niedziela, 19 października 2014

Sun Shine: Od Willa cd. Sary

- Odjazd!
Przykleiłem nos do szyby autobusu, który stanął właśnie przy krawędzi ulicy. Za oknem widać było majestatyczny budynek z czerwonej cegły otoczony równiutko przyciętym trawniczkiem i kilkoma drzewami. Przed nim znajdował się mały dziedziniec z ławkami, na których siedziało kilku uczniów.
- Najpierw się chyba rozpakujesz, zgoda? Przy okazji pokażę ci tereny akademików.
Zwróciłem się ponownie w kierunku rudowłosej.
- Zgoda. - Mrugnąłem do niej.
Po kilku minutach kierowaliśmy się już ścieżką na tyły szkoły, gdzie w równym rządku stały cztery akademiki.
- Podział jest jakby motywacją do rywalizacji między uczniami - tłumaczyła Sara. - W jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Dzięki temu się staramy.
Minęliśmy dwie olbrzymie hale ("odbywają się tu głównie mecze ligowe w siatkę i kosza"), niekryte boisko do koszykówki ("główne miejsce spotkań szkolnych gwiazdek sportu, potrafią tu skakać jak małpy przez cały dzień"), większy dziedziniec z jeszcze większą ilością ławek i wreszcie doszliśmy do jednego z czterech identycznych pastelowych budynków.
- Oto Sun Shine! - oznajmiła Sara. - Panowie przodem. - Zaprosiła mnie gestem ręki.
Znaleźliśmy się w olbrzymim, wyłożonym płytkami przedpokoju. Na przeciwko nas dostrzegłem prowadzące na górę schody. Po lewej były przeszklone dwuskrzydłowe drzwi.
- Tam jadamy. Głównie śniadania i kolacje, bo obiady są w szkolnej stołówce, chyba że jest wolne. Powiem ci, że gotują dosyć przyzwoicie, ale nigdy nie bierz mielonego. - Ostatnie słowa cedziła wolno i wyraźnie, z groźbą w oczach.
- Zapamiętam. - Uśmiechnąłem się.
- Dwadzieścia minut do obiadu. Proszę uczniów o podążenie do stołówki. - W korytarzu rozległ się głos przywodzący na myśl informację na lotnisku. Rozejrzałem się zdezorientowany.
- Radiowęzeł - sprostowała Sara.
- Oho! Francja-elegancja w tym waszym Los Angeles.
- A jak! - Dziewczyna posłała mi promienny uśmiech.
Na przeciwko jadalni były identyczne drzwi.
- To świetlica. Mamy książki, planszówki, telewizor z odtwarzaczem DVD... Ogólnie dużo rzeczy służących rekreacji. Wolfind ma bilarda.
- Czemu? - Uniosłem jedną brew.
- Nagroda Dyrektora.
Kiwnąłem głową ze zrozumieniem.
Weszliśmy na pierwsze piętro. Był to długi korytarz, cały w płytkach. Po obydwu jego stronach znajdowały się dziesiątki drewnianych drzwi.
- Dyrektorki jeszcze tak nie poknociło, żebyś mieszkał ze mną w jednym pokoju. Nie wiem, co oni sobie myślą o dzisiejszej młodzieży - westchnęła teatralnie. - Dobra wiadomość jest taka, że z racji, iż to ja cię przyjmuję, masz pokój na żeńskim piętrze, tuż obok mojego. To tutaj!
Zatrzymała się przed drzwiami z numerem 41. Uchyliłem je. Znalazłem się w pokoju z dużym oknem, szafą i dwoma łóżkami.
- Oto twoja willa - oznajmiła.
- Jako lord przywykłem do większych wygód - powiedziałem naciskając na brytyjski akcent. - Doprawdy, że też to amerykańskie pospólstwo nie może się dla nas lepiej postarać.
Sara zaczęła chichotać.
- Super jesteś. Lubię cię. Rozpakuj się szybko i możemy schodzić na obiad.
Spojrzałem na trzymaną w garści torbę, potem na pokój i znów na torbę. Rzuciłem ją na łóżko po prawej i wzruszyłem ramionami.
- Możemy iść.

Sara? Na początku była wena, potem uciekła i skończyłam byle jak :c

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz