- Jak tam, mała? - Wyszczerzyłem się w uśmiechu.
- Mała? - Dziewczyna uniosła ze zdziwieniem brew.
- No chyba nie duża? - zapytałem zaczepnie, spoglądając na nią z góry. Byłem wyższy co najmniej o głowę.
Wzruszyła ramionami.
- W porządku. Wakacje jak wakacje. A twoje jak?
- To samo - odparłem z uśmiechem. - Kosz i gitara. Co można robić przez wakacje?
W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. Pewne wakacyjne popołudnie...
- To jak młody, idziesz z nami?
Jeden z kumpli mojego brata, niejaki Jason, wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. W odpowiedzi delikatnie uniosłem kąciki ust i wróciłem do strojenia gitary.
- Nigdzie nie idzie! - Do salonu wparował mój starszy braciszek, Taylor, poprawiając kołnierzyk koszuli. Przewróciłem oczami. Koledzy często denerwowali go w ten sposób i mieli radochę z jego protestów.
- I tak nie miałem zamiaru - mruknąłem, grając gamę.
- Coś ty, młody, idziesz, idziesz! - zaprotestował drugi kolega Taylora, czarnowłosy Damon. - Masz już piętnaście lat, koniec dziecinady! Zabieramy cię na męską imprezę.
Hm... Czyżby tym razem mówili na serio?
- Nieprawda! Nigdzie go nie zabieramy!
- Ktoś tu się bulwersuje - powiedział do mnie Jason teatralnym szeptem.
Widziałem kątem oka, jak Taylor zabija mnie wzrokiem, toteż odpowiedziałem szybko:
- Dzięki, chłopaki, ale ja raczej zostanę w domu.
- Daj spokój! - wykrzyknął Damon. - Masz zamiar cały wieczór grać na tym banjo? Robiłeś to codziennie przez ostatni rok!
- Właściwie może pograłbym w kosza.
- Jutro też jest dzień! Idziemy do najlepszej imprezowni w LA! Wreszcie wyrwiesz sobie laseczkę. - Damon trącił mnie łokciem.
- Ej! Czy do was nie dociera, że ja go nigdzie nie biorę?! - Taylor był już nieźle wkurzony. Przejechał palcami po blond włosach postawionych na żel.
Z tymi swoimi idealnie białymi zębami, idealną czerwoną koszulą, nowymi ciemnymi jeansami, najmodniejszymi air maxami i błyskiem szaleństwa w piwnych oczach wyglądał jak milion dolarów. Znów miał pewnie ambicję znalezienia panny na wieczór i pobawienia się z nią do rana. Cóż, jak kto lubi.
- Tay, wrzuć na luz. Niech się raz chłopak zabawi.
- Niech się bawi, ale beze mnie.
W napięciu obserwowałem tę scenkę. W sumie nawet bym sobie z nimi wyszedł. Nie było jednak szans, by Taylor się na to zgodził.
- No weź!
- I tak go nie wpuszczą. - Mój brat wyciągał najróżniejsze argumenty.
- Przecież on wygląda na o wiele starszego!
- Bzdura. Zresztą nie jestem niańką! Jak chce się bawić to niech idzie do piaskownicy.
Moje usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Taylor był starszy tylko o trzy lata, a szarogęsił się, jakby miał przed sobą nieznośnego berbecia.
- Przecież nie musi wszędzie z nami łazić - powiedział Jason. - On pójdzie w swoją stronę, my w swoją. Będziesz miał ten swój wieczór.
Taylor błądził wściekłym spojrzeniem po twarzach naszej trójki. Spuściłem głowę i zacząłem udawać, że śmiertelnie zainteresowało mnie coś w gitarze. Spodziewałem się wybuchu gniewu i agresji. Ku mojemu zdziwieniu brat westchnął ciężko.
- Dobra, gnido. Ubierz się jakoś normalnie. Czekamy w aucie. Chodźcie, chłopaki.
Damon mrugnął do mnie porozumiewawczo i podążył za pozostałą dwójką.
Kilkanaście minut później pędziliśmy pustą, oświetloną szosą, siedząc w jasnoczerwonym kabriolecie mojego braciszka. Chłopaki jechali na stojąco, krzyczeli i żłopali piwo, ja natomiast czułem się jak bobas, któremu nic nie wolno i na którego wciąż trzeba uważać. Brakowało mi tylko fotelika.
Auto zatrzymało się przed jakimś klubem, od którego światło neonów biło na odległość kilometra. Ryk silnika i dudniące basy bujające samochodem zagłuszyła skutecznie fala jakiegoś żenującego techno wylewająca się z imprezowni. Taylor, Damon i Jason wyskoczyli z samochodu nawet nie otwierając drzwi. Nie omieszkali stanąć przy tym z buciorami na czarnej skórzanej tapicerce. Taki lans. Ja wysiadłem drzwiami jak cywilizowany człowiek. Jeśli zepsułbym cokolwiek w tym aucie, Taylor powyrywałby mi nogi z dupy, rozciął brzuch, zatańczył na moich flakach i odrąbał łeb. Milutki, prawda?
