poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Nie podlizuj się - mruknęła Kat i zajęła się leżącą na łóżku lalką.
- To w końcu jak go nazwiemy? - zapytałem obserwując jednocześnie, z jaką szybkością i łatwością moja dziewczyna zakłada memu synowi pampersa i ubiera go w miniciuszki.
- Liczę na twoją inwencję - oznajmiła. Wzięła bobasa na ręce i zaczęła spacerować z nim po pokoju.
- Stuart. Stuart Malutki - palnąłem pierwsze, co przyszło mi na myśl. Przed oczyma stanął mi obraz białej myszki w sweterku.
- Jak zwykle można na ciebie liczyć - westchnęła. - Co powiesz na Simon?
- Może być - zgodziłem się. - To jak się dzielimy? Ty w nocy, ja w dzień? - wyszczerzyłem zęby.
- Nie ma opcji. Ja też chcę się wyspać, Chris - spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- No ja wiem, no... - jęknąłem. Podszedłem do dziewczyny i bezceremonialnie ją pocałowałem.
- Chris... Trzymam... dziecko - jej słowa przerywało penetrowanie ust przez mój język. W końcu przełożyła lalkę do jednej ręki, drugą zaś położyła mi na policzek i zaczęła rozkoszować się chwilą.
Po kilkudziesięciu sekundach pocałunku Kat oderwała się nagle ode mnie, jakbym zamienił się w żabę. Odruchowo spojrzałem na moją dłoń i z ulgą stwierdziłem, że nie jest zielona. Stwarzało to jednak kolejny problem: czemu dziewczyna zrezygnowała z całowania mnie.
- Chris... To się nagrywa...
Palnąłem się w czoło. Istotnie lalka miała dyktafon, a nie można się nie zgodzić, że pocałunkom towarzyszy megagłośne mlaskanie. Spojrzałem na zadanie domowe z chęcią mordu.
- Pozdrawiam panią Montez - powiedziałem do plastikowego brzuszka.
- Śmiechłam - parsknęła Kat. Ja również zacząłem się śmiać. Naszą euforię przerwał płacz dziecka.
- Co tym razem? - spytałem dziewczynę, choć pewny byłem, że wie tyle, co i ja.
- Jest głodny - oznajmiła z miną znawcy.
- Skąd wiesz? - zapytałem zdziwiony.
- Jestem jego matką, wiem takie rzeczy - żachnęła się.
- No dobra, a tak serio? Skąd wiesz?
- Proste. Dzisiaj jeszcze nie dostał - dziewczyna spojrzała na mnie jak na idiotę.
- No tak, tak, pani mądra. Idź, karm synalka, bo uszy mi odpadną!
- Może ty byś coś zrobił chociaż raz?
- Co ja jestem?! To twoje zadanie!
- Trzeba było nie robić sobie dzieci!
- To ty go urodziłaś!
- To twój plemnik!
Akompaniament dla naszej kłótni stanowił ryk dzieciaka. Nic nie wskazywało na to, by miał się uspokoić, a i Kat nie paliła się do jego przerwania.
- No i co robisz? Bierz się za to!
- Nie wiedziałam, że jestem twoją służącą, Cambell! Skoro tak, to weź dziecko i ja wychodzę! Zobaczymy, co potrafisz, bo jak na razie tylko się drzesz!
Katniss z wściekłością wymalowaną na twarzy wcisnęła mi wydzierającego się Simona do rąk i odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia.
- Nie! Czekaj, Kat! Ja przepraszam!
- O nie, tatuśku! Teraz to możesz mnie pocałować w piętę!
Żoneczka opuściła pokój z trzaśnięciem drzwiami. Nie było sensu jej gonić. Oboje musieliśmy ochłonąć, skoro poszło nam o lalkę. Spojrzałem z bezradnością na małego krzykacza. Z jego torby wyjąłem butelkę i wetknąłem do dzioba. Dziecka, nie mojego. Zapanowała błoga cisza. Westchnąłem. Bobas zamknąwszy oczy ciamkał smoka. Matko... Jeśli Katniss będzie chciała mieć ze mną dzieci, to ten związek nie ma przyszłości.
Po jakimś czasie Simonek zaczął marudzić, czyli chyba się najadł. Odstawiłem butelkę na nocną szafkę i położyłem dzieciaka na moim łóżku celem odrobienia zadania z przebrzydłej matmy. Ledwo jednak wyjąłem zeszyt, Simon zaczął się odzywać. Z początku udawało mi się go ignorować, ale im dłużej to robiłem, tym głośniej przypominał o swojej obecności. W końcu cisnąłem zadanie na biurko i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Kat. Modliłem się, by odebrała, ale po dwóch sygnałach odrzuciła połączenie.
- Zołza - mruknąłem.
Bachor nadal płakał, a ja nie wiedziałem czemu. Zacząłem bujać go na ręku, nadal starając dodzwonić się do dziewczyny.
- No... No, odbierz, no... Kat... Katie... Kuńciu...
Za dziesiątą próbą - niespodzianka. Moje kochanie wyłączyło telefon! Ekstra normalnie! Młody nadal nie dawał za wygraną. Ma to po tatusiu. Rozpaczliwie zastanawiałem się nad przyczyną jego płaczu, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Jakiś promyk nadziei rozświetlił moje nieciekawe położenie. Czyżby Kat? Pewnie nie, ale może chociaż osoba, która będzie potrafiła przerwać zawodzenie lali! Jak na skrzydłach podbiegłem do drzwi i otworzyłem je.
- Dzieńdoberek, świeżo upieczony ojcze - uśmiechnął się Ethan.
- Idziesz grać? - dodał Mike.
- Przecież nie mogę - wskazałem głową na trzymanego potwora.
- A mamusia gdzie?
- Kat się obraziła - przyznałem niechętnie.
- Pierwszego dnia? Ooo... To masz przesrane - stwierdził Ethan nie mogąc powstrzymać się od brechtu.
- Nie pomagasz - burknąłem.
- Czemu on tak ryczy? - spytał Mike.
- No nie wiem!
- Przewijałeś go?
- Kat go przewijała.
- Dałeś mu coś jeść? - koledzy ścigali się w zadawaniu pytań.
- Taki tępy to nie jestem.
- A beknęło? - zapytał Ethan?
- Jezus, chuj go wi...
- Patrz.
Ethan wyciągnął ręce po bobasa. Położył go sobie pionowo na torsie tyłem do nas. Rozległ się głośny bek i płacz ucichł.
- Szacun, stary - Mike poklepał go po plecach.
- Skąd wiedziałeś?
- Mam rodzeństwo. To co, panowie, skoro ten problem mamy rozwiązany, śmigamy na boisko?
- No nie mogę! - czy tym debilom nic się nie da przetłumaczyć?
- Dzieciak śpi, zostaw go tu - Michael wzruszył ramionami.
- Ona mnie zabije - wycedziłem przez zęby.
- To weź go ze sobą. Niech się od małego uczy.
Kumple spoglądali na mnie wyczekująco. Spoglądałem to na nich, to na bobasa, bijąc się z myślami. W końcu to tylko lalka...
- Dobra, chodźcie - zgodziłem się. Zamknąłem jeszcze tylko drzwi na klucz i zeszliśmy na boisko. Było pusto, posadziłem więc Simona na ławce i rozpoczęliśmy mecz: ja i Ethan na Michaela. Było całkiem słonecznie, czuć było już nadchodzące powoli lato. Właśnie robiłem spektakularny wsad, kiedy powietrze przeszył groźny krzyk:
- CAMBELL!
Tak się zląkłem, że spierdoliłem sie z kosza prosto na plecy. Kumple zaczęli zwijać się ze śmiechu, tymczasem sprawczyni mojego wypadku - Katniss Everdeen we własnej osobie - podbiegła do dziecka i chwyciła je na ręce. Poleżałem trochę, obserwując niebo i zastanawiając się, czy żyję, a stwierdziwszy, że jednak tak, powoli podniosłem się na nogi. Żebra bolały jak diabli.
- Czy ty jesteś normalny? - dziewczyna natychmiast znalazła się przy mnie. - Jak mogłeś zostawić go bez opieki?! I w ogóle za cienko go ubrałeś! Jesteś nieodpowiedzialny, Cambell!
- Chyba mi żebra popękały - oznajmiłem jej, zamiast szukać dla siebie jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Trzymałem się kurczowo za brzuch, a stałem lekko zgarbiony.

Kat? :D Nawiasem mówiąc ziomek z mojej klasy tak jebnął i serio mu żebra popękały ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz