krótko i weszłam na boisko za chłopakami, którzy już załatwili piłkę.
-Dzielimy się na drużyny.-zarządził Mike.-Ja i Chris wybieramy. Ja pierwszy. Ethan.
-Hmm... kogo by tu wybrać...-Cambell rozglądał się, nie patrząc na mnie wcale-HEJ< PANIE SHERRY! ZAGRA PAN ZE MNĄ W DRUŻYNIE!?
-Spadaj-zaśmiałam się i dałam mu kuksańca w ramię. W tej samej chwili wszedł Sherry.
-Mówiłeś coś, Chris?-spytał.
-Już nic, panie psorze. Aha, ale mógłby pan nam wyrzucić piłkę.
Zmarszczył brwi udając, że nie wie, o co chodzi.
-To całkiem dobry sprzęt, dlaczego miałbym ją wyrzucać?
Po chwili jednak uśmiechnął się i wyciągnął rękę, a Ethan rzucił piłkę do nauczyciela. Na początek na wybicie poszedł Chris i Ethan. Cambell, jako że był trochę wyższy, przebił piłkę do mnie. Złapałam ją i zaczęłam kozłować błogosławiąc w duchu skarpetki antypoślizgowe. Mike ganiał koło mnie jak mucha wokół łajna. Rzuciłam piłkę do mojego współgracza, w locie jednak przechwycił ją Ethan. Stłumiłam przekleństwo i pobiegłam kryć Mike'a. Ethan wrzucił kosz.
Mecz skończył się jednak naszą wygraną, co nie zadowoliło Mike;a i Ethana. No, nie dziwię im się. Przegrali z dziewczyną i Cambellem. Och, po raz kolejny będę płakać.
Chris? Krótkie, krótkie, KRÓTKIE ;-;
poniedziałek, 2 marca 2015
Lioneart: Od Pradisell cd. Michael'a
Zabawne, że można iść do szkoły w taki deszcz. Szkoda, że nie pomyślałam o parasolce, ale już nie chciało mi się wracać. Wyrobiłam się idelanie z dzwonkiem, wpadłam do sali i przeczekałam wszystkie nudne lekcje, czasem słuchałam, czaem nie. Większość czasu rozglądałam się po zupełnie nowych dla mnie salach, na przerwach słuchałam. Zabawne ilu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć po prostu słuchając. Pare osób próbowało mnie wciągnąć w "interesującą" powagętkę, ale jakoś nie miałam ochoty. Pisałam, czytałam, spisywałam, recytowałam - dziwny dzień. Zrobiłam potrzebne mi notatki i wyszłam ze szkoły od razu po dzwonku.
Śpieszyłam się niesamowicie, bo przecież mam pracę... Warto czasem coś zarobić, choć ciągnąc od rodziców głupio nie było. Szybkim krokiem maszerowałam chodnikiem, miałam nadzieję skończyć pracę i rozpocząć weekend. Tylko co bym robiła? Zapewne poszła bym do parku, albo na jakieś warsztaty.
A imprezy? Nie do końca mi to pasuje, choć myśląc o nich coraz bardziej miałam na nie ochotę.
Rozmyślenia tak mnie wciągnęły, że uderzające we mnie pytanie, nie było zrozumiałe.
- Co? - spytałam, nie patrząc na rozmówcę, tylko na zegarek.
Zaraz się spóźnię...
Chłopak, jak się okazało, zaśmiał się. No świetnie, czy ja jestem taka zabawna?
- Co cię tak bawi? - prychnęłam. Ee... ogółem jestem miła, ale się śpieszę, czasem się zdarza.
- Czy idziesz na pizzę?
- Z wielką przykrością odmawiam - lekko się uśmiechnęłam, próbując zrekompensować moje poprzednie zachowanie. - Pracuję.
Michael?
Śpieszyłam się niesamowicie, bo przecież mam pracę... Warto czasem coś zarobić, choć ciągnąc od rodziców głupio nie było. Szybkim krokiem maszerowałam chodnikiem, miałam nadzieję skończyć pracę i rozpocząć weekend. Tylko co bym robiła? Zapewne poszła bym do parku, albo na jakieś warsztaty.
A imprezy? Nie do końca mi to pasuje, choć myśląc o nich coraz bardziej miałam na nie ochotę.
Rozmyślenia tak mnie wciągnęły, że uderzające we mnie pytanie, nie było zrozumiałe.
- Co? - spytałam, nie patrząc na rozmówcę, tylko na zegarek.
Zaraz się spóźnię...
Chłopak, jak się okazało, zaśmiał się. No świetnie, czy ja jestem taka zabawna?
- Co cię tak bawi? - prychnęłam. Ee... ogółem jestem miła, ale się śpieszę, czasem się zdarza.
- Czy idziesz na pizzę?
- Z wielką przykrością odmawiam - lekko się uśmiechnęłam, próbując zrekompensować moje poprzednie zachowanie. - Pracuję.
Michael?
niedziela, 1 marca 2015
sobota, 28 lutego 2015
Lioneart: Od Nicole
Po wyciskającym treningu siatkówki, wzięłam szybki prysznic i szybko przebrałam sie w luźne ciuchy. Wrzuciłam korki do mojej cudownej torby, kupionej w oficjalnym sklepie fanów Bayernu. upchnęłam tam też picie, dezodorant i ciuchy na zmianę. Wybierałam sie pograć w piłkę na boisku, w najgorszym wypadku, gdyby chłopaki mieli skład, posiedzieć na ławce i pogapić się na biegających za piłką uczniów. Szybko wypadłam z pokoju, mając nadzieję, że zdążę na wybieranie składów. Zbiegłam po schodach tak szybko jak tylko mogłam, rzucając znajomym niedbałe i niewyraźne "hej" albo "cześć". Kiedy dotarłam na boisko składy właśnie zostały wybrane.
- Choleraaa - mruknęłam niezadowolona. - Może wpuszczą mnie na drugą połowę.
Hałas rozmawiających ze sobą piłkarzy przerwał dźwięk gwizdka, oznaczającego początek meczu. W tym samym momencie wszyscy umilkli i dawało się tylko słyszeć dźwięk kopania piłki.
- Dobrze grają, co? - usłyszałam głos obok mnie.
- Yhym - mruknęłam, wpatrując się w zmagających się z przeciwnikiem chłopaków.
- Interesujesz się piłką? - padło pytanie.
(Ktoś...? Bardzo przepraszam za długość, nawet nie zrzucę tego na wenę... Lenistwo...)
- Choleraaa - mruknęłam niezadowolona. - Może wpuszczą mnie na drugą połowę.
Hałas rozmawiających ze sobą piłkarzy przerwał dźwięk gwizdka, oznaczającego początek meczu. W tym samym momencie wszyscy umilkli i dawało się tylko słyszeć dźwięk kopania piłki.
- Dobrze grają, co? - usłyszałam głos obok mnie.
- Yhym - mruknęłam, wpatrując się w zmagających się z przeciwnikiem chłopaków.
- Interesujesz się piłką? - padło pytanie.
(Ktoś...? Bardzo przepraszam za długość, nawet nie zrzucę tego na wenę... Lenistwo...)
Sun Shine: Od Chrisa cd. Iggy
Przez chwilę milczałem, wpatrując się w jej twarz. Nieco zirytowaną, ale śliczną jak zawsze buźkę. Spoglądała na mnie wyczekująco, a ja uśmiechnąłem się delikatnie.
- No co? Co? Może wyglądam jak dziewczyna... co ja plotę, istna paranoja, oczywiście, że zawsze wyglądałam jak dziewczyna... - Wzięła głęboki oddech. - To, że uważacie, iż wyglądam teraz niewinnie jak kilkudniowe szczenię i słodko niczym ogromny pączek z kremem, nie znaczy, że nie mogę ci przywalić!
- Nie boję się ciebie. - Wyszczerzyłem dwa rządki śnieżnobiałych ząbków.
- Dobra, ale poważnie. Przedtem wyglądałam jak... chłopczyca? Co?
- Nie. Mi się zawsze podobałaś - odparłem spokojnie.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafki, w której trzymam słodycze. Otworzyłem ją na oścież i, ułożywszy wygodnie ręce na biodrach, zlustrowałem wnętrze krytycznym wzrokiem, całkiem jak kobieta przed wieczornym wyjściem, która - jak zwykle - totalnie nie ma co na siebie włożyć. Co by tu sobie zjeść? Było kilka paczek ciastek, parę dobrych batoników i jeszcze jakieś żelki, paczka XXL. Nędza, nędza... Jutro trzeba się będzie wybrać na zakupy.
- Z kawałkami czekolady, orzechów laskowych i rodzynków, czy może Oreo? - zapytałem Iggy, nadal przyglądając się wnikliwie opakowaniom, jakbym oczekiwał, że nagle zaczną migać na nich neonowe napisy "Wybierz mnie!".
- Nie masz nic lepszego? - jęknęła. Droczyła się ze mną ewidentnie. Przewróciłem oczami.
- Może mam, ale chowam je na specjalne okazje. Czytaj: kiedy na horyzoncie nie będzie ani ciebie, ani tej szarańczy Roki.
- Poważnie? Co to takiego?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Właściwie i tak miałem zamiar uzupełnić zapasy, a niedobór glukozy osiągał stan krytyczny. Sięgnąłem w sam głąb szafki, za puste opakowania i stosy papierków.
- Świeżutkie kajmakowe babeczki - oznajmiłem, wracając na łóżko z kartonikiem opatrzonym logo pobliskiej cukierni.
- Świeżutkie powiadasz? W twoim pokoju coś może być świeże? Nawet jeśli przez chwilę na takie wygląda, to szybko przesiąknie promieniowaniem wysyłanym przez twoje niezwykle radioaktywne koszykarskie skarpety.
- Nooo ok... Może nie są tak całkowicie świeże. To chcesz je czy nie? - zapytałem, siadając obok. - Mogę zjeść je sobie sam.
- Mowa! Oczywiście, że chcę!
Dziewczyna wyrwała mi z ręki pudełko i uchyliła wieczko. Znajdowało się tam piętnaście zgrabnych babeczek z kajmakową masą, przystrojonych czekoladową posypką, całymi laskowymi orzechami i odlanymi z gorzkiej czekolady sowami wetkniętymi w krem.
- O proszę, jakie skarby ukrywa przed swą drogą przyjaciółką! - żachnęła się. Natychmiast zabrała się za ciastka, jak opasły goryl, którego głodzono przez miesiąc, a następnie ofiarowano mu skrzynkę bananów.
- Ej, może mi coś zostawisz? - zaśmiałem się.
- Jesteś bogaty, kupisz sobie nowe. - Wzruszyła ramionami, biorąc w dłoń kolejny smakołyk. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Taka słodziutka, niewinna dziewczynka, a tyle może zjeść. - Udało mi się ocalić przed jej siejącymi zagładę szczękami jedną babeczkę. Spałaszowałem ją, delektując się, gdyż podejrzewałem, że to pierwsze i ostatnie ciastko, które Iggy pozwoli mi skonsumować.
- NIE JESTEM słodka i niewinna - warknęła, posyłając mi spojrzenie wściekłego american terriera. - Nie jestem jak te wszystkie pindzie, Cambell. Zapamiętaj.
- Okej, okej. - Uniosłem ręce. - Jesteś buntowniczką, jesteś zła, a pfe, niedobra.
Naszą wymianę zdań, być może na szczęście, przerwało pukanie, żeby nie powiedzieć uderzanie, w moje drzwi. Usłyszeliśmy cichy jęk naciskanej klamki, nim w ogóle zaprosiłem tajemniczego gościa do środka. Tak... Nie ma to jak kultura osobista.
- Joł, Chris, lecimy pograć w kosza? Uuu... a co to za lalunia? - Do mojego pokoju wparadował Mike i stanął jak wryty. Ethan zatrzymał się zaraz za nim.
- To ja, głąby! Iggy! - warknęła dziewczyna ze zniecierpliwieniem, odwracając się w ich stronę. Michael zagwizdał z uznaniem.
- No, no... To dobrze, że to tylko ty - powiedział.
- Wiesz, już myśleliśmy, że Chris zdradza biedną Kat - dopowiedział Ethan. - Wtedy niestety musielibyśmy...
- ...powiedzieć jej wszystko - dokończyli chórem.
- To lecimy? - spytał Monroe.
- Nie chcę rujnować wam wielkich planów - odezwała się Iggele, sięgając do kartonu - ale leje jak z cebra.
- Sherry obiecał nas wpuścić na dużą halę - oznajmił Mike.
- Na dużą? Trzy osoby? Po co? - Iggy spojrzała na nas zdziwiona.
- Dla swagu!
Ślicznotka przewróciła oczami. Widać było jednak, że powstrzymuje uśmiech. Lubi mnie. Na sto procent mnie lubi. Bo kto nie lubi?
- To co, śliczna? Widzimy się później? - odwróciłem się do niej, szukając już w stercie wszystkiego butów do koszykówki i krótkich spodenek.
Iggy? :3
- No co? Co? Może wyglądam jak dziewczyna... co ja plotę, istna paranoja, oczywiście, że zawsze wyglądałam jak dziewczyna... - Wzięła głęboki oddech. - To, że uważacie, iż wyglądam teraz niewinnie jak kilkudniowe szczenię i słodko niczym ogromny pączek z kremem, nie znaczy, że nie mogę ci przywalić!
- Nie boję się ciebie. - Wyszczerzyłem dwa rządki śnieżnobiałych ząbków.
- Dobra, ale poważnie. Przedtem wyglądałam jak... chłopczyca? Co?
- Nie. Mi się zawsze podobałaś - odparłem spokojnie.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafki, w której trzymam słodycze. Otworzyłem ją na oścież i, ułożywszy wygodnie ręce na biodrach, zlustrowałem wnętrze krytycznym wzrokiem, całkiem jak kobieta przed wieczornym wyjściem, która - jak zwykle - totalnie nie ma co na siebie włożyć. Co by tu sobie zjeść? Było kilka paczek ciastek, parę dobrych batoników i jeszcze jakieś żelki, paczka XXL. Nędza, nędza... Jutro trzeba się będzie wybrać na zakupy.
- Z kawałkami czekolady, orzechów laskowych i rodzynków, czy może Oreo? - zapytałem Iggy, nadal przyglądając się wnikliwie opakowaniom, jakbym oczekiwał, że nagle zaczną migać na nich neonowe napisy "Wybierz mnie!".
- Nie masz nic lepszego? - jęknęła. Droczyła się ze mną ewidentnie. Przewróciłem oczami.
- Może mam, ale chowam je na specjalne okazje. Czytaj: kiedy na horyzoncie nie będzie ani ciebie, ani tej szarańczy Roki.
- Poważnie? Co to takiego?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Właściwie i tak miałem zamiar uzupełnić zapasy, a niedobór glukozy osiągał stan krytyczny. Sięgnąłem w sam głąb szafki, za puste opakowania i stosy papierków.
- Świeżutkie kajmakowe babeczki - oznajmiłem, wracając na łóżko z kartonikiem opatrzonym logo pobliskiej cukierni.
- Świeżutkie powiadasz? W twoim pokoju coś może być świeże? Nawet jeśli przez chwilę na takie wygląda, to szybko przesiąknie promieniowaniem wysyłanym przez twoje niezwykle radioaktywne koszykarskie skarpety.
- Nooo ok... Może nie są tak całkowicie świeże. To chcesz je czy nie? - zapytałem, siadając obok. - Mogę zjeść je sobie sam.
- Mowa! Oczywiście, że chcę!
Dziewczyna wyrwała mi z ręki pudełko i uchyliła wieczko. Znajdowało się tam piętnaście zgrabnych babeczek z kajmakową masą, przystrojonych czekoladową posypką, całymi laskowymi orzechami i odlanymi z gorzkiej czekolady sowami wetkniętymi w krem.
- O proszę, jakie skarby ukrywa przed swą drogą przyjaciółką! - żachnęła się. Natychmiast zabrała się za ciastka, jak opasły goryl, którego głodzono przez miesiąc, a następnie ofiarowano mu skrzynkę bananów.
- Ej, może mi coś zostawisz? - zaśmiałem się.
- Jesteś bogaty, kupisz sobie nowe. - Wzruszyła ramionami, biorąc w dłoń kolejny smakołyk. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Taka słodziutka, niewinna dziewczynka, a tyle może zjeść. - Udało mi się ocalić przed jej siejącymi zagładę szczękami jedną babeczkę. Spałaszowałem ją, delektując się, gdyż podejrzewałem, że to pierwsze i ostatnie ciastko, które Iggy pozwoli mi skonsumować.
- NIE JESTEM słodka i niewinna - warknęła, posyłając mi spojrzenie wściekłego american terriera. - Nie jestem jak te wszystkie pindzie, Cambell. Zapamiętaj.
- Okej, okej. - Uniosłem ręce. - Jesteś buntowniczką, jesteś zła, a pfe, niedobra.
Naszą wymianę zdań, być może na szczęście, przerwało pukanie, żeby nie powiedzieć uderzanie, w moje drzwi. Usłyszeliśmy cichy jęk naciskanej klamki, nim w ogóle zaprosiłem tajemniczego gościa do środka. Tak... Nie ma to jak kultura osobista.
- Joł, Chris, lecimy pograć w kosza? Uuu... a co to za lalunia? - Do mojego pokoju wparadował Mike i stanął jak wryty. Ethan zatrzymał się zaraz za nim.
- To ja, głąby! Iggy! - warknęła dziewczyna ze zniecierpliwieniem, odwracając się w ich stronę. Michael zagwizdał z uznaniem.
- No, no... To dobrze, że to tylko ty - powiedział.
- Wiesz, już myśleliśmy, że Chris zdradza biedną Kat - dopowiedział Ethan. - Wtedy niestety musielibyśmy...
- ...powiedzieć jej wszystko - dokończyli chórem.
- To lecimy? - spytał Monroe.
- Nie chcę rujnować wam wielkich planów - odezwała się Iggele, sięgając do kartonu - ale leje jak z cebra.
- Sherry obiecał nas wpuścić na dużą halę - oznajmił Mike.
- Na dużą? Trzy osoby? Po co? - Iggy spojrzała na nas zdziwiona.
- Dla swagu!
Ślicznotka przewróciła oczami. Widać było jednak, że powstrzymuje uśmiech. Lubi mnie. Na sto procent mnie lubi. Bo kto nie lubi?
- To co, śliczna? Widzimy się później? - odwróciłem się do niej, szukając już w stercie wszystkiego butów do koszykówki i krótkich spodenek.
Iggy? :3
piątek, 27 lutego 2015
Wolfind: Od Michael'a
Biegłem spóźniony do szkoły, pośpieszał mnie nieprzyjemny deszcz i świadomość, że zaczęła się lekcja angielskiego. Jednak fakt, że po niej były dwie matematyki, nie pocieszał mnie. Coraz szybciej, zręcznie omijając wystające kamienie i nierówności biegłem ku budynkowi szkoły. Byłem już cały przemoczony. Mogłem jednak zapiąć kurtkę, a teraz czułem, że mam już mokrą nawet bieliznę. Nie ma to jak spóźniać się codziennie, już od pierwszego tygodnia szkoły. Na szczęście ten tydzień już się kończył.
Kiedy wpadłem zdyszany do klasy, nauczycielka chciała zabić mnie wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Powoli usiadłem na jedyne wolne miejsce. Dostrzegłem kilku nowych uczniów, ale i znane twarze. Ethan klepnął mnie w plecy.
- Dzisiaj trening, stary! - wytarł rękę o spodnie. - Jesteś mokry...
Wypakowałem książki.
- Przecież wiem. Nie widziałeś jak leje?
Chłopak spojrzał przez okno i pokiwał głową. Później uciszyła nas nauczycielka.
***
Po lekcjach wyszedłem na dwór i usiadłem na ławce. Była mokra, więc usiadłem na kurtce. Na szczęście już nie padało. Trzeba w pełni nacieszyć się weekendem. Trzeba wyciągnąć kogoś na pizzę. Ok, pierwszy znajomy, który przejdzie obok mnie...
- Hej, dasz się zaprosić na pizzę? - zawołałem.
Ojej, brzmiało jak tani podryw.
Ktoś? Przepraszam, że nudne i bez sensu, obiecuję poprawę.
Kiedy wpadłem zdyszany do klasy, nauczycielka chciała zabić mnie wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Powoli usiadłem na jedyne wolne miejsce. Dostrzegłem kilku nowych uczniów, ale i znane twarze. Ethan klepnął mnie w plecy.
- Dzisiaj trening, stary! - wytarł rękę o spodnie. - Jesteś mokry...
Wypakowałem książki.
- Przecież wiem. Nie widziałeś jak leje?
Chłopak spojrzał przez okno i pokiwał głową. Później uciszyła nas nauczycielka.
***
Po lekcjach wyszedłem na dwór i usiadłem na ławce. Była mokra, więc usiadłem na kurtce. Na szczęście już nie padało. Trzeba w pełni nacieszyć się weekendem. Trzeba wyciągnąć kogoś na pizzę. Ok, pierwszy znajomy, który przejdzie obok mnie...
- Hej, dasz się zaprosić na pizzę? - zawołałem.
Ojej, brzmiało jak tani podryw.
Ktoś? Przepraszam, że nudne i bez sensu, obiecuję poprawę.
Uwaga
Witajcie!
Przejrzałam wszystkie moje "uwagi" i załamałam się ilością rzeczy, które miałam tu zrobić, a nie zrobiłam. Trudno.
Generalnie coś mnie tknęło, żeby sprawdzić stan naszej reprezentacji. Mamy wolną pozycję w drużynie siatkówki (co się rzadko zdarza i pewnie zaraz ktoś wskoczy w lukę) i dwie w drużynie koszykówki (to akurat żadna nowość). Kiedy będziemy mieć pełne składy, pomyślę, jak zorganizować zawody (międzyszkolne, rejonowe, stanowe, a potem nawet krajowe), by było ciekawie, niebanalnie i jeszcze jakieś punkty się nazbierały.
Mamy w szkole dużo dziewcząt, które ewidentnie nie mają co robić, toteż nareszcie rusza drużyna cheerleaderek. Mogą należeć do niej dziewczęta z każdego profilu i klasy, które nie są w drużynie siatkówki. Powód jest prosty - czas. Jeżeli drużyna ma zdobywać puchary, a cheerleaderki skutecznie dopingować, muszą poświęcać wolne chwile na treningi. Często ich godziny mogą ze sobą kolidować, dlatego albo to, albo to.
Teraz dwie rzeczy, które nie wiem, czy zauważyliście. Po pierwsze nie jest już obowiązkowe posiadanie pracy, więc jeśli ktoś chce zrezygnować, niech da znać. Po drugie dodałam coś ciekawego do zakładki zadania. Można przejrzeć, zrobić... Czy coś.
Dużo rzeczy muszę jeszcze ogarnąć, miałam tyle rzeczy zrobić, a nie zrobiłam nic. Może jakaś szkolna kapela, może fakultety, może... coś jeszcze innego. Piszcie w komentarzach, co byście tu widzieli, a ja idę uaktualniać zakładkę "Tereny" żeby zdążyć przed koncertem. Może wkrótce poproszę was o aktualizację formularzy, gdyż je też zmienię. Tymczasem lecę dalej.
Przejrzałam wszystkie moje "uwagi" i załamałam się ilością rzeczy, które miałam tu zrobić, a nie zrobiłam. Trudno.
Generalnie coś mnie tknęło, żeby sprawdzić stan naszej reprezentacji. Mamy wolną pozycję w drużynie siatkówki (co się rzadko zdarza i pewnie zaraz ktoś wskoczy w lukę) i dwie w drużynie koszykówki (to akurat żadna nowość). Kiedy będziemy mieć pełne składy, pomyślę, jak zorganizować zawody (międzyszkolne, rejonowe, stanowe, a potem nawet krajowe), by było ciekawie, niebanalnie i jeszcze jakieś punkty się nazbierały.
Mamy w szkole dużo dziewcząt, które ewidentnie nie mają co robić, toteż nareszcie rusza drużyna cheerleaderek. Mogą należeć do niej dziewczęta z każdego profilu i klasy, które nie są w drużynie siatkówki. Powód jest prosty - czas. Jeżeli drużyna ma zdobywać puchary, a cheerleaderki skutecznie dopingować, muszą poświęcać wolne chwile na treningi. Często ich godziny mogą ze sobą kolidować, dlatego albo to, albo to.
Teraz dwie rzeczy, które nie wiem, czy zauważyliście. Po pierwsze nie jest już obowiązkowe posiadanie pracy, więc jeśli ktoś chce zrezygnować, niech da znać. Po drugie dodałam coś ciekawego do zakładki zadania. Można przejrzeć, zrobić... Czy coś.
Dużo rzeczy muszę jeszcze ogarnąć, miałam tyle rzeczy zrobić, a nie zrobiłam nic. Może jakaś szkolna kapela, może fakultety, może... coś jeszcze innego. Piszcie w komentarzach, co byście tu widzieli, a ja idę uaktualniać zakładkę "Tereny" żeby zdążyć przed koncertem. Może wkrótce poproszę was o aktualizację formularzy, gdyż je też zmienię. Tymczasem lecę dalej.
Liv.
czwartek, 26 lutego 2015
Wolfind: od Iggy do Chris'a
Zimowy deszcz zacinał i nieprzyjemnie mroził czubki palców. Ale, cóż, gdy nie wyznaje się noszenia rękawiczek. Powinnam chyba to jednak rozważyć, biorąc pod uwagę poziom ich zmrożenia i odcień fioletu, w jakim były.
Zmierzałam właśnie do fryzjera, żeby zmienić kolor włosów, ponieważ żadne zimowe ubrania nie pasowały do obecnej krwistej czerwieni, jaką nosiłam, a nie będę raczej kupować ekstra drogich czerwonych botków za pensję pomocnicy w salonie fryzjerskim. Poza tym miałam odrosty, spod czerwieni wystawał oryginalny mój kolor, czyli niebyt ciekawy, według mnie przynajmniej, brąz. Wyglądało to jak jakieś żałosne ombre, bo moje wcześniejsze kolory (fiolet, błękit, blond i róż) dawno zniknęły z powierzchni włosów. A właśnie, może by tak ombre. Albo jakiś fajny rudy. Albo ponętna, krucza czerń. No nic, ewentualnie Rebecka mi coś doradzi.
Weszłam do ciepłego wnętrza zakładu fryzjerskiego. Moja szefowa akurat nie miała klientów i czytała gazetę.
-Ach. Iggy, to ty.-uśmiechnęła się.-Widzę na twej głowie fatalne odrosty i wnioskuję, iż chcesz się ich pozbyć. Jaki kolorek?
-Właśnie nie wiem, doradź coś.
-Hm... na tę pogodę i do tego typu ubrań zalecałabym coś ciemnego. Czerń lub brąz. Do tego fale lub loki.
-OK, zaufam twojemu gustowi.
Siadłam na fotelu, zacisnęłam oczy i pozwoliłam sztuce dochodzić do głosu.
Kiedy Rebecka pozwoliła mi otworzyć oczy, myślałam, że padnę trupem.
Zaczęłam piszczeć. No wiem, no wiem, nie w moim stylu, ale jeśli chodzi o włosy, uruchamiają się we mnie te dzikie, kobiece instynkty. Mniej więcej te same, które posiadają te solarki, które tak licznie oblegają naszą zacną akademię.
-Widzisz, bez tych zwariowanych kolorów wyglądasz jak zwykła, ładna dziewczyna.
-Przecież to mój naturalny kolor, nie żadna farba!-wydarłam się.
-OK, przyznam się bez bicia. Nie nakładałam ci farby, tylko swego rodzaju zmywacz, który kosztował mnie majątek, ale efekt jest bardzo ładny. Bez tych wszystkich farb już nie masz włosów jak siano.
Dotknęłam dłonią wijących się pukli. Faktycznie, były aksamitne, nie drapiące i niemiłe w dotyku. Przeczesałam je palcami.
-Rzeczywiście są bardzo miłe...
-I nie razisz jak odblask na kilometr.-stwierdziła trzeźwo Rebecka.-Wyglądasz bardzo delikatnie, jak... dziewczyna.
-A co to miało właściwie oznaczać!?-poderwałam się z miejsca i stanęłam naprzeciw kobiety-Że niby z inną fryzurą nie wyglądam jak dziewczyna!?
-Nie, nie to miałam na myśli... Iggy, zrozum, jesteś wspaniała, tylko sobie wmawiasz, że jesteś buntowniczką. Pamiętasz, jak wybroniłaś się w sądzie? Ja bym nie wpadła na takie argumenty. Jesteś świetną dziewczyną, a w tej farbie wyglądasz jak dziewucha. Chciałam, żeby to, co masz w środku zobaczyli ludzie. Nie jestem ślepa, Iggy. Widzę, jak cmokają z niezadowoleniem, jak idziesz taka, w dresie, z czerwonymi włosami, ze słuchawkami w uszach. Teraz jesteś prześliczna.
Odebrało mi mowę.
-Ty nie wiesz, jaka ja jestem. I nie obchodzi mnie opinia innych ludzi.
W biegu chwyciłam płaszcz i wybiegłam z salony. Próbowała mnie wołać, ale jej nie słuchałam. Najgorsze było dla mnie właśnie to, że się z nią zgadzałam. Bardzo się sobie podobałam w tym brązie, a w odbiciach sklepowych witryn, tylko się o tym przekonywałam. Zwłaszcza, że na zimę nie nosiłam gorącej kurtki, tylko płaszczyk nad kolana i botki. I w brązie wyglądałam znacznie gustowniej i bardziej dziewczęco, niż z tą czerwienią. Warknęłam sama na siebie i szybkim krokiem poszłam w stronę do akademików. Nie do Wolfind jednak, a do Sun Shine, na piętro męskie. Wparowałam do pokoju z numerem 69(przypadek, że tam mieszka akurat on? Nie sądzę) i urządziłam dziką awanturę:
-Co ona sobie myśli!? Jak dziewucha!? żart i satyra!
-Ekhm... czy mógłbym poznać twoje imię i powód, dla którego wstępujesz bezwstydnie do mojego pokoju i robisz w nim raban?-zapytał mój przyjaciel Chris, przeglądający smartfon, leżąc na łóżku.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie poznaje mnie!?
-Stary, ty tak na serio? Poważnie, nie poznajesz mnie?
-Ee...-nagle otworzył szerzej oczy-IGGY!? Wow... pewnie mi nie uwierzysz, ale w brązie wyglądasz jak dziewczyna... Wow.
-Kolejny!?-wykrzyknęłam poirytowanym tonem-Poważnie, przed zmianą koloru wyglądałam jak facet!?
-Nie, ale też... nie jak dziewczyna.
Wybudził się z pierwszego szoku i ponownie był tym złośliwym, zboczonym, podrywaczem Christopherem Cambellem.
Prychnęłam z dezaprobatą i siadłam ciężko obok niego. Nie zdejmując butów, wciągnęłam nogi na materac.
-Ej, podziurawisz tymi szpilami.-powiedział z pretensją w głosie.
-Na pewno i tak jest już dziurawy od twoich wygazowań.
-Pff... wyglądasz jak dziewczyna, ale jak dziewczyna się nie zachowujesz.-udał nadąsanego, co jednak mu kiepsko szło(profil aktorski, ta?). Odetchnęłam śmierdzącym powietrzem chłopięcej sypialni.
-Sprzątasz tu w ogóle? Założę się, że gdybym poszukała w tym bajzlu znalazłabym mandarynki z zeszłych świąt.
-Wolę określenie feng shui.
Parsknęłam śmiechem, po czym spytałam, już poważnie:
-Serio przed usunięciem farby nie wyglądałam jak dziewczyna?
-Masz szesnaście lat i kompleksy odnośnie wyglądu, opowiedz mi o tym.
-Ej, ja pytam poważnie. Czy z farbą wyglądałam nie-dziewczęco?
-Zara, zara, zara, to to nie jest farba!?-zdziwił się.
-Nie, to mój naturalny kolor. Rebecka zmyła wszystkie farby, bez mojej zgody.
-Wow.
-Odpowiesz mi na pytanie, Cambell, czy nie?-spytałam rozdrażniona. Ależ on elokwentny... wowowowowowow, jak jakiś pie*rzony pieseł.
Chris? :)
Zmierzałam właśnie do fryzjera, żeby zmienić kolor włosów, ponieważ żadne zimowe ubrania nie pasowały do obecnej krwistej czerwieni, jaką nosiłam, a nie będę raczej kupować ekstra drogich czerwonych botków za pensję pomocnicy w salonie fryzjerskim. Poza tym miałam odrosty, spod czerwieni wystawał oryginalny mój kolor, czyli niebyt ciekawy, według mnie przynajmniej, brąz. Wyglądało to jak jakieś żałosne ombre, bo moje wcześniejsze kolory (fiolet, błękit, blond i róż) dawno zniknęły z powierzchni włosów. A właśnie, może by tak ombre. Albo jakiś fajny rudy. Albo ponętna, krucza czerń. No nic, ewentualnie Rebecka mi coś doradzi.
Weszłam do ciepłego wnętrza zakładu fryzjerskiego. Moja szefowa akurat nie miała klientów i czytała gazetę.
-Ach. Iggy, to ty.-uśmiechnęła się.-Widzę na twej głowie fatalne odrosty i wnioskuję, iż chcesz się ich pozbyć. Jaki kolorek?
-Właśnie nie wiem, doradź coś.
-Hm... na tę pogodę i do tego typu ubrań zalecałabym coś ciemnego. Czerń lub brąz. Do tego fale lub loki.
-OK, zaufam twojemu gustowi.
Siadłam na fotelu, zacisnęłam oczy i pozwoliłam sztuce dochodzić do głosu.
Kiedy Rebecka pozwoliła mi otworzyć oczy, myślałam, że padnę trupem.
Zaczęłam piszczeć. No wiem, no wiem, nie w moim stylu, ale jeśli chodzi o włosy, uruchamiają się we mnie te dzikie, kobiece instynkty. Mniej więcej te same, które posiadają te solarki, które tak licznie oblegają naszą zacną akademię.
-Widzisz, bez tych zwariowanych kolorów wyglądasz jak zwykła, ładna dziewczyna.
-Przecież to mój naturalny kolor, nie żadna farba!-wydarłam się.
-OK, przyznam się bez bicia. Nie nakładałam ci farby, tylko swego rodzaju zmywacz, który kosztował mnie majątek, ale efekt jest bardzo ładny. Bez tych wszystkich farb już nie masz włosów jak siano.
Dotknęłam dłonią wijących się pukli. Faktycznie, były aksamitne, nie drapiące i niemiłe w dotyku. Przeczesałam je palcami.
-Rzeczywiście są bardzo miłe...
-I nie razisz jak odblask na kilometr.-stwierdziła trzeźwo Rebecka.-Wyglądasz bardzo delikatnie, jak... dziewczyna.
-A co to miało właściwie oznaczać!?-poderwałam się z miejsca i stanęłam naprzeciw kobiety-Że niby z inną fryzurą nie wyglądam jak dziewczyna!?
-Nie, nie to miałam na myśli... Iggy, zrozum, jesteś wspaniała, tylko sobie wmawiasz, że jesteś buntowniczką. Pamiętasz, jak wybroniłaś się w sądzie? Ja bym nie wpadła na takie argumenty. Jesteś świetną dziewczyną, a w tej farbie wyglądasz jak dziewucha. Chciałam, żeby to, co masz w środku zobaczyli ludzie. Nie jestem ślepa, Iggy. Widzę, jak cmokają z niezadowoleniem, jak idziesz taka, w dresie, z czerwonymi włosami, ze słuchawkami w uszach. Teraz jesteś prześliczna.
Odebrało mi mowę.
-Ty nie wiesz, jaka ja jestem. I nie obchodzi mnie opinia innych ludzi.
W biegu chwyciłam płaszcz i wybiegłam z salony. Próbowała mnie wołać, ale jej nie słuchałam. Najgorsze było dla mnie właśnie to, że się z nią zgadzałam. Bardzo się sobie podobałam w tym brązie, a w odbiciach sklepowych witryn, tylko się o tym przekonywałam. Zwłaszcza, że na zimę nie nosiłam gorącej kurtki, tylko płaszczyk nad kolana i botki. I w brązie wyglądałam znacznie gustowniej i bardziej dziewczęco, niż z tą czerwienią. Warknęłam sama na siebie i szybkim krokiem poszłam w stronę do akademików. Nie do Wolfind jednak, a do Sun Shine, na piętro męskie. Wparowałam do pokoju z numerem 69(przypadek, że tam mieszka akurat on? Nie sądzę) i urządziłam dziką awanturę:
-Co ona sobie myśli!? Jak dziewucha!? żart i satyra!
-Ekhm... czy mógłbym poznać twoje imię i powód, dla którego wstępujesz bezwstydnie do mojego pokoju i robisz w nim raban?-zapytał mój przyjaciel Chris, przeglądający smartfon, leżąc na łóżku.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie poznaje mnie!?
-Stary, ty tak na serio? Poważnie, nie poznajesz mnie?
-Ee...-nagle otworzył szerzej oczy-IGGY!? Wow... pewnie mi nie uwierzysz, ale w brązie wyglądasz jak dziewczyna... Wow.
-Kolejny!?-wykrzyknęłam poirytowanym tonem-Poważnie, przed zmianą koloru wyglądałam jak facet!?
-Nie, ale też... nie jak dziewczyna.
Wybudził się z pierwszego szoku i ponownie był tym złośliwym, zboczonym, podrywaczem Christopherem Cambellem.
Prychnęłam z dezaprobatą i siadłam ciężko obok niego. Nie zdejmując butów, wciągnęłam nogi na materac.
-Ej, podziurawisz tymi szpilami.-powiedział z pretensją w głosie.
-Na pewno i tak jest już dziurawy od twoich wygazowań.
-Pff... wyglądasz jak dziewczyna, ale jak dziewczyna się nie zachowujesz.-udał nadąsanego, co jednak mu kiepsko szło(profil aktorski, ta?). Odetchnęłam śmierdzącym powietrzem chłopięcej sypialni.
-Sprzątasz tu w ogóle? Założę się, że gdybym poszukała w tym bajzlu znalazłabym mandarynki z zeszłych świąt.
-Wolę określenie feng shui.
Parsknęłam śmiechem, po czym spytałam, już poważnie:
-Serio przed usunięciem farby nie wyglądałam jak dziewczyna?
-Masz szesnaście lat i kompleksy odnośnie wyglądu, opowiedz mi o tym.
-Ej, ja pytam poważnie. Czy z farbą wyglądałam nie-dziewczęco?
-Zara, zara, zara, to to nie jest farba!?-zdziwił się.
-Nie, to mój naturalny kolor. Rebecka zmyła wszystkie farby, bez mojej zgody.
-Wow.
-Odpowiesz mi na pytanie, Cambell, czy nie?-spytałam rozdrażniona. Ależ on elokwentny... wowowowowowow, jak jakiś pie*rzony pieseł.
Chris? :)
Wolfind: Od Amberly CD Hiro
Rzuciłam dziewczynie krytyczne spojrzenie zaczynając od głowy, kończąc na butach... Kurde. Spojrzałam na swoje znoszone baleriny. Może wydawać się to dziwne, ale ubolewałam nad tym, że dziewczyna prezentuje się lepiej ode mnie.
- Amberly - oznajmiłam starając się brzmieć wyniośle. Byłam dumna ze swojego imienia. Brzmiało wręcz... Królewsko. Choć nie byłam pewna czy nie uważam tak, ponieważ mam dość wysoką samoocenę. - A ty?
- Hiro - przedstawiła się.
Wtedy dotarło do mnie, że stoję na środku ulicy z czerwoną plamą na brzuchu i to jeszcze w towarzystwie niebieskowłosej dziewczyny.
- Muszę już iść - rzuciłam i ruszyłam w stronę szkoły starając się zakryć jak największą część plamy.
- Y... Potrzebujesz pomocy? - zapytała Hiro niepewnie starając się nadążyć za mną. Teraz się cieszyłam, że zamieniłam czarne szpilki na wygodne baleriny.
- Nie - warknęłam.
Dziewczyna westchnęła i najwyraźniej uznała, że nie ma sensu mnie gonić, bo stukot obcasów ucichł.
Wparowałam do swojego pokoju i natychmiast się przebrałam. Czerwona plama na jasnoniebieskim podkoszulku. To chyba nie ma prawa zejść. Wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam koszulkę.
Położyłam się na łóżku i wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer do Celeste.
~Halo? Amberly? Co u ciebie? - na głos przyjaciółki uśmiechnęłam się szeroko.
- Cześć, Cel. Masakra. Byłam dzisiaj na mieście. Sklepy są świetne i w ogóle, ale oczywiście jakaś nieogarnięta laska musiała we mnie wejść ze swoim wściekle czerwonym napojem...
Usłyszałam westchnięcie.
~Nie gadaj...
- Bluzkę szlag trafił...
~Jejku, przepraszam cię strasznie, Amberly, ale...
I tutaj się rozłączyła. No tak. Mogłam się tego spodziewać. Celeste jest bardzo popularną dziewczyną w szkole. Kiedy wyjechałam prawdopodobnie nie miała problemu, żeby znaleźć nową przyjaciółkę. To bolało. Tak, mnie to bolało. Byłam z nią bardzo związana. Wszystko robiłyśmy razem. A teraz... Spojrzałam na zegarek. Kolacja za pięć minut. Zwlekłam się z łóżka. Nawet nie byłam głodna ale kto wie... Może tu mają takie zasady, że trzeba stawiać się na śniadanie, obiad i kolację. Co jak co, ale nie chciałabym podpaść nauczycielom w pierwszym dniu mojego pobytu tutaj. Pewnym krokiem weszłam na stołówkę. Podeszłam po jedzenie, po czym rozpoczęłam poszukiwania stolika. O dziwo - znalazł się jeden. No... Prawie wolny. Siedziała przy nim moja znajoma - Hiro. Rozglądnęłam się, ale nie zobaczyłam w pobliżu żadnego wolnego miejsca. Wolnym krokiem ruszyłam więc w stronę stolika.
- Hej - mruknęłam.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie wyraźnie zaskoczona.
- Cześć...? - odpowiedziała niepewnie.
Westchnęłam.
- Można się dosiąść? - zapytałam... Nie powiem, że uprzejmie.
Hiro? Stworzyłam plastikowego potwora. Jak ci się podoba? xd
- Amberly - oznajmiłam starając się brzmieć wyniośle. Byłam dumna ze swojego imienia. Brzmiało wręcz... Królewsko. Choć nie byłam pewna czy nie uważam tak, ponieważ mam dość wysoką samoocenę. - A ty?
- Hiro - przedstawiła się.
Wtedy dotarło do mnie, że stoję na środku ulicy z czerwoną plamą na brzuchu i to jeszcze w towarzystwie niebieskowłosej dziewczyny.
- Muszę już iść - rzuciłam i ruszyłam w stronę szkoły starając się zakryć jak największą część plamy.
- Y... Potrzebujesz pomocy? - zapytała Hiro niepewnie starając się nadążyć za mną. Teraz się cieszyłam, że zamieniłam czarne szpilki na wygodne baleriny.
- Nie - warknęłam.
Dziewczyna westchnęła i najwyraźniej uznała, że nie ma sensu mnie gonić, bo stukot obcasów ucichł.
Wparowałam do swojego pokoju i natychmiast się przebrałam. Czerwona plama na jasnoniebieskim podkoszulku. To chyba nie ma prawa zejść. Wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam koszulkę.
Położyłam się na łóżku i wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer do Celeste.
~Halo? Amberly? Co u ciebie? - na głos przyjaciółki uśmiechnęłam się szeroko.
- Cześć, Cel. Masakra. Byłam dzisiaj na mieście. Sklepy są świetne i w ogóle, ale oczywiście jakaś nieogarnięta laska musiała we mnie wejść ze swoim wściekle czerwonym napojem...
Usłyszałam westchnięcie.
~Nie gadaj...
- Bluzkę szlag trafił...
~Jejku, przepraszam cię strasznie, Amberly, ale...
I tutaj się rozłączyła. No tak. Mogłam się tego spodziewać. Celeste jest bardzo popularną dziewczyną w szkole. Kiedy wyjechałam prawdopodobnie nie miała problemu, żeby znaleźć nową przyjaciółkę. To bolało. Tak, mnie to bolało. Byłam z nią bardzo związana. Wszystko robiłyśmy razem. A teraz... Spojrzałam na zegarek. Kolacja za pięć minut. Zwlekłam się z łóżka. Nawet nie byłam głodna ale kto wie... Może tu mają takie zasady, że trzeba stawiać się na śniadanie, obiad i kolację. Co jak co, ale nie chciałabym podpaść nauczycielom w pierwszym dniu mojego pobytu tutaj. Pewnym krokiem weszłam na stołówkę. Podeszłam po jedzenie, po czym rozpoczęłam poszukiwania stolika. O dziwo - znalazł się jeden. No... Prawie wolny. Siedziała przy nim moja znajoma - Hiro. Rozglądnęłam się, ale nie zobaczyłam w pobliżu żadnego wolnego miejsca. Wolnym krokiem ruszyłam więc w stronę stolika.
- Hej - mruknęłam.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie wyraźnie zaskoczona.
- Cześć...? - odpowiedziała niepewnie.
Westchnęłam.
- Można się dosiąść? - zapytałam... Nie powiem, że uprzejmie.
Hiro? Stworzyłam plastikowego potwora. Jak ci się podoba? xd
wtorek, 24 lutego 2015
Clevouse: Od Hiro cd. Amberly
Grudzień w LA to chyba najbardziej BAKA* ze wszystkich miesięcy. Gdy w Japonii pada śnieg ludzie szykują się do świąt, szukając prezentów,a tu jak na zrządzenie losu pada co? DESZCZ! Widoki-szare i ponure. Ludzie- spieszący się i uciekający przed deszczem. Nawet zwierzęta pouciekały- nie że jestem ich fanką, ale jako artysta muszę mieć jakiś pierwowzór.
najchętniej nie wychodziła bym z domu, ale praca to praca, trzeba chodzić, co prawda rano sama miałam dylemat czy zakładać płaszcz przeciwdeszczowy czy też nie. Jednak się nie zdecydowałam na ni, ostatecznie ubrałam się w to
Jak zwykle w salonie, kilka naprawdę niezdecydowanych klientek, masa dziwnych spojrzeń na mnie. Co ja jestem?! ATRAKCJA TURYSTYCZNA. Nigdy nie widzieli farbowanych włosów? No naprawdę ubieram się normalnie! Oni nie wiedzą co się dzieje w Japonii, tam to dopiero jest dziwnie. Moja zmiana minęła, więc w powolnym tempie włóczyłam się po deszczu, jak zagubiona owca. Po drodze wstąpiłam jeszcze do Starbucksa, by zamówić Raspberry Blended Juice Drink, co ostatnio się stało moim nawykiem. Nie wiem czemu ale bardzo mi smakuje. Sączyła sobie nie zważając na nikogo, skupiona na swoich myślach. No i jak na mój pech wpadłam na dziewczynę rozlewając trochę napoju na jej ubranie.
- Po*ebało cię?! - dziewczyna na którą wpadłam, tak jak ja po mimo deszczowej pogody nie zamierzała chodzić z parasolką czy płaszczem, chroniącym swoje ubranie przed deszczem. dziewczyna nie zwracała uwagi na moją osobę, co nie przeszkadzało mi w pewnym stopniu bo mogłam skupić się na jej rysach, kształtach i wszystkim innym co mogło by mi posłużyć do kolejnego obrazu. Dziewczyna nagle spojrzała się na mnie i widząc mój ciekawski wzrok, skwitowała to typowym zdaniem, które często słyszę od takich typów dziewczyn.
- A ty co się gapisz, moje ubranie jest zrujnowane, a ty nawet nic nie powiesz?! Niemową jesteś?
- przepraszam że tak na na ciebie wpadłam, cóż niestety to moja wina że tak bujałam w obłokach.- powiedziała tekst, który powtarzam za każdym razem, gdy coś się stanie z mojej winy. Teraz ona mi się przyglądała. Co prawda mało mi się to podobało, ale już się po roku przyzwyczaiłam, no cóż w końcu byłam obcokrajowcem to normalne że zwracałam na siebie uwagę innych gapiów.
- Nie jesteś stąd.- prosto z mostu tego się nie spodziewałam. Atak znienacka.
- Tak.
- Więc pochodzisz ?- biorąc pod uwagę jak traktowano nas- Japończyków w Ameryce po ataku na Pearl Harbor... ale co ja plotę to było w czasie II wojny światowej, teraz Ameryka to wolny kraj.
- Z Japonii.- Skwitowałam, ale jedno mnie zastanawia... jakim prawem ona mnie tak przepytuje! Przecież ja nawet nie znam jej imienia! - A przynajmniej mogę wiedzieć jak na imię ma osoba na którą wpadłam z moim Raspberry Blended Juice Drink?
*BAKA - (z jap.) głupi
Amberly?
matko! jaki potwór xD
najchętniej nie wychodziła bym z domu, ale praca to praca, trzeba chodzić, co prawda rano sama miałam dylemat czy zakładać płaszcz przeciwdeszczowy czy też nie. Jednak się nie zdecydowałam na ni, ostatecznie ubrałam się w to
Jak zwykle w salonie, kilka naprawdę niezdecydowanych klientek, masa dziwnych spojrzeń na mnie. Co ja jestem?! ATRAKCJA TURYSTYCZNA. Nigdy nie widzieli farbowanych włosów? No naprawdę ubieram się normalnie! Oni nie wiedzą co się dzieje w Japonii, tam to dopiero jest dziwnie. Moja zmiana minęła, więc w powolnym tempie włóczyłam się po deszczu, jak zagubiona owca. Po drodze wstąpiłam jeszcze do Starbucksa, by zamówić Raspberry Blended Juice Drink, co ostatnio się stało moim nawykiem. Nie wiem czemu ale bardzo mi smakuje. Sączyła sobie nie zważając na nikogo, skupiona na swoich myślach. No i jak na mój pech wpadłam na dziewczynę rozlewając trochę napoju na jej ubranie.
- Po*ebało cię?! - dziewczyna na którą wpadłam, tak jak ja po mimo deszczowej pogody nie zamierzała chodzić z parasolką czy płaszczem, chroniącym swoje ubranie przed deszczem. dziewczyna nie zwracała uwagi na moją osobę, co nie przeszkadzało mi w pewnym stopniu bo mogłam skupić się na jej rysach, kształtach i wszystkim innym co mogło by mi posłużyć do kolejnego obrazu. Dziewczyna nagle spojrzała się na mnie i widząc mój ciekawski wzrok, skwitowała to typowym zdaniem, które często słyszę od takich typów dziewczyn.
- A ty co się gapisz, moje ubranie jest zrujnowane, a ty nawet nic nie powiesz?! Niemową jesteś?
- przepraszam że tak na na ciebie wpadłam, cóż niestety to moja wina że tak bujałam w obłokach.- powiedziała tekst, który powtarzam za każdym razem, gdy coś się stanie z mojej winy. Teraz ona mi się przyglądała. Co prawda mało mi się to podobało, ale już się po roku przyzwyczaiłam, no cóż w końcu byłam obcokrajowcem to normalne że zwracałam na siebie uwagę innych gapiów.
- Nie jesteś stąd.- prosto z mostu tego się nie spodziewałam. Atak znienacka.
- Tak.
- Więc pochodzisz ?- biorąc pod uwagę jak traktowano nas- Japończyków w Ameryce po ataku na Pearl Harbor... ale co ja plotę to było w czasie II wojny światowej, teraz Ameryka to wolny kraj.
- Z Japonii.- Skwitowałam, ale jedno mnie zastanawia... jakim prawem ona mnie tak przepytuje! Przecież ja nawet nie znam jej imienia! - A przynajmniej mogę wiedzieć jak na imię ma osoba na którą wpadłam z moim Raspberry Blended Juice Drink?
*BAKA - (z jap.) głupi
Amberly?
matko! jaki potwór xD
Wolfind: Od Amberly do...
Nowe życie. Tak, to z pewnością będzie coś nowego, ale czy ja tego chcę? Nie! Miałam swoje i bardzo mi ono odpowiadało! Jednak powinnam się przyzwyczaić, że to co dobre, nie trwa wiecznie. Hollywood Arts. Co to w ogóle za nazwa? Szkoła dla utalentowanych dzieciaków. I tak skończą jako uliczni artyści.
- Panienko Amberly, dojechaliśmy. - usłyszałam stłumiony głos. Wyjęłam słuchawki z uszu.
Wyjrzałam przez otwarte drzwi. Moim oczom ukazał się potężny budynek. W sumie tak wyobrażałam sobie to wszystko. Wielka szkoła, wszyscy przestrzegają zasad, grzeczne dzieci... Westchnęłam i włożyłam okulary przeciwsłoneczne. "Tak, Amberly. Niech myślą, że jesteś rozpieszczoną s*ką. Wysiadasz z limuzyny. Jakiś facet w marynarce nosi za tobą rzeczy i jeszcze te okulary - odwieczny symbol wyższości. Nawet jeśli pada tak jak teraz, idiotko." - Drwił głos w mojej głowie. W sumie i tak miałam to gdzieś. Wyszłam z samochodu i ruszyłam w stronę recepcji, gdzie miałam dostać klucz do swojego pokoju. Okazało się, że za Akademią znajdują się nawet znośne akademiki. Weszłam do budynku.
- Amberly Sherave - przedstawiłam się recepcjonistce.
- Tak, oczywiście. Została pani przydzielona do domu Wolfind o czym powiadomiliśmy już panią telefonicznie - podała mi kluczyk z napisem 54 - oto klucz do pani pokoju.
Podziękowałam i ruszyłam we wskazaną stronę. Otworzyłam drzwi do pokoju. Mężczyzna przysłany przez moją matkę postawił bagaże obok łóżka, po czym pożegnał się i wyszedł. Pomieszczenie było skromnie urządzone. Białe ściany, meble z jasnego drewna. Mimo wszystko podobało mi się tu. Zdjęłam niewygodne buty na wysokim obcasie, a zamiast nich wyjęłam z torby i założyłam czarne baleriny. Zamknęłam pokój i rozpoczęłam poszukiwania sekretariatu. Wyszłam z akademiku i ruszyłam w stronę budynku szkoły. Po chwili znalazłam odpowiedni pokój. Zapukałam.
- Proszę! - usłyszałam, więc pewnym krokiem weszłam do środka.
- Dzień dobry, nazywam się Amberly Sherave, profil muzyczny. Przyjechałam dzisiaj. Aha... Wolfind. Jeśli to coś ta. Przyszłam po plan zajęć - oznajmiłam.
- Aha... No tak. Amberly Sherave. Proszę bardzo - podała mi kopertę podpisaną moim nazwiskiem.
Podziękowałam i wyszłam z pomieszczenia. Postanowiłam, że pozwiedzam trochę tereny szkoły. Zauważyłam, że obok szkoły znajduje się niewielki lasek. Postanowiłam, że na razie nie będę się tutaj zapuszczać. Postanowiłam jednak wyjść na miasto. Pogoda była paskudna, ale nie padało, więc nie brałam parasola.
Przechadzałam się po ulicach i podziwiałam wystawy. Zamierzałam oszczędzać pieniądze na bal na którym chciałam zrobić wrażenie. Wprawdzie pieniądze zawsze mogła podesłać mi mama, ale nie chciałam jej o nic prosić. Jeszcze nie teraz. Z zamyśleń wyrwał mnie ból na czole. Po chwili czułam zimną ciecz rozlewającą mi się na brzuchu. Spojrzałam w dół. Wyglądałam jakby ktoś dźgnął mnie nożem. W rzeczywistości był to prawdopodobnie sok malinowy albo co gorsza wino.
- Po*ebało cię?! - wrzasnęłam i spojrzałam na osobę, która we mnie weszła.
Ktoś? *takie długie opo lel* i ten styl... xdd
- Panienko Amberly, dojechaliśmy. - usłyszałam stłumiony głos. Wyjęłam słuchawki z uszu.
Wyjrzałam przez otwarte drzwi. Moim oczom ukazał się potężny budynek. W sumie tak wyobrażałam sobie to wszystko. Wielka szkoła, wszyscy przestrzegają zasad, grzeczne dzieci... Westchnęłam i włożyłam okulary przeciwsłoneczne. "Tak, Amberly. Niech myślą, że jesteś rozpieszczoną s*ką. Wysiadasz z limuzyny. Jakiś facet w marynarce nosi za tobą rzeczy i jeszcze te okulary - odwieczny symbol wyższości. Nawet jeśli pada tak jak teraz, idiotko." - Drwił głos w mojej głowie. W sumie i tak miałam to gdzieś. Wyszłam z samochodu i ruszyłam w stronę recepcji, gdzie miałam dostać klucz do swojego pokoju. Okazało się, że za Akademią znajdują się nawet znośne akademiki. Weszłam do budynku.
- Amberly Sherave - przedstawiłam się recepcjonistce.
- Tak, oczywiście. Została pani przydzielona do domu Wolfind o czym powiadomiliśmy już panią telefonicznie - podała mi kluczyk z napisem 54 - oto klucz do pani pokoju.
Podziękowałam i ruszyłam we wskazaną stronę. Otworzyłam drzwi do pokoju. Mężczyzna przysłany przez moją matkę postawił bagaże obok łóżka, po czym pożegnał się i wyszedł. Pomieszczenie było skromnie urządzone. Białe ściany, meble z jasnego drewna. Mimo wszystko podobało mi się tu. Zdjęłam niewygodne buty na wysokim obcasie, a zamiast nich wyjęłam z torby i założyłam czarne baleriny. Zamknęłam pokój i rozpoczęłam poszukiwania sekretariatu. Wyszłam z akademiku i ruszyłam w stronę budynku szkoły. Po chwili znalazłam odpowiedni pokój. Zapukałam.
- Proszę! - usłyszałam, więc pewnym krokiem weszłam do środka.
- Dzień dobry, nazywam się Amberly Sherave, profil muzyczny. Przyjechałam dzisiaj. Aha... Wolfind. Jeśli to coś ta. Przyszłam po plan zajęć - oznajmiłam.
- Aha... No tak. Amberly Sherave. Proszę bardzo - podała mi kopertę podpisaną moim nazwiskiem.
Podziękowałam i wyszłam z pomieszczenia. Postanowiłam, że pozwiedzam trochę tereny szkoły. Zauważyłam, że obok szkoły znajduje się niewielki lasek. Postanowiłam, że na razie nie będę się tutaj zapuszczać. Postanowiłam jednak wyjść na miasto. Pogoda była paskudna, ale nie padało, więc nie brałam parasola.
Przechadzałam się po ulicach i podziwiałam wystawy. Zamierzałam oszczędzać pieniądze na bal na którym chciałam zrobić wrażenie. Wprawdzie pieniądze zawsze mogła podesłać mi mama, ale nie chciałam jej o nic prosić. Jeszcze nie teraz. Z zamyśleń wyrwał mnie ból na czole. Po chwili czułam zimną ciecz rozlewającą mi się na brzuchu. Spojrzałam w dół. Wyglądałam jakby ktoś dźgnął mnie nożem. W rzeczywistości był to prawdopodobnie sok malinowy albo co gorsza wino.
- Po*ebało cię?! - wrzasnęłam i spojrzałam na osobę, która we mnie weszła.
Ktoś? *takie długie opo lel* i ten styl... xdd
poniedziałek, 23 lutego 2015
UWAGA
Zarządzam wielki refresh bloga, ponieważ w sumie mi się podoba jego fabuła.
Nie zeruję liczników, nie zmieniam czasu akcji, nie usuwam postaci.
Jeśli ktoś chce jeszcze tu pisać, proszę o cynk pod tym postem i szybciutkie
dosłanie opowiadania, bo za uszy wytargam i postać wyleci ze szkoły z
oblanym rokiem! Opowiadań sprzed refreshu nie trzeba kończyć (zalecane).
Sztuka, którą mieliśmy wystawiać ("Balladyna"?) anulowana. Następna w przyszłym
roku szkolnym. Zaraz przejdę się po podstronach, zobaczę co można uaktualnić,
ulepszyć może. I mówię "Dzień dobry, czy jest tu kto?"
Liv.
roku szkolnym. Zaraz przejdę się po podstronach, zobaczę co można uaktualnić,
ulepszyć może. I mówię "Dzień dobry, czy jest tu kto?"
EDIT - Proszę o aktualizację formularzy, gdyż zdjęcia się pousuwały!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.png)




