- Możesz poznać moją opinię - wyszczerzyłem się.
- Niee... Ty nie możesz widzieć tej kiecki - upierała się.
- Dlaczego? - mina zbitego psa.
- Bo nie - zaśmiała się. - Niespodzianka.
- Myślałem, że taka zasada obowiązuje jedynie przy ślubie - wytknąłem jęzor.
- Moje życie, moje zasady - oznajmiła.
Właśnie stanęliśmy pod akademikiem Sun Shine. Weszliśmy i zatrzymaliśmy się przed moim pokojem - mieszkam pod czwóreczką, tymczasem Sierra ma pokój trochę dalej i na innym piętrze.
- To co, widzimy się jutro w szkole?
- Tak - odpowiedziała, uśmiechając się promiennie.
- To dobranoc - wyszczerzyłem się i wszedłem do środka. Rzuciłem się na łóżko i z powodu względnej nudy (bo komu chce się odrabiać francuski?) po chwili namysłu sięgnąłem po gitarę.
- Przyjaźń, przyjaźń, przyjaźń... Oddanie... Umrzyjmy razem... Niee... Zgińmy razem! O, tak. Powinniśmy zginąć razem, a jeśli zginę sam... czas nie zagoi ran? - zastanawiałem się głośno nad jakimś chwytliwym tekstem. Przez dłuższy czas nic nie przychodziło mi do głowy.
W pewnym momencie jednak w moim umyśle jakby pękła jakaś tama. Pospiesznie wyjąłem spod poduszki notes i zacząłem poszukiwania piszącego długopisu - co nie jest proste w moim "posprzątanym inaczej" pokoju.
- Ogień... Widzę ogień... - mruczałem sam do siebie, szybko notując nieskładne strzępki myśli. Ogień pali drzewa, pali domy, pali... dusze? Pali wszystko. I coś o krwi...
Po dziesięciu minutach byłem w stanie zaśpiewać kilka pierwszych taktów.
- Widzę ogień... Ku górze płynie płomień... Jeśli ma się to zakończyć w ogniu, winniśmy spłonąć razem, a jeśli stanę się tylko obrazem w strzępkach twych myśli, nie zapomnij mnie... Chujowe - stwierdziłem i zacząłem brzdąkać bez celu, deklamując swoją nieidealną poezję.
- To jest to! - olśniło mnie. Wciąż powtarzałem dwa proste takty, uzupełniając je uderzeniami w pudło rezonansowe.
- I mam nadzieję, że mnie nie zapomnisz - zakończyłem słowa refrenu zdaniem kołaczącym się w mojej głowie od samego początku. Uśmiechnąłem się sam do siebie, spojrzałem na zegarek na ręku i zmarszczyłem czoło. Czas iść do wyra. Odłożyłem więc gitarę i szybko skoczyłem pod prysznic.
- Sierra! - podbiegłem do dziewczyny przy śniadaniu. Właśnie wsuwała jakąś sałatkę.
- No hej. Jak się spało? - obdarzyła mnie życzliwym uśmiechem.
- Super, ale mniejsza o to... Stworzyłem wczoraj dzieło tysiąclecia!
- Porządek w pokoju? - zażartowała.
- Nieee... Coś lepszego! Nie możesz jeść szybciej?!
- Mogę... Ale spokojnie. Jeszcze 30 minut do pierwszej lekcji. Siadaj - poprosiła i włożyła do ust koktajlowego pomidorka. - Dziś idę po sukienkę - przypomniała.
- Tak, wiem... No już?! - niecierpliwiłem się.
- No już! - zirytowana moim pospieszaniem Sierra odniosła do okienka talerz z na wpół nietkniętą sałatką i wyszła ze mną ze stołówki, a następnie z akademika. Po drodze zgarnąłem sprzed drzwi jadalni futerał z gitarą.
Poprowadziłem ją do ławeczki stojącej pod jednym z rosnących na terenie szkoły drzew. Latem dawały one przyjemny cień, teraz jednak służyły głównie jako bariera przed zimnym wiatrem.
- Szybko, bo zimno - powiedziała błagalnie.
- Okej... - mruknąłem. Nastroiłem szybko gitarę i zagrałem (oraz zaśpiewałem) moje wczorajsze dzieło. - I jak? - spytałem po zakończeniu. - Wiem, brzmi jak apel ekologów albo strażaków - dodałem pospiesznie.
Sierra?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz