- Lalunia - wyszczerzyłem się w szczerym uśmiechu. Zmarszczyła nosek.
- Dziękuję - powiedziała szybkim, wysokim głosem, jak gdyby przez całe życie czymś się zachwycała.
- Ale pierścionek oddaj, zaręczyn jeszcze nie było - zażartowałem. Przez chwilę jakby nie wiedziała o co chodzi, po czym pacnęła się w czoło i udała, że zdejmuje go z palca. Położyła powietrze na mojej rozwartej dłoni, a ja udałem, że chowam je do kieszeni, po czym oboje się roześmialiśmy.
- Co tam powiesz? - zagadnąłem, gdyż w sumie nie miałem pomysłu na temat do rozmowy.
- Świetnie jest! Trochę zimko... I zaraz mam matmę - uśmiech nie schodził jej z twarzy. Lubię takie laski.
- No popatrz, popatrz! Też zaraz mam matmę - mrugnąłem porozumiewawczo. - Nie lubię jej tak nawiasem mówiąc. Ale fiza gorsza.
- Matma to ZŁO - przytaknęła.
- Masz może ochotę ją odreagować? - zapytałem.
- Gdzie i kiedy?
- Szesnasta pod akademikiem? A potem może u mnie w pokoju. Sześć dziewięć. Numer ma - dopowiedziałem szybko, widząc jej minę. Otaczają mnie sami zboczeńcy... A może i ja jestem zboczeńcem?
Punkt szesnasta wyskoczyłem z drzwi wejściowych Sun Shine i, ponieważ Sary jeszcze nie było, usiadłem na betonowym klombie z tujami. Chuchnąłem w ręce. Wstrętna pogoda. Nie lubię zimy. Żeby chociaż był śnieg... Co za żal. Kiedyś pojadę gdzieś, gdzie jest śnieg. Może do Europy? W następne święta muszę namówić matkę na Paryż. Oczywiście Raquel wszystko spieprzy, bo ona ma paskudnie wyjebane na wszystko, co nie jest nią... Ech.
- Hej - usłyszałem nad sobą radosny głos kogoś, kto nie musi się niczym przejmować.
- No hej - uśmiechnąłem się do właścicielki rudej czupryny.
- Gdzie idziemy?
- A może masz jakąś sugestię?
- Wszystko jedno - wzruszyła ramionami.
- To może pizza? - zaświeciły mi się oczy. Kocham pizzę. Kocham, kocham, kocham. Zdałem sobie sprawę, że każdą nowo poznaną osobę zapraszam na pizzę...
- Może pizza - zgodziła się.
- Stawiam - zaznaczyłem. Sara wyraziła milczącą aprobatę, toteż raźnym krokiem spowodowanym zimnem ruszyliśmy na miasto.
Sara?