Weszliśmy. Na poczatku trzymaliśmy się razem, żeby żaden ochroniarz mnie nie wyłapał. Potem mój brat z kumplami wysunęli się do przodu, przy czym krok ich stał się tak szybki, że miałem trudności z niestraceniem ich z oczu.
Zauważyłem, że przechodzą do innego pomieszczenia. Pognałem za nimi, przepychając się przez tłum ludzi tańczących na kolorowym parkiecie, sączących przy dużym drewnianym barze rozmaite wymyślne drinki lub rozmawiających żywo, nie zwracając uwagi na to, że blokuję przejście.
- Dowód proszę. - Drogę zagrodził mi wysoki, dobrze zbudowany ochroniarz.
- Yyy... - Rozejrzałem się w panice. Za dryblasem dostrzegłem wysyłającego mi jakieś znaki Damona.
- Ethan, chodź już! - zawołał.
Już miałem zaprzeczyć, pytając przy okazji, czy przypadkiem nie zauważył stojącego mi na drodze goryla, kiedy zrozumiałem co chciał mi przekazać tym bezładnym tańcem gestów. Zacząłem udawać, że przetrzepuję kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. Sprawdzałem wszystkie po pięć razy, żeby zajęło mi to jak najwięcej czasu.
- Ethan!
- Moment!
- Szybciej!
- Dobrze! - Ochroniarz podniósł głos. Widowisko obserwowało już sporo osób. - Dobrze, wchodź. - Głową wskazał wyjście za sobą i przesunął się w prawo. Bacznie mnie jednak obserwował.
Zadowolony przekroczyłem próg i podszedłem do chłopaków. Damon przybił mi męską piątkę.
- Brawo, młody.
Taylor za to miał muchy w nosie.
- Dopiero się zaczyna, a z nim już są kłopoty - warknął.
Nie przejmowałem się tym, co mówił. Rozejrzałem się po sali. Grało tu głośne, dudniące techno. Wszędzie były różnokolorowe światła. Na skórzanych kanapach siedzieli sami faceci, głównie starzy i obleśni. Głośno krzyczeli, śmiali się i cieszyli. Na środku sali, otoczone stolikami i miejscami siedzącymi, znajdowało się podwyższenie będące swego rodzaju sceną. Z sufitem łączyły ją trzy stalowe, błyszczące rury, które bynajmniej nie należały do strażaków. Wokół nich wiły się niczym węże trzy młode dziewczyny. Mogły być w wieku mojego brata i jego ziomków. Ubrane były w seksowną bieliznę z koronkami i wstążeczkami - choć właściwie celniej byłoby wyrazić się: "były rozebrane do bielizny". Ludzie mówią, że taniec na rurze to sport i sztuka. Może i tak, ale w takim wypadku tego, co robiły te panny, tańcem nazwać nie przystoi.
Poczułem nagłe szarpnięcie za łokieć. Odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w zagniewane oczy Taylora.
- Jeśli powiesz matce... Jeśli powiesz jej cokolwiek... - syczał przez zaciśnięte zęby.
- To co? - Spojrzałem na niego wyzywająco. - To co? Nie jestem głupi, nie pisnę słowa - warknąłem i wyrwałem się z uścisku.
Zajęliśmy miejsca w rogu sali. Chłopaki nonszalancko rozsiedli się na czarnych skórach. Taylor skinął na skąpo ubraną kelnerkę i poprosił o trzy drinki, których nazw nie zdołałem zapamiętać.
- A dla niego? - zapytał Damon, kiedy dziewczyna się oddaliła.
- Ani mi się śni! - warknął brat.
- Kelnerka! - Damon przywołał kolejną dziewczynę z tacą. - Cherry raz.
Po kilku minutach przyniesiono nam napoje. Cherry było mocne. Bardzo mocne. Oddałem Damonowi trzy dolce za napój, po czym wszyscy czterej zaczęliśmy oglądać pokaz. Cóż, ja jako muzyk widziałem w tym jedynie słabe wygibasy, których nijak nie można było nazwać tańcem, jednak reszta towarzystwa wpatrywała się w tancerki jak urzeczona. Ślina ciekła im do podłogi, a przyrodzenie stawało równym rzędem. Przed oczami znów stanęły mi te ogromne tyłki...
- Ethan!
- Ee... co? - Spojrzałem na Sierrę skonfundowany.
- Zapytałam cię o coś.
- Możesz powtórzyć?
Sierra?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz