Dylan O'Brien - Sun Shine
czwartek, 27 listopada 2014
Wolfind: od Iggy-Proces sądowy
-Iggelle! Ktoś do ciebie!-zawołała moja szefowa, a prawnie również moja matka. Jakiś czas temu udało jej się uzyskać do mnie prawa i już nie jestem zależna od tego pijusa.
-OK, zaraz idę!-zdjęłam fartuch z logo zakładu fryzjerskiego i zbiegłam na parter Glamour. Było już zamknięte, a ja zaraz miałam wracać do akademika. Pośrodku sali, w otoczeniu foteli fryzjerskich stał picuś-glancuś w garniturze i z przylizanym włosem.
-Pan do mnie?-spytałam. Facet spojrzał na mnie, jakbym była kosmitką-lesbijką i właśnie oświadczyłam, że zamierzam poślubić Kim Kardashian.
Uniosłam brwi.
-Iggy.-wykrztusił-To ja. Tata.
Stłumiłam nagłą furię i tylko uniosłam brwi.
-Mój ojciec to pijus, żul, obdartus i bankrut. Ja bardzo pana przepraszam, ale musiał mnie pan z kimś pomylić. Miłego dnia życzę.
Odwróciłam się i chciałam odejść.
-Iggy! Czekaj! Uwierz mi, zmieniłem się. Twoja mama, Jessica Nytal popełniła samobójstwo, bo miała słabe nerwy, śpiewałaś w kościele do ósmego roku życia, byłaś...
-Słabe... nerwy?-zapytałam cały czas odwrócona tyłem, drżąc z wściekłości-Słabe... nerwy!? TY mówisz, że MAMA miała słabe nerwy!? Twoje pijaństwo ją zabiło, a ty mówisz, że miała SŁABE NERWY!?-zaśmiałam się piskliwie. On, który śmie się nazywać moim ojcem, mało ojcem, TATĄ, zrobił krok do tyłu, przerażony.-Zabiłeś mamę! Nie zasługujesz na dziecko! Nie zasługujesz nawet na szacunek! Jesteś zwykłym pijakiem i mordercą!
Wykrzyczałam mu to w twarz. To i jeszcze parę innych zdań, nie nadających się do zapisania.
-Iggy... kochanie... córciu. Zrozum, że to nie moja wina. Ona mi przysięgała na dobre i na złe, a nie na miesiąc miodowy...
-MIESIĄC MIODOWY!?-ryknęłam-A ty ślubowałeś wierność i miłość! Właśnie widziałam, jaki ty byłeś jej wierny! Poważnie myślałeś, że nie widzimy tych wszystkich opitych lasek, które do nas sprowadzałeś i na ich rzecz kazałeś mamie spać na ziemi!? A jak ją biłeś, kiedy broniła moich podręczników, które ty chciałeś sprzedać, żeby zarobić na wódę!? Wynoś się stąd i zostaw mnie w spokoju, a jeśli jeszcze raz się pojawisz w Los Angeles, pozwę cię do sądu pod zarzutem gnębienia!
-I tak wkrótce zobaczymy się w sądzie! Ubiegam się o przywrócenie mi praw rodzicielskich!
-Ty... ty... nie powiem s********e , bo babcia była dobrą kobietą. Jesteś po prostu potworem. Potworem! POTWOREM!
-Do zobaczenia w sądzie w piątek o godzinie szesnastej!-krzyknął i wybiegł.
Dysząc ciężko stałam pośrodku salonu. Padłam na kolana i spuściłam głowę. Za sobą usłyszałam kroki, a moja szefowa położyła mi dłoń na ramieniu.
-Dlaczego... dlaczego się zgodziłaś? Czemu go nie wywaliłaś na zbity py*k? Nie chcesz mnie już?
-Iggy... Bardzo chcę. Jak nigdy nie mogłam mieć córki, tak ty mi ją zastąpiłaś. Ale to jego święte prawo, starać się o prawa do ciebie. To twój biologiczny ojciec. Ale i ty masz prawo wypowiedzieć się w sądzie. Tylko nie mów "Nie i już" tupiąc nóżką, tylko mów logicznie, przedstaw argumenty. Wykorzystaj urok osobisty. Oczaruj ich kulturą. Iggy... Iggy? Żyjesz?
Uniosłam głowę, olśniona.
-Potrzebny mi świadek. Czekaj tu!
Wyleciałam z salonu jak na skrzydłach.
~~*~~
-Cambell! Cambell, debilu, otwieraj! Jesteś mi potrzebny! Cambell, chole*a jasna, wychodź!
W drzwiach stanął nażelowany przystojniak.
-Słucham, słoneczko?
-Spotkamy się w sądzie, piątek, szesnasta!
-Co!?-zdziwił się-Co ja ci zrobiłem?
-Masz mi pomagać w sądzie. Idiota, który śmie się nazywać moim ojcem, stara się z powrotem o prawa do mnie. Ty masz mówić, że bez niego jestem silna, samodzielna i niezależna.
-OK. Poniekąd nie skłamię.
~~*~~
W piątek po południu ubrałam się w czerwony, elegancki kostium
i czerwone buty na obcasie
Razem z moją szefową Rebecką i Chrisem w garniturze wsiedliśmy do Mini Coopera Rebecki i pojechaliśmy pod sąd.
W sali był już ten... no, wiadomo kto i jego dziewczyna, czy tam ktoś. Plus jeszcze na ławach mały tłumek żądny wrażeń.
-Siadaj, nie rzucaj się w oczy, Cambell.
-No, nie wiem czy przy moich gabarytach to możliwe, ale spróbuję.
Uśmiechnąłem się pod nosem i poprawiłam koka. Na salę wszedł Wysoki Sąd, czyli wysoka brunetka w średnim wieku o zaciętym wyrazie twarzy. Tylko udaje taką twardą, z nią pójdzie łatwo.
Po formalnościach rozpoczynających rozprawę, mężczyzna wyszedł na środek i przedstawił swoją sprawę:
-Nazywam się Ezechiel Nytal, lat 42. Prowadzę niewielką sieć sklepów. Jestem tu, aby ubiegać się o odebrane mi prawa rodzicielskie do tu obecnej Iggelle Nytal, mojej córki.
-Dlaczego odebrano panu prawa rodzicielskie, panie Nytal?
-Przyznam się z boleścią, że popadłem w nałóg alkoholowy, a moja słaba nerwowo żona popełniła samobójstwo. Moja córka wyjechała bez mojej wiedzy do szkoły z internatem, a prawa rodzicielskie zyskała obca kobieta, po której nie wiadomo czego można się spodziewać.
-Protest, Wysoki Sądzie.-powiedziałam spokojnie, a głośno.
-Słucham, zapraszam do barierki. Proszę się przedstawić, wiek i aktualne zajęcie.
-Nazywam się Iggelle Nytal. lat szesnaście, jestem uczennicą w miejscowej szkole Hollywood Arts. Mężczyzna podający się za mojego ojca twierdzi, że jego żona, moja mama, Jessica Nytal z domu Smith popełniła samobójstwo z powodu słabych nerwów. Trzeba jednak wiedzieć wam, obecni i tobie, Wysoki Sądzie, że Jessica nie odebrała sobie życia od razu, gdy pan Ezechiel przyszedł pijany do domu po raz pierwszy, tylko po kilku zdradach, wielu pobiciach i kiedy wyrwał mi siłą kochanego pluszaka, którego zamienił na pieniądze na alkohol. Nie mogła już tego wytrzymać i powiesiła się przywiązując się za szyję do lampy i skacząc z krzesła. Od tego czasu zostałam sama na pastwę potwora.
-Sprzeciw, Wysoki Sądzie!-krzyknął Ezechiel.-O ile pamiętam, dziewczynce w moim domu nic się nie stało.
-Proszę o ciszę, panie Nytal.
Usiał zawstydzony.
-Jak już mówiłam, na pastwę potwora. A co do jego wcześniejszej wypowiedzi, nic się nie stało fizycznie, nie licząc oczywiście braku higieny i wygłodzenia, jednak co do twoich metod wychowawczych mam poważne zastrzeżenia. Nieraz, kiedy spraszał kolegów z ulicy na pijackie hulanki i hazard, uczyli mnie gier hazardowych mówiąc "Niech się dziecko czegoś nauczy pożytecznego na przyszłość". No, niech ktoś z obecnych mi powie, że to dobry przykład dla dziecka!-nikt się nie odezwał.-Kontynuując, korzystając z szansy jednaj na milion zapisałam się do szkoły, w której mogłabym rozwijać talent plastyczny.
-A czyżbyś u mnie nie mogła go rozwijać!?-rozgoryczył się.
-Oczywiście, że mogłam, jeśli za rozwijanie talentu uznać układanie na podłodze mozaik ze szkieł i kapsli po piwie.
Z tyłu sali rozległy się stłumione śmiechy. Wiedziałam, że należą do Chris'a i Rebecki. Sama byłam świadoma, że to co mówię może brzmieć śmiesznie, ale byłam gotowa zrobić wszystko, żeby z nimi zostać.
-Wysoki Sądzie, proszę o głos.
-Zapraszam do barierki, panie Nytal.
-Nie ma takiej potrzeby, to tylko jedno zdanie. Dlatego właśnie pokonałem nałóg i się ogarnąłem-bo córka bez ojca jest zagubiona w świecie i obca wszystkim.
Tylko na ten argument czekałam!
-Wysoki Sądzie, jeśli można, mam świadka, który mógłby temu zaprzeczyć. Jest to mój kolega szkolny, Christopher Cambell.
-Zapraszam, panie Cambell. Proszę podać wiek.
-Mam szesnaście lat i chciałbym zaprzeczyć słowom pana Nytal. Iggy, kiedy przyszła do szkoły nie była szarą myszką. Wręcz przedziwnie, udzielała się nawet nieco przesadnie.-uśmiechnął się. Miał na myśli oczywiście moje wezwania do dyrektorki w związku z bójkami.-Jest pewna siebie i samodzielna. Od razu mi zaimponowała i zaprzyjaźniliśmy się.
-Dziękuję, proszę usiąść.
Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Proszę teraz do barierki zastępczą matkę Iggelle.
Rebecka wstała i podeszła.
-Imię, nazwisko, wiek i aktualne zajęcie.
-Nazywam się Rebecka Tomson, mam 37 lat i prowadzę salon fryzjerski Glamour w Los Angeles.
-Proszę powiedzieć, kim dla pani jest Iggelle?
-Iggy z początku była moją pracownicą, stażystką. Do Hollywood Arts potrzebna jest praca, ponieważ uczniowie sami na siebie zarabiają. Potem, żeby mogła mieszkać u mnie w wakacje i nie wracać od domu, za jej zgodą oczywiście, wystarałam się o prawa rodzicielskie. Jesteśmy razem szczęśliwe, na co dzień mieszka w akademiku, w wakacje i dłuższe przerwy u mnie, za miastem.
-Dziękuję, proszę jeszcze raz Iggelle.
Podeszłam z bijącym sercem.
-Iggelle, Sąd podjął decyzję i potrzebuje twojej opinii- czy chcesz pozostać z Rebecką Tomson, czy wrócić do Ezechiela Nytal.
-Oczywiście, że lepiej mi z Rebecką!
-Zatem postanowione. Sąd postanowił-Iggelle Nytal zostanie w domu Rebecki Tomson i będzie kontynuować naukę w Hollywood Arts.
Całkiem niezależnie od siebie, podskoczyłam wysoko z krzykiem na ustach. Szybko pobiegłam do Chris'a i Rebecki.
-Tak bardzo ci dziękuję, Chris.-szepnęłam z rękami na jego szyi.
-O, mała!
Podniósł mnie i okręcił w powietrzu.
-Udało się, zostaję!
-Wiem, kochana.-Rebecka mnie przytuliła.
Spojrzałam na nich. Dwie najukochańsze istoty na świecie.
THE END! :D Uff, ponad godzina pisania :D
niedziela, 9 listopada 2014
Lioneart: od Vee do kogoś
Otworzyłam oczy. Obudził mnie budzik w telefonie. Jęknęłam niezadowolona i nie podnosząc głowy z poduszki zaczęłam szukać źródła nieprzyjemnego dźwięku. Po kilku sekundach udało mi się. Pokonałam potwora! Trochę jeszcze poleżałam rozmyślając jak będzie wyglądać akademia. Przecież mam się w niej uczyć przez kilka następnych lat. W końcu wstałam i podeszłam do szafy. Wybrałam z niej ubrania, a właściwie wyjęłam z niej te, które zostawiłam sobie na podróż pakując wczoraj walizkę.
Idąc do łazienki potknęłam się o kilka rzeczy. Kiedy dotarłam do celu przebrałam się i doprowadziłam do porządku. Wziąwszy ze sobą walizkę - którą potem pozostawiłam w przejściu - weszłam do kuchni. Zjadłam w biegu tosta z dżemem malinowym i popiłam kakao. Wytarłszy słodkie wąsy pobiegłam do samochodu gdzie już czekali na mnie rodzice. Jak się oni tam znaleźli tak szybko?
- Hej - powiedziałam. - Jedziemy?
Nie wiem kiedy podróż minęła. Bez przerwy patrzyłam za okno i słuchałam muzyki z radia. No dobrze, jeszcze zdążyłam narysować psa - i kilka innych rzeczy - tylko nie wiem, gdzie go widziałam.
Wyszłam z samochodu. Rozciągając się zerknęłam na akademię. Hm... Wyobrażałam ją sobie inaczej. Ta nie jest zła. W sumie... Całkiem fajnie wygląda! Wyjęłam z bagażnika walizkę i pożegnałam się z rodzicami. Zaczęłam prawie skacząc zmierzać w stronę szkoły. Jest tylko jeden problem - jak się tu odnaleźć? Biegałam po całym budynku w poszukiwaniu gabinetu dyrektorki, ale głównie robiłam tylko kółka. W końcu postanowiłam kogoś zapytać, więc złapałam jakąś dziewczynę przechodzącą obok.
- Hej, nie wiesz przypadkiem gdzie jest gabinet dyrektorki?
Ktoś?
Idąc do łazienki potknęłam się o kilka rzeczy. Kiedy dotarłam do celu przebrałam się i doprowadziłam do porządku. Wziąwszy ze sobą walizkę - którą potem pozostawiłam w przejściu - weszłam do kuchni. Zjadłam w biegu tosta z dżemem malinowym i popiłam kakao. Wytarłszy słodkie wąsy pobiegłam do samochodu gdzie już czekali na mnie rodzice. Jak się oni tam znaleźli tak szybko?
- Hej - powiedziałam. - Jedziemy?
Nie wiem kiedy podróż minęła. Bez przerwy patrzyłam za okno i słuchałam muzyki z radia. No dobrze, jeszcze zdążyłam narysować psa - i kilka innych rzeczy - tylko nie wiem, gdzie go widziałam.
Wyszłam z samochodu. Rozciągając się zerknęłam na akademię. Hm... Wyobrażałam ją sobie inaczej. Ta nie jest zła. W sumie... Całkiem fajnie wygląda! Wyjęłam z bagażnika walizkę i pożegnałam się z rodzicami. Zaczęłam prawie skacząc zmierzać w stronę szkoły. Jest tylko jeden problem - jak się tu odnaleźć? Biegałam po całym budynku w poszukiwaniu gabinetu dyrektorki, ale głównie robiłam tylko kółka. W końcu postanowiłam kogoś zapytać, więc złapałam jakąś dziewczynę przechodzącą obok.
- Hej, nie wiesz przypadkiem gdzie jest gabinet dyrektorki?
Ktoś?
Lioneart: Od Nicole do Vee
Wstałam wcześnie rano i zerknęłam na godzinę, widniejącą na ekranie blokady telefonu. 7:15. Tak szybko?
- Ugh - jęknęłam i wstałam z łóżka, po czym szybko udałam się do łazienki, gdzie się porządnie ( w miarę) ubrałam:
Następnie wzięłam plecak i po zamknięciu pokoju udałam się na dół. Julia widocznie już wyszła, może chciała jeszcze obejrzeć szkołe, czy coś. Ja udałam się na dół, pod klasę od angielskiego, gdzie zaskoczona dowiedziałam się o sprawdzianie. Wyjęłam szybko zeszyt. Faktycznie, zapisane miałam, ale czemu tego nie zauważyłam? Tego nie wiem. Starałam się skupić na powtarzaniu, ale było to niezmiernie trudne, bo tego co tu panowało, nie można było nazwać ciszą. Jednak nie to odwróciło moją uwagę. Przykuła ją pewna dziewczyna. Widocznie nowa, nie widziałam jej wcześniej. Pewnie klasa pierwsza. Domyśliłam się, że przyszła do nauczycielki od angielskiego, która miała ją pokierować do klasy i tak dalej. Była trochę spłoszona, nie dziwiłam się jej w gruncie rzeczy. Postanowiłam do niej podejść.
- Hej - powiedziałam. - Można się dosiąść?
Kiwnęła głową.
- Jestem Nicole. Ty tu nowa? - zadałam pytanie, na które odpowiedź była rzeczywista, ale nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
- Tak. Jestem Vee. - odparła nieśmiało.
(Vee? Tak bardzo długie i "ciekawe" opowiadanie... Mmm... ;_; )
- Ugh - jęknęłam i wstałam z łóżka, po czym szybko udałam się do łazienki, gdzie się porządnie ( w miarę) ubrałam:
Następnie wzięłam plecak i po zamknięciu pokoju udałam się na dół. Julia widocznie już wyszła, może chciała jeszcze obejrzeć szkołe, czy coś. Ja udałam się na dół, pod klasę od angielskiego, gdzie zaskoczona dowiedziałam się o sprawdzianie. Wyjęłam szybko zeszyt. Faktycznie, zapisane miałam, ale czemu tego nie zauważyłam? Tego nie wiem. Starałam się skupić na powtarzaniu, ale było to niezmiernie trudne, bo tego co tu panowało, nie można było nazwać ciszą. Jednak nie to odwróciło moją uwagę. Przykuła ją pewna dziewczyna. Widocznie nowa, nie widziałam jej wcześniej. Pewnie klasa pierwsza. Domyśliłam się, że przyszła do nauczycielki od angielskiego, która miała ją pokierować do klasy i tak dalej. Była trochę spłoszona, nie dziwiłam się jej w gruncie rzeczy. Postanowiłam do niej podejść.
- Hej - powiedziałam. - Można się dosiąść?
Kiwnęła głową.
- Jestem Nicole. Ty tu nowa? - zadałam pytanie, na które odpowiedź była rzeczywista, ale nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
- Tak. Jestem Vee. - odparła nieśmiało.
(Vee? Tak bardzo długie i "ciekawe" opowiadanie... Mmm... ;_; )
piątek, 7 listopada 2014
Wolfind: od Iggy do Chris'a
Cała szkoła nie gadałoa o niczym, tylko o tych gościach z wymiany. Jak dla mnie spoko, ale żeby się aż tak ekscytować? Przesada, aż brak doniczek. Ja, nikogo na szczęście nie przyjęłam, poza tym i tak bym się pewnie nie zgodziła. Po co mi dodatkowa cegła do plecaka? No, ale do Anglii to bym chętnie pojechała. Paryż obskoczyłam w wieku 6 lat. Tak samo Madryt, Barcelonę, Berlin i Nowy Jork. Ale w Londynie, o dziwo, nigdy nie byłam. Trzeba to nadrobić.
Nie jestem do końca pewna, co mi się śniło, ale był tam Chris i biblioteka. On mi coś pokazywał, a ja się śmiałam. To, z czego się śmiałam było wielce zabawne, tylko nie pamiętam, co to było! Wiem tyle, że po przeudzeniu nadal się śmiałam. A może to było jeszcze przed budzikiem? Nie wiem. Śmieszne było na pewno.
Leżałam i próbowałam przypomnieć sobie swój sen, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Pisnęłam i podciągnęłam kołdrę pod brodę.
-Dzieńdobry, mała! Co u ciebie, Nytal?
Odetchnęłam z ulgą, a chwilę potem ze złością parsknęłam. To był tylko i aż Cambell, mój szurnięty i zboczony, ale kochany przyjaciel. Filozoficzna myśl, jak zwykle nie na miejscu, kiedy leżę pod kołdrą, a w moim pokoju krząta się moje przekleństwo- czasem, a nawet częściej, mam ochotę go zabić, ale nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś mu się stało. Chybabym go zabiła...
-Co ty tu robisz, debilu! Nie widzisz, że goła jestem!
Chłopak spojrzał na moje ramię wystające spod kołdry, stwierdził, że mam nie jest nagie i wzruszył ramionami.
-Masz piżamkę.
-Później pogadamy, a teraz won! No, chyba, że cię zabiję!
-Ile razy zamierzasz mnie zabijać?-spytał złośliwie.
-Precz!-wydarłam się i rzuciłam w niego poduszką, co było błędem, gdyż byłam o nią oparta, i gdy sama ją wyjęłam spod swojej głowy, boleśnie wyrżnęłam w ścianę. Chris jeszcze parsknął śmiechem na pożegnanie i wyskoczył niczym gazela z pokoju, zamykając drzwi. Ja wyszłam spod kołdry, wzięłam ubranie z szafy i dla bezpieczeństwa poszłam si,ę ubrać do łazienki. Dodatkową ochroną było zamknięcie na klucz.
Wyszłam z łazienki ubrana
i zawołałam.
-Właź, debilu i mów czemu zakłócasz mój spokój!
-Witaj, kochanie. Ja ciebie też!
-Jak też mnie nienawidzisz to co tu robisz?
- Nasz ranny ptaszek uroczy jak zawsze.
-Mów co ci chodzi pod tymi kłakami na żelu!?
-Mam fajną sprawę. Będzie śmiesznie.
~~~*~~~
Debil zaprowadził mnie do biblioteki.
-Czego my tu szukamy?
-Znalazłem coś fajnego.
-Chwileczkę... a czego TY szukałeś w BIBLIOTECE? Nagła miłość do książek się objawiła?-zaczęłam się krztusić ze śmiechu, nie tylko z powodu, że Cambell wszedł do biblioteki, a co więcej znalazł w niej coś CIEKAWEGO dla niego. Drugim powodem był fakt, że już wiem, co mi się śniło.
-OK, co masz ciekawego?-spytałam kiedy się trochę ogarnęłam i zostałam upomniana przez bibliotekarkę.
-Zagadkę. Możemy odkryć epicki skarb, dziewczyno!-złapał mnie za ramiona i potrząsnął.
-Dobra, dobra. Nie ekscytuj się tak. Co to jest?
Chris???
Nie jestem do końca pewna, co mi się śniło, ale był tam Chris i biblioteka. On mi coś pokazywał, a ja się śmiałam. To, z czego się śmiałam było wielce zabawne, tylko nie pamiętam, co to było! Wiem tyle, że po przeudzeniu nadal się śmiałam. A może to było jeszcze przed budzikiem? Nie wiem. Śmieszne było na pewno.
Leżałam i próbowałam przypomnieć sobie swój sen, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Pisnęłam i podciągnęłam kołdrę pod brodę.
-Dzieńdobry, mała! Co u ciebie, Nytal?
Odetchnęłam z ulgą, a chwilę potem ze złością parsknęłam. To był tylko i aż Cambell, mój szurnięty i zboczony, ale kochany przyjaciel. Filozoficzna myśl, jak zwykle nie na miejscu, kiedy leżę pod kołdrą, a w moim pokoju krząta się moje przekleństwo- czasem, a nawet częściej, mam ochotę go zabić, ale nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś mu się stało. Chybabym go zabiła...
-Co ty tu robisz, debilu! Nie widzisz, że goła jestem!
Chłopak spojrzał na moje ramię wystające spod kołdry, stwierdził, że mam nie jest nagie i wzruszył ramionami.
-Masz piżamkę.
-Później pogadamy, a teraz won! No, chyba, że cię zabiję!
-Ile razy zamierzasz mnie zabijać?-spytał złośliwie.
-Precz!-wydarłam się i rzuciłam w niego poduszką, co było błędem, gdyż byłam o nią oparta, i gdy sama ją wyjęłam spod swojej głowy, boleśnie wyrżnęłam w ścianę. Chris jeszcze parsknął śmiechem na pożegnanie i wyskoczył niczym gazela z pokoju, zamykając drzwi. Ja wyszłam spod kołdry, wzięłam ubranie z szafy i dla bezpieczeństwa poszłam si,ę ubrać do łazienki. Dodatkową ochroną było zamknięcie na klucz.
Wyszłam z łazienki ubrana
i zawołałam.
-Właź, debilu i mów czemu zakłócasz mój spokój!
-Witaj, kochanie. Ja ciebie też!
-Jak też mnie nienawidzisz to co tu robisz?
- Nasz ranny ptaszek uroczy jak zawsze.
-Mów co ci chodzi pod tymi kłakami na żelu!?
-Mam fajną sprawę. Będzie śmiesznie.
~~~*~~~
Debil zaprowadził mnie do biblioteki.
-Czego my tu szukamy?
-Znalazłem coś fajnego.
-Chwileczkę... a czego TY szukałeś w BIBLIOTECE? Nagła miłość do książek się objawiła?-zaczęłam się krztusić ze śmiechu, nie tylko z powodu, że Cambell wszedł do biblioteki, a co więcej znalazł w niej coś CIEKAWEGO dla niego. Drugim powodem był fakt, że już wiem, co mi się śniło.
-OK, co masz ciekawego?-spytałam kiedy się trochę ogarnęłam i zostałam upomniana przez bibliotekarkę.
-Zagadkę. Możemy odkryć epicki skarb, dziewczyno!-złapał mnie za ramiona i potrząsnął.
-Dobra, dobra. Nie ekscytuj się tak. Co to jest?
Chris???
Sun Shine: od Sary CD Will'a
-A co do ciebie-odezwał się-To ty też jesteś spoko. Ujdziesz w tłoku.
Zaczęliśmy się śmiać, już po raz któryś tego dnia.
-Chodźmy na ten obiad-powiedziałam i wskoczyłam na poręcz.
-Sara? Co ty odstawiasz?-wyszczerzył się Will.
-No, jadę na obiad... łiiiiii!
Chłopak roześmiał się głośno, aż usłyszałam na dole.
-Jesteś nienormalna!
-Dziękuję!
-Teraz ja jadę!
Chłopak zjechał po poręczy, jednak ćwiczenie nadal czyni mistrza, a ów chłopaczek nie miał wprawy w zjeżdżaniu z naszej poręczy. Nie zdążył zeskoczyć i upadł tuż przede mną.
Dostałam ataku głupawki.
-Chodź, pomogę ci wstać.
Wyciągnęłam do niego rękę, a on za nią złapał i pociągnął mnie na dół, co było błędem, gdyż spadłam na niego.
Moje i jego policzki zabarwiły rumieńce. Wstałam szybko, z nieśmiałym uśmiechem patrząc na niego jak się podnosi.
-Ten... tego. Policzki ci do włosów pasują.-powiedział niezręcznie, co ja skomentowałam parsknięciem.
-A tak właściwie... co na obiad?
-Z tego co wiem, angielska kuchnia, tak na powitanie.
-Pysznie! Mam ochotę na herbatkę z mlekiem.
Weszliśmy do stołówki, i po odstaniu swojego siedliśmy do stołu. Pijąc herbatę z mlekiem nie odzywaliśmy sie do siebie, a ja miałam przed oczami tylko jedno- tę chwilę, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy, po tym, jak tak niefortunnie na niego spadłam.
A może to właśnie dobrze? Może to takie, pozornie niestotne upadki, zaważają na naszym życiu?
Will?
Zaczęliśmy się śmiać, już po raz któryś tego dnia.
-Chodźmy na ten obiad-powiedziałam i wskoczyłam na poręcz.
-Sara? Co ty odstawiasz?-wyszczerzył się Will.
-No, jadę na obiad... łiiiiii!
Chłopak roześmiał się głośno, aż usłyszałam na dole.
-Jesteś nienormalna!
-Dziękuję!
-Teraz ja jadę!
Chłopak zjechał po poręczy, jednak ćwiczenie nadal czyni mistrza, a ów chłopaczek nie miał wprawy w zjeżdżaniu z naszej poręczy. Nie zdążył zeskoczyć i upadł tuż przede mną.
Dostałam ataku głupawki.
-Chodź, pomogę ci wstać.
Wyciągnęłam do niego rękę, a on za nią złapał i pociągnął mnie na dół, co było błędem, gdyż spadłam na niego.
Moje i jego policzki zabarwiły rumieńce. Wstałam szybko, z nieśmiałym uśmiechem patrząc na niego jak się podnosi.
-Ten... tego. Policzki ci do włosów pasują.-powiedział niezręcznie, co ja skomentowałam parsknięciem.
-A tak właściwie... co na obiad?
-Z tego co wiem, angielska kuchnia, tak na powitanie.
-Pysznie! Mam ochotę na herbatkę z mlekiem.
Weszliśmy do stołówki, i po odstaniu swojego siedliśmy do stołu. Pijąc herbatę z mlekiem nie odzywaliśmy sie do siebie, a ja miałam przed oczami tylko jedno- tę chwilę, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy, po tym, jak tak niefortunnie na niego spadłam.
A może to właśnie dobrze? Może to takie, pozornie niestotne upadki, zaważają na naszym życiu?
Will?
sobota, 1 listopada 2014
Sun Shine: Od Ethana cd. Sierry
- Jak tam, mała? - Wyszczerzyłem się w uśmiechu.
- Mała? - Dziewczyna uniosła ze zdziwieniem brew.
- No chyba nie duża? - zapytałem zaczepnie, spoglądając na nią z góry. Byłem wyższy co najmniej o głowę.
Wzruszyła ramionami.
- W porządku. Wakacje jak wakacje. A twoje jak?
- To samo - odparłem z uśmiechem. - Kosz i gitara. Co można robić przez wakacje?
W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. Pewne wakacyjne popołudnie...
- To jak młody, idziesz z nami?
Jeden z kumpli mojego brata, niejaki Jason, wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. W odpowiedzi delikatnie uniosłem kąciki ust i wróciłem do strojenia gitary.
- Nigdzie nie idzie! - Do salonu wparował mój starszy braciszek, Taylor, poprawiając kołnierzyk koszuli. Przewróciłem oczami. Koledzy często denerwowali go w ten sposób i mieli radochę z jego protestów.
- I tak nie miałem zamiaru - mruknąłem, grając gamę.
- Coś ty, młody, idziesz, idziesz! - zaprotestował drugi kolega Taylora, czarnowłosy Damon. - Masz już piętnaście lat, koniec dziecinady! Zabieramy cię na męską imprezę.
Hm... Czyżby tym razem mówili na serio?
- Nieprawda! Nigdzie go nie zabieramy!
- Ktoś tu się bulwersuje - powiedział do mnie Jason teatralnym szeptem.
Widziałem kątem oka, jak Taylor zabija mnie wzrokiem, toteż odpowiedziałem szybko:
- Dzięki, chłopaki, ale ja raczej zostanę w domu.
- Daj spokój! - wykrzyknął Damon. - Masz zamiar cały wieczór grać na tym banjo? Robiłeś to codziennie przez ostatni rok!
- Właściwie może pograłbym w kosza.
- Jutro też jest dzień! Idziemy do najlepszej imprezowni w LA! Wreszcie wyrwiesz sobie laseczkę. - Damon trącił mnie łokciem.
- Ej! Czy do was nie dociera, że ja go nigdzie nie biorę?! - Taylor był już nieźle wkurzony. Przejechał palcami po blond włosach postawionych na żel.
Z tymi swoimi idealnie białymi zębami, idealną czerwoną koszulą, nowymi ciemnymi jeansami, najmodniejszymi air maxami i błyskiem szaleństwa w piwnych oczach wyglądał jak milion dolarów. Znów miał pewnie ambicję znalezienia panny na wieczór i pobawienia się z nią do rana. Cóż, jak kto lubi.
- Tay, wrzuć na luz. Niech się raz chłopak zabawi.
- Niech się bawi, ale beze mnie.
W napięciu obserwowałem tę scenkę. W sumie nawet bym sobie z nimi wyszedł. Nie było jednak szans, by Taylor się na to zgodził.
- No weź!
- I tak go nie wpuszczą. - Mój brat wyciągał najróżniejsze argumenty.
- Przecież on wygląda na o wiele starszego!
- Bzdura. Zresztą nie jestem niańką! Jak chce się bawić to niech idzie do piaskownicy.
Moje usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Taylor był starszy tylko o trzy lata, a szarogęsił się, jakby miał przed sobą nieznośnego berbecia.
- Przecież nie musi wszędzie z nami łazić - powiedział Jason. - On pójdzie w swoją stronę, my w swoją. Będziesz miał ten swój wieczór.
Taylor błądził wściekłym spojrzeniem po twarzach naszej trójki. Spuściłem głowę i zacząłem udawać, że śmiertelnie zainteresowało mnie coś w gitarze. Spodziewałem się wybuchu gniewu i agresji. Ku mojemu zdziwieniu brat westchnął ciężko.
- Dobra, gnido. Ubierz się jakoś normalnie. Czekamy w aucie. Chodźcie, chłopaki.
Damon mrugnął do mnie porozumiewawczo i podążył za pozostałą dwójką.
Kilkanaście minut później pędziliśmy pustą, oświetloną szosą, siedząc w jasnoczerwonym kabriolecie mojego braciszka. Chłopaki jechali na stojąco, krzyczeli i żłopali piwo, ja natomiast czułem się jak bobas, któremu nic nie wolno i na którego wciąż trzeba uważać. Brakowało mi tylko fotelika.
Auto zatrzymało się przed jakimś klubem, od którego światło neonów biło na odległość kilometra. Ryk silnika i dudniące basy bujające samochodem zagłuszyła skutecznie fala jakiegoś żenującego techno wylewająca się z imprezowni. Taylor, Damon i Jason wyskoczyli z samochodu nawet nie otwierając drzwi. Nie omieszkali stanąć przy tym z buciorami na czarnej skórzanej tapicerce. Taki lans. Ja wysiadłem drzwiami jak cywilizowany człowiek. Jeśli zepsułbym cokolwiek w tym aucie, Taylor powyrywałby mi nogi z dupy, rozciął brzuch, zatańczył na moich flakach i odrąbał łeb. Milutki, prawda?
Weszliśmy. Na poczatku trzymaliśmy się razem, żeby żaden ochroniarz mnie nie wyłapał. Potem mój brat z kumplami wysunęli się do przodu, przy czym krok ich stał się tak szybki, że miałem trudności z niestraceniem ich z oczu.
Zauważyłem, że przechodzą do innego pomieszczenia. Pognałem za nimi, przepychając się przez tłum ludzi tańczących na kolorowym parkiecie, sączących przy dużym drewnianym barze rozmaite wymyślne drinki lub rozmawiających żywo, nie zwracając uwagi na to, że blokuję przejście.
- Dowód proszę. - Drogę zagrodził mi wysoki, dobrze zbudowany ochroniarz.
- Yyy... - Rozejrzałem się w panice. Za dryblasem dostrzegłem wysyłającego mi jakieś znaki Damona.
- Ethan, chodź już! - zawołał.
Już miałem zaprzeczyć, pytając przy okazji, czy przypadkiem nie zauważył stojącego mi na drodze goryla, kiedy zrozumiałem co chciał mi przekazać tym bezładnym tańcem gestów. Zacząłem udawać, że przetrzepuję kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. Sprawdzałem wszystkie po pięć razy, żeby zajęło mi to jak najwięcej czasu.
- Ethan!
- Moment!
- Szybciej!
- Dobrze! - Ochroniarz podniósł głos. Widowisko obserwowało już sporo osób. - Dobrze, wchodź. - Głową wskazał wyjście za sobą i przesunął się w prawo. Bacznie mnie jednak obserwował.
Zadowolony przekroczyłem próg i podszedłem do chłopaków. Damon przybił mi męską piątkę.
- Brawo, młody.
Taylor za to miał muchy w nosie.
- Dopiero się zaczyna, a z nim już są kłopoty - warknął.
Nie przejmowałem się tym, co mówił. Rozejrzałem się po sali. Grało tu głośne, dudniące techno. Wszędzie były różnokolorowe światła. Na skórzanych kanapach siedzieli sami faceci, głównie starzy i obleśni. Głośno krzyczeli, śmiali się i cieszyli. Na środku sali, otoczone stolikami i miejscami siedzącymi, znajdowało się podwyższenie będące swego rodzaju sceną. Z sufitem łączyły ją trzy stalowe, błyszczące rury, które bynajmniej nie należały do strażaków. Wokół nich wiły się niczym węże trzy młode dziewczyny. Mogły być w wieku mojego brata i jego ziomków. Ubrane były w seksowną bieliznę z koronkami i wstążeczkami - choć właściwie celniej byłoby wyrazić się: "były rozebrane do bielizny". Ludzie mówią, że taniec na rurze to sport i sztuka. Może i tak, ale w takim wypadku tego, co robiły te panny, tańcem nazwać nie przystoi.
Poczułem nagłe szarpnięcie za łokieć. Odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w zagniewane oczy Taylora.
- Jeśli powiesz matce... Jeśli powiesz jej cokolwiek... - syczał przez zaciśnięte zęby.
- To co? - Spojrzałem na niego wyzywająco. - To co? Nie jestem głupi, nie pisnę słowa - warknąłem i wyrwałem się z uścisku.
Zajęliśmy miejsca w rogu sali. Chłopaki nonszalancko rozsiedli się na czarnych skórach. Taylor skinął na skąpo ubraną kelnerkę i poprosił o trzy drinki, których nazw nie zdołałem zapamiętać.
- A dla niego? - zapytał Damon, kiedy dziewczyna się oddaliła.
- Ani mi się śni! - warknął brat.
- Kelnerka! - Damon przywołał kolejną dziewczynę z tacą. - Cherry raz.
Po kilku minutach przyniesiono nam napoje. Cherry było mocne. Bardzo mocne. Oddałem Damonowi trzy dolce za napój, po czym wszyscy czterej zaczęliśmy oglądać pokaz. Cóż, ja jako muzyk widziałem w tym jedynie słabe wygibasy, których nijak nie można było nazwać tańcem, jednak reszta towarzystwa wpatrywała się w tancerki jak urzeczona. Ślina ciekła im do podłogi, a przyrodzenie stawało równym rzędem. Przed oczami znów stanęły mi te ogromne tyłki...
- Ethan!
- Ee... co? - Spojrzałem na Sierrę skonfundowany.
- Zapytałam cię o coś.
- Możesz powtórzyć?
Sierra?
- Mała? - Dziewczyna uniosła ze zdziwieniem brew.
- No chyba nie duża? - zapytałem zaczepnie, spoglądając na nią z góry. Byłem wyższy co najmniej o głowę.
Wzruszyła ramionami.
- W porządku. Wakacje jak wakacje. A twoje jak?
- To samo - odparłem z uśmiechem. - Kosz i gitara. Co można robić przez wakacje?
W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. Pewne wakacyjne popołudnie...
- To jak młody, idziesz z nami?
Jeden z kumpli mojego brata, niejaki Jason, wyszczerzył się do mnie w uśmiechu. W odpowiedzi delikatnie uniosłem kąciki ust i wróciłem do strojenia gitary.
- Nigdzie nie idzie! - Do salonu wparował mój starszy braciszek, Taylor, poprawiając kołnierzyk koszuli. Przewróciłem oczami. Koledzy często denerwowali go w ten sposób i mieli radochę z jego protestów.
- I tak nie miałem zamiaru - mruknąłem, grając gamę.
- Coś ty, młody, idziesz, idziesz! - zaprotestował drugi kolega Taylora, czarnowłosy Damon. - Masz już piętnaście lat, koniec dziecinady! Zabieramy cię na męską imprezę.
Hm... Czyżby tym razem mówili na serio?
- Nieprawda! Nigdzie go nie zabieramy!
- Ktoś tu się bulwersuje - powiedział do mnie Jason teatralnym szeptem.
Widziałem kątem oka, jak Taylor zabija mnie wzrokiem, toteż odpowiedziałem szybko:
- Dzięki, chłopaki, ale ja raczej zostanę w domu.
- Daj spokój! - wykrzyknął Damon. - Masz zamiar cały wieczór grać na tym banjo? Robiłeś to codziennie przez ostatni rok!
- Właściwie może pograłbym w kosza.
- Jutro też jest dzień! Idziemy do najlepszej imprezowni w LA! Wreszcie wyrwiesz sobie laseczkę. - Damon trącił mnie łokciem.
- Ej! Czy do was nie dociera, że ja go nigdzie nie biorę?! - Taylor był już nieźle wkurzony. Przejechał palcami po blond włosach postawionych na żel.
Z tymi swoimi idealnie białymi zębami, idealną czerwoną koszulą, nowymi ciemnymi jeansami, najmodniejszymi air maxami i błyskiem szaleństwa w piwnych oczach wyglądał jak milion dolarów. Znów miał pewnie ambicję znalezienia panny na wieczór i pobawienia się z nią do rana. Cóż, jak kto lubi.
- Tay, wrzuć na luz. Niech się raz chłopak zabawi.
- Niech się bawi, ale beze mnie.
W napięciu obserwowałem tę scenkę. W sumie nawet bym sobie z nimi wyszedł. Nie było jednak szans, by Taylor się na to zgodził.
- No weź!
- I tak go nie wpuszczą. - Mój brat wyciągał najróżniejsze argumenty.
- Przecież on wygląda na o wiele starszego!
- Bzdura. Zresztą nie jestem niańką! Jak chce się bawić to niech idzie do piaskownicy.
Moje usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Taylor był starszy tylko o trzy lata, a szarogęsił się, jakby miał przed sobą nieznośnego berbecia.
- Przecież nie musi wszędzie z nami łazić - powiedział Jason. - On pójdzie w swoją stronę, my w swoją. Będziesz miał ten swój wieczór.
Taylor błądził wściekłym spojrzeniem po twarzach naszej trójki. Spuściłem głowę i zacząłem udawać, że śmiertelnie zainteresowało mnie coś w gitarze. Spodziewałem się wybuchu gniewu i agresji. Ku mojemu zdziwieniu brat westchnął ciężko.
- Dobra, gnido. Ubierz się jakoś normalnie. Czekamy w aucie. Chodźcie, chłopaki.
Damon mrugnął do mnie porozumiewawczo i podążył za pozostałą dwójką.
Kilkanaście minut później pędziliśmy pustą, oświetloną szosą, siedząc w jasnoczerwonym kabriolecie mojego braciszka. Chłopaki jechali na stojąco, krzyczeli i żłopali piwo, ja natomiast czułem się jak bobas, któremu nic nie wolno i na którego wciąż trzeba uważać. Brakowało mi tylko fotelika.
Auto zatrzymało się przed jakimś klubem, od którego światło neonów biło na odległość kilometra. Ryk silnika i dudniące basy bujające samochodem zagłuszyła skutecznie fala jakiegoś żenującego techno wylewająca się z imprezowni. Taylor, Damon i Jason wyskoczyli z samochodu nawet nie otwierając drzwi. Nie omieszkali stanąć przy tym z buciorami na czarnej skórzanej tapicerce. Taki lans. Ja wysiadłem drzwiami jak cywilizowany człowiek. Jeśli zepsułbym cokolwiek w tym aucie, Taylor powyrywałby mi nogi z dupy, rozciął brzuch, zatańczył na moich flakach i odrąbał łeb. Milutki, prawda?
Weszliśmy. Na poczatku trzymaliśmy się razem, żeby żaden ochroniarz mnie nie wyłapał. Potem mój brat z kumplami wysunęli się do przodu, przy czym krok ich stał się tak szybki, że miałem trudności z niestraceniem ich z oczu.
Zauważyłem, że przechodzą do innego pomieszczenia. Pognałem za nimi, przepychając się przez tłum ludzi tańczących na kolorowym parkiecie, sączących przy dużym drewnianym barze rozmaite wymyślne drinki lub rozmawiających żywo, nie zwracając uwagi na to, że blokuję przejście.
- Dowód proszę. - Drogę zagrodził mi wysoki, dobrze zbudowany ochroniarz.
- Yyy... - Rozejrzałem się w panice. Za dryblasem dostrzegłem wysyłającego mi jakieś znaki Damona.
- Ethan, chodź już! - zawołał.
Już miałem zaprzeczyć, pytając przy okazji, czy przypadkiem nie zauważył stojącego mi na drodze goryla, kiedy zrozumiałem co chciał mi przekazać tym bezładnym tańcem gestów. Zacząłem udawać, że przetrzepuję kieszenie w poszukiwaniu dokumentów. Sprawdzałem wszystkie po pięć razy, żeby zajęło mi to jak najwięcej czasu.
- Ethan!
- Moment!
- Szybciej!
- Dobrze! - Ochroniarz podniósł głos. Widowisko obserwowało już sporo osób. - Dobrze, wchodź. - Głową wskazał wyjście za sobą i przesunął się w prawo. Bacznie mnie jednak obserwował.
Zadowolony przekroczyłem próg i podszedłem do chłopaków. Damon przybił mi męską piątkę.
- Brawo, młody.
Taylor za to miał muchy w nosie.
- Dopiero się zaczyna, a z nim już są kłopoty - warknął.
Nie przejmowałem się tym, co mówił. Rozejrzałem się po sali. Grało tu głośne, dudniące techno. Wszędzie były różnokolorowe światła. Na skórzanych kanapach siedzieli sami faceci, głównie starzy i obleśni. Głośno krzyczeli, śmiali się i cieszyli. Na środku sali, otoczone stolikami i miejscami siedzącymi, znajdowało się podwyższenie będące swego rodzaju sceną. Z sufitem łączyły ją trzy stalowe, błyszczące rury, które bynajmniej nie należały do strażaków. Wokół nich wiły się niczym węże trzy młode dziewczyny. Mogły być w wieku mojego brata i jego ziomków. Ubrane były w seksowną bieliznę z koronkami i wstążeczkami - choć właściwie celniej byłoby wyrazić się: "były rozebrane do bielizny". Ludzie mówią, że taniec na rurze to sport i sztuka. Może i tak, ale w takim wypadku tego, co robiły te panny, tańcem nazwać nie przystoi.
Poczułem nagłe szarpnięcie za łokieć. Odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w zagniewane oczy Taylora.
- Jeśli powiesz matce... Jeśli powiesz jej cokolwiek... - syczał przez zaciśnięte zęby.
- To co? - Spojrzałem na niego wyzywająco. - To co? Nie jestem głupi, nie pisnę słowa - warknąłem i wyrwałem się z uścisku.
Zajęliśmy miejsca w rogu sali. Chłopaki nonszalancko rozsiedli się na czarnych skórach. Taylor skinął na skąpo ubraną kelnerkę i poprosił o trzy drinki, których nazw nie zdołałem zapamiętać.
- A dla niego? - zapytał Damon, kiedy dziewczyna się oddaliła.
- Ani mi się śni! - warknął brat.
- Kelnerka! - Damon przywołał kolejną dziewczynę z tacą. - Cherry raz.
Po kilku minutach przyniesiono nam napoje. Cherry było mocne. Bardzo mocne. Oddałem Damonowi trzy dolce za napój, po czym wszyscy czterej zaczęliśmy oglądać pokaz. Cóż, ja jako muzyk widziałem w tym jedynie słabe wygibasy, których nijak nie można było nazwać tańcem, jednak reszta towarzystwa wpatrywała się w tancerki jak urzeczona. Ślina ciekła im do podłogi, a przyrodzenie stawało równym rzędem. Przed oczami znów stanęły mi te ogromne tyłki...
- Ethan!
- Ee... co? - Spojrzałem na Sierrę skonfundowany.
- Zapytałam cię o coś.
- Możesz powtórzyć?
Sierra?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






