wtorek, 27 maja 2014

Wolfind: Od Raquel: nie-przygotowania do balu

Obudziłam się o 6. Szatańska godzina. Za oknami było jeszcze szaro. Nakryłam się kołdrą i zacisnęłam oczy. Śpij... Śpij, suko...
- Kurwa! - krzyknęłam, gwałtownie siadając na łóżku. Już nie zasnę. Nie ma bata.
Jęknęłam i nie bez trudu wstałam. Przetarłam oczy, licząc że pomoże mi się to obudzić. Nic a nic nie pomogło. Wyjrzałam przez okno. Siekł deszcz. Wymarzona pogoda na kolejny dzień w tej szkole idiotów... To nie jest tak, że mi się ona nie podoba... Chociaż nie. Może inaczej. Koszmarnie mi się nie podoba, rzygać mi się chce, jak patrzę na ten gmach, a ludzi bym pozabijała. Jednak kocham sztukę. Pozwala mi się odseparować od niewdzięcznego świata rojącego się od oszołomów.
Wyciągnęłam z szafy podkoszulek z czaszką i napisem "Punk Rock". Do tego moje ukochane skórzane spodnie. Nie spieszyłam się zbytnio z ubieraniem. Miałam mnóstwo czasu. I dobrze, bo nie posiadałam dostatecznej siły wewnętrznej, by robić cokolwiek szybciej.
Kiedy zastanawiałam się nad butami, mój wzrok przykuły lśniąco czarne, ozdobione ćwiekami. Miały słupkowy obcas, a był on dostatecznie długi, by trzeba było zrobić im nieprzeciętnie grubą podeszwę. Tak dawno ich nie nosiłam... Właściwie nie miałam ich na nogach ani razu od czasu przyjazdu tutaj. Kiedy chwyciłam je w dłonie z zamiarem ubrania, z jednego coś wypadło. Zmarszczyłam czoło. Strzykawka? Musiałam ją tu widocznie skitrać, żeby Chris nie znalazł. Podniosłam ją i obejrzałam. Nieużywana. Pusta. Może...
Rzuciłam buty na podłogę i dopadłam do łóżka. Pod materacem miałam kilka nie całkiem dozwolonych rzeczy; paczkę fajek (znów się kończą, trzeba skombinować), ostrą jak brzytwa maczetę i parę jointów. Nietknięte były. Za słabe dla mnie. Chyba je opchnę. Interesowało mnie jednak coś zgoła innego.
- Przecież było... Jeszcze trochę... Przedwczoraj widziałam... - mamrotałam pod nosem, przetrzepując całe łóżko. Wyrzuciłam pościel. Ponieważ rezultatu brak, cisnęłam wszystko z powrotem. Szuflada? Otworzyłam rzeczony mebel i zaczęłam szperać.

Godzinę później rozjuszona wychodziłam z budynku akademika. Nie miałam ochoty na śniadanie, ale na herę! Postanowiłam iść do Chrisa, do Sun Shine, i z nim poczekać na lekcje. Wpadłam na pomysł, by wybrać się na miasto po szkole i skołować jakiś kompot bez lipy.
Nagle, będąc pochłonięta szukaniem w telefonie jakiejś godnej piosenki, poczułam uderzenie. Było tak silne, że urządzenie wypadło mi z ręki i uderzyło o chodnik z trzaskiem plastiku.
- Szto djełajesz?! - wyrwało mi się po rosyjsku. Nie uraczywszy nawet spojrzeniem osoby, na którą wpadłam, schyliłam się po komórkę.
- Gomen nasai - mruknął drugi uczestnik wypadku. Co to był za język? Japoński?! W dodatku obawiałam się, że doskonale wiem, kim jest postać, która właśnie go użyła.
- Co ty pierdolisz? - spojrzałam krzywo na Elspeth.
- Ty po rusku, ja po japońsku - wzruszyła ramionami. - Swoją drogą nie miałam pojęcia, iż jesteś tak bardzo wyedukowana w jakiejkolwiek dziedzinie.
- Odkupujesz mi telefon - warknęłam i ukazałam blondynce usiany pajęczyną pęknięć dotykowy ekran.


Elspeth?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz