- Skoro tak wolisz - mrugnąłem porozumiewawczo. Odpowiedziała mi cichym warknięciem. W tej samej chwili zabrzmiał dzwonek na lekcje.
- Mamy lekcje - mruknęła i, nie czekając na mnie, wstała z godnością, po czym skierowała się do gmachu szkolnego. Nie było sensu jej gonić, poczłapałem więc za nią.
Czwartkowy poranek. Jak co dzień po śniadaniu podszedłem pod akademik Wolfind. Czekałem na Raquel. Nie mogę spuszczać jej z oka nawet na minutę. Zaliczyła już kilka bójek i, o zgrozo, przyłapano ją na paleniu fajek za szkołą. Nie wyleciała jeszcze tylko dlatego, że milion razy wstawiałem się za nią ja i pani od plastyki, która ją najwyraźniej ubóstwia. Nie mogłem pozwolić, żeby siostra do reszty spierdzieliła sobie życie, chociaż matka ma ją w dupie tak samo jak mnie.
Stałem i spoglądałem na zegarek z niecierpliwością, chuchając sobie na dłonie. Nienawidzę zimy. W pewnej chwili drzwi się otworzyły, jednak zamiast bladej, ofukanej twarzyczki wychyliła się zza nich fioletowa czupryna. Igelle Nytal. Moja dobra kumpela, zajebiście piękna i piekielnie zdolna.
- Czekasz na mnie, przydupasie? - uśmiechnęła się słodko.
- Chciałabyś! - parsknąłem. - Na siostrę.
- Jasne, jasne - pokiwała głową ze śmiechem.
- No tak!
- Luz - uwielbia mnie irytować... - Ja lecę. Zaraz dzwonek. Mamy w-f.
- Okej. Zobaczymy się na lekcji - uśmiechnąłem się do dziewczyny i pomachałem jej ręką na pożegnanie. - No wyłaź stamtąd! - krzyknąłem w nicość. Wiedziałem, że Roki najchętniej zostałaby w łóżku. Nienawidzi tej szkoły. Naraz usłyszałem dźwięk dzwonka mojego telefonu. Wydobyłem komórkę z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. Raquel. Zmarszczyłem czoło i odebrałem.
- Co jest? Złaź na dół, bo się spóźnimy.
- Nigdzie nie idę - warknęła do słuchawki.
- Musisz - nie miałem zamiaru dać za wygraną.
- Jestem chora.
- Ta? Na co?
- Rzygam - jęknęła.
- Nie kłam.
- Rzygam! Na serio...
- No dobra - mruknąłem, spoglądając na wskazówki zegarka. - Ja idę do szkoły, a ty leż, szybko wyzdrowiejesz.
- Nie jestem dzieckiem - mruknęła. - Idę spać - oznajmiła, po czym się rozłączyła. Co robić... Ruszyłem do szkoły.
Kiedy znalazłem się na korytarzu, Iggy już nie było. Podejrzewałem, że zeszła już do dziewczyńskiej szatni, poszedłem więc do męskiej i szybko zmieniłem jeansy na krótkie, granatowe spodenki. Kiedy przechodziłem obok damskiej przebieralni, spostrzegłem, że drzwi są uchylone. Zatrzymałem się przed nimi i zacząłem bić się z myślami. Zajrzeć? Nie zajrzeć? "Co mi tam" - pomyślałem i pchnąłem skrzydło.
- Wow, ale dupa! - zawołałem. Tyłem do mnie stał nie kto inny tylko Iggy - wszędzie rozpoznałbym te włosy - w różowych majteczkach z kokardką na tyłku. Kiedy usłyszała mój głos, odwróciła się i spojrzała na mnie z mieszaniną złości i strachu.
- Chris! Wyłaź! - rozkazała, zakrywając bieliznę pierwszą lepszą koszulką, którą miała pod ręką.
- Jakoś mi się nie chce - zaśmiałem się i podszedłem bliżej powolnym krokiem, rozkoszując się jej zażenowaniem.
- No przestań!
- Ja nic nie robię - wzruszyłem ramionami.
- No wynoś się! - w moją stronę poleciała butelka z wodą.
- Masz fajną figurę.
Znalazłem się już przy dziewczynie. Położyłem ręce na jej biodrach i spojrzałem jej w oczy. Położyła mi dłoń na klatce piersiowej, jakby zastanawiała się, czy mnie odepchnąć.
Iggy? xd
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz