Leżałem na łóżku z rękoma pod głową. Mam pokój sam. Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało. Na łóżku obok leżała Raquel i coś szkicowała. Nie odzywała się. Raczej norma. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Mimowolnie spojrzałem na Roki, która - jak można było się spodziewać - podniosła głowę znad szkicownika i spojrzała na drzwi morderczym wzrokiem, jak gdyby chciała je siłą woli pchnąć razem z człowiekiem, który się za nimi znajdował. Ona jest lepsza niż pies stróżujący, dosłownie! Wstałem i powoli podszedłem do drzwi, wyobrażając sobie, jak Raquel rzuca się niczym rottweiler na mojego gościa i przegryza mu tchawicę. Brr... Za dużo filmów. Za dużo.
- Kat? - otworzyłem drzwi ciemnowłosej dziewczynie.
- Noo... Mieliśmy zrobić próbę... - zmieszała się. Olśniło mnie. Jasne! Sam przecież ją prosiłem, żeby wpadła.
- Ta, wiem. Wchodź - gestem zaprosiłem ją do środka. Raquel spojrzała na nią wilkiem i oznajmiła mi z łaską, że idzie. Nie zatrzymywałem jej. Zebrała swoje ołówki i, ze szkicownikiem pod pachą, wyszła z pokoju z głową uniesioną wysoko. - Siadaj - wskazałem Katniss moje łóżko. Nie za bardzo wiedziałem, jak się za to zabrać. Ona chyba też nie.
- Mieliśmy przećwiczyć... - urwała. To nic. Dobrze wiedziałem, co mieliśmy.
- Ta, wiem - powtarzam się...
Usiadłem naprzeciw niej na łóżku. Wziąłem skrypt z nocnej szafki.
- Może... Akt pierwszy, scena piąta? - Kat kiwnęła głową.
- Zaczynaj.
- Jeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,
Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe
Odpokutować usta me gotowe
Pocałowaniem pobożnym pielgrzyma....
- Z uczuciem! - przerwała mi Kat, naśladując profesor Moon. Parsknąłem śmiechem. Ona zaraz po mnie.
- Teraz ty - wytknąłem jej jęzor.
- Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni...
- Z UCZUCIEM! - ryknąłem. Popukała się w czoło, po czym kontynuowała.
- Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,
Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem;
Jest–li ujęcie rąk pocałowaniem,
Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.
- Nie mają–ż święci ust tak jak pielgrzymi?
- Mają ku modłom lub kornej podzięce.
- Niechże ich usta czynią to co ręce;
Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.
- Niewzruszonymi pozostają święci,
Choć gwoli modłów niewzbronne ich chęci.
- Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie.
I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.
Urwaliśmy. Żadne z nas nie wykonało pierwszego kroku, więc znów jak głupki wpatrywaliśmy się w siebie chwilę, po czym spuściliśmy wzrok.
- Mam pomysł... - powiedziała Kat po dłuższej chwili milczenia. - Może byśmy się pocałowali, żeby... No wiesz... Sprawdzić, czy nic się nie stanie.
Wzruszyłem ramionami. Powoli zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy. Delikatnie musnąłem jej usta, nic więcej. Odsunąłem się.
- Okej?
- Tak...
- W porządku. To jeszcze raz tą scenę. Może z pocałunkiem?
Kat kiwnęła głową. Powtórzyliśmy akt pierwszy scenę piątą jeszcze milion razy. Za każdym razem w momencie pocałunku delikatnie dotykałem ust Kat. Wydawało mi się, że tak jest dobrze.
- To ma być pocałunek?! - spytała psorka, kiedy graliśmy tę scenę przed nią na następnej próbie.
- A co innego? - spytałem z nutką bezczelności.
- Słuchajcie, dzieciaki. Ta sztuka jest bardzo ważna. Skupcie się. Pocałunek musi być... Pocałunkiem. Okej? Myślę, że jesteście dobrymi aktorami, mimo tak młodego wieku. Ta szkoła zobowiązuje. Poćwiczcie jeszcze. Nie wstydźcie się.
- Czyli co? - spytałem mojej Julii, kiedy Moon odeszła, by sprawdzić dekoracje. - Mamy się przelizać?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz