Wraz z Cristiną wyszliśmy z gmachu szkoły. Po drodze przeprosiłem ją jeszcze na chwilę i skoczyłem do swojego pokoju, by zostawić torbę. Idąc chwilę później do bramy zastanawiałem się, jakim akcentem się posługuje. Słyszałem jakieś plotki, że jest Włoszką. Rzeczywiście miała odrobinę ciemną cerę. Była bardzo ładna.
- Czym się interesujesz? - zapytałem.
- Aktorstwem - uśmiechnęła się. - I... - zawiesiła się chwilę, najwyraźniej nie mogąc przypomnieć sobie słówka. - No... Wierszami.
- Poezją? - podpowiedziałem.
- Poezją? Tak, tak, poezją - ucieszyła się, jakby każda umiejętność, jaką nabywała, cieszyła ją niezmiernie.
- A muzyką? - spytałem z nadzieją.
- Si! Tańcem. Bziucha.
- Też tańczę - rozpromieniłem się. - Newstyle, hip-hop... Trochę breake'a. I śpiewam. Trochę też gram.
- Na czym? - fajne było to żywe zainteresowanie w jej oczach, nawet jeśli mina zdradzała, iż nie rozumiała wszystkiego, co mówiłem.
- Gitara.
- O, cudownie! Zagrasz mi coś?
- Może później. Teraz idziemy na spacer - przypomniałem. Kierowaliśmy się właśnie do centrum Hollywood. Miałem zamiar pokazać jej wszystko to, co tak bardzo fascynowało mnie po przyjeździe tutaj.
- Nie jest ci zimno? - spytałem troskliwie.
- Trochę - wzruszyła ramionami.
Naszym pierwszym celem był Brodway. Gmach jest wspaniały, już od zewnątrz bije stamtąd jakaś magia. Jakby otwierał się tam zupełnie inny świat. Domyśliłem się, że nowa jest na profilu aktorskim, dlatego stwierdziłem, że to miejsce spodoba jej się najbardziej.
- Zamknij oczy - poleciłem, kiedy znaleźliśmy się w pobliżu. - Coś ci pokażę.
Dziewczyna posłusznie zmrużyła powieki. Upewniłem się, że nic nie widzi i chwyciłem ją za rękę. Delikatnie uścisnęła moją dłoń i mimowolnie się uśmiechnęła. Leci na mnie, czy co? Taka praca chyba. Zwłaszcza, że w Hollywood Arts nie ma zbyt wielu przedstawicieli mojej płci, więc laski muszą brać, co jest. Westchnąłem. Nie mogłem jej puścić, by przypadkiem nie weszła na ulicę, w latarnię lub potknęła się o własne nogi.
Poprowadziłem ją bocznymi uliczkami do tylnego wejścia teatru. Jednoskrzydłowe, czarne, plastikowe drzwi. Na szczęście były otwarte. Powoli ze względu na walające się wszędzie kartonowe pudła, listewki i fragmenty dekoracji szliśmy długim, wąskim korytarzem. Było zupełnie cicho. Cisza nas otulała. Zjadała nas niczym drapieżna rosiczka.
Odkryłem to miejsce jeszcze w wakacje. Dużo czasu spędzałem wtedy z Michaelem na mieście. Włóczyliśmy się bez celu, tworząc sobie mentalnie jakby mapę całej dzielnicy - najpopularniejszej dzielnicy na świecie. Obcykaliśmy kilka lokali różnego rodzaju, wiedzieliśmy też, gdzie znaleźć trenujące na zawody surferki. Powinniśmy założyć biuro podróży, czy coś... Podczas jednej z takich wędrówek zaszliśmy za pomocą różnych zakamarków do zadniej ściany Brodwayu. Z natury jestem ciekawski, więc pragnienie zbadania tego, co jest za drzwiami bez trudu pokonało zdrowy rozsądek. Nacisnąłem klamkę, choć z góry wiedziałem, że będzie zamknięte. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że tak nie jest. Gładko pchnąłem czarne skrzydło. Nawet nie skrzypnęło, co było kolejną niespodzianką. Rozejrzałem się ostrożnie i wszedłem w ten sam długi, zaniedbany korytarz, którym teraz prowadziłem Cristinę. Michael podążył za mną. Nie zawahał się ani sekundy - on też miał w nosie zasady. Skradaliśmy się więc na paluszkach, nie odzywając się do siebie słówkiem. Nagle spokój przerwał huk. Ponieważ szedłem pierwszy, odwróciłem się do tyłu. Padłem. Mike leżał u moich stóp z grymasem gniewu na twarzy. Przewrócił się o jakąś wystającą deskę. Szybko się podniósł, co wywołało u mnie tylko kolejną salwę śmiechu, gdyż z przodu ubabrany był cały gęstym, szaro-brązowym kurzem. Kiedy się otrzepywał, a ja patrzyłem na ten epicki widok z bananem na twarzy, usłyszałem chrząknięcie tuż przy moim uchu. Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z grubym wąsaczem w czerwonej koszulce, która doskonale uwydatniała jego tuszę.
- Co tu robicie? - spytał srogo.
- Eee... - wydukałem. Będą kłopoty.
- Przechodzimy, patrzymy - drzwi, to weszliśmy - odpowiedział facetowi Mike szczerze do bólu. Patrzył mu się prosto w oczy, jakby dla niego czymś naturalnym było zwiedzanie obcych budynków.
- Weszliście, mówisz? - na twarzy grubasa widziałem jakby... rozbawienie?
- Weszliśmy - powtórzyłem nieco śmielej, nadal jednak odrobinę się peszyłem.
- Słuchajcie, dzieciaki - rzekł niespodziewanie mężczyzna, nachyliwszy się nad nami. - Raczej mi nie wolno, ale oprowadzę was. Wyglądacie mi na ciekawskich. To jak?
Spojrzeliśmy po sobie. Spacer po kulisach Brodwayu?! Nawet nam się nie śniło! Zgodziliśmy się natychmiast.
Miałem nadzieję, że podczas pokazywania Cristinie tego miejsca, nie natkniemy się na nikogo z obsługi. Jeden raz - spoko, pozwolono nam się pokręcić i w ogóle. Niemniej, jakby zobaczono, że sprowadzam tu ludzi, zamknięto by tylne wejście i nici z niezapomnianych wrażeń. O tym miejscu wiedziałem tylko ja, Mike i Sierra. Czułem jednak, że Włoszce się to spodoba. Postanowiłem zaryzykować.
- Nie patrzysz? - upewniłem się, kiedy znaleźliśmy się u wylotu korytarza.
- Nie - uśmiechnęła się. - Długo jeszcze?
- Już prawie. Chodź.
Stanąłem twarzą do dziewczyny i, nadal prowadząc ją za rękę, zacząłem iść tyłem. Przeprowadziłem ją przez wyjście. Byliśmy prawie na miejscu. Pokonaliśmy kilka stopni. Ustawiłem ją tyłem do kierunku, z którego przyszliśmy, a następnie puściłem i odszedłem kilka kroków.
- Gotowe. Otwórz oczy.
Cristina otworzyła oczy i zaniemówiła. Stała na najprawdziwszej scenie Brodwayu. Przed nią rozciągała się ogromna widownia. Rozejrzała się zauroczona; nad jej głową wisiały olbrzymie reflektory, teraz jednak zgaszone.
- I jak? - spytałem z uśmiechem.
Cristina?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz