Właśnie wysiadłem z żółtej taksówki. Być może troszkę się spóźniłem, ale nie dużo. Zaledwie 10 minut. Dziś był mój pierwszy dzień w Hollywood Arts. Byłem taki... podekscytowany. Jest lato, więc pogoda jest doskonała. Słońce świeci, delikatny wiatr lekko rozwiewa włosy. Potrząsnąłem głową, ponieważ jeden z kosmyków, zasłonił mi widok. Dopiero teraz zauważyłem, że ten budynek jest taki ogromny. Cieszyłem się. Nareszcie znalazłem idealne miejsce, aby rozwijać swój talent plastyczny. Otworzyłem torbę i wyjąłem z niej pudełko tic-tack'ów. Wziąłem jednego i schowałem opakowanie. W torbie oprócz nich miałem jeszcze telefon, pędzle, farby i małe płótno. Wszedłem do budynku. Wydawał się jeszcze większy niż na zewnątrz. W środku było tyle drzwi. Prowadziły do sal lekcyjnych. Nie byłem jeszcze w akademiku i swoim pokoju, ale dziś po południu miałem zamiar się tam wybrać. Z resztą chyba wszyscy chcieli tam dziś iść. Wcześniej nie miałem czasu stwierdzić, że ta szkoła to najlepsze co mnie spotkało w ciągu ostatniego roku. Postanowiłem poznać kogoś z kim będę chodził na zajęcia. Może kogoś z mojego akademika. Byłoby najlepiej. Słyszałem, że uczęszcza tu jeszcze niewielu uczniów. Mimo to po korytarzach krzątało się całkiem sporo osób. W większości byli to prawdopodobnie nauczyciele. I nagle poczułem delikatne szturchnięcie w ramię. Spojrzałem w lewo i zauważyłem, że źródło mojego bólu to pewna dziewczyna. Jeszcze jej nie znałem.
- Uważaj jak chodzisz! - wrzasnęła.
- To nie moja wina. Lepiej ty uważaj! - wykrztusiłem z wściekłością.
Zapadła cisza. Dziewczyna nieco się uspokoiła i ja też. Z natury łatwo się denerwowałem. Z nią chyba było podobnie.
- Tak w ogóle to jestem Michael. - wyszczerzyłem się.
<Gwen?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz