sobota, 16 sierpnia 2014

czwartek, 14 sierpnia 2014

Zakończenie roku szkolnego!

Z poślizgiem, bo z poślizgiem, jednak informuję was, że 11 sierpnia oficjalnie zakończyliśmy pierwszy rok szkolny w Hollywood Arts. Wszyscy uczniowie przeszli klasę, są już w klasie drugiej, co mogą sobie zobaczyć w swoich formularzach.

Punktacja domów pod koniec roku szkolnego miała się następująco:
IV miejsce zajęło Clevouse z 55 punktami.
III miejsce należy do akademika Sun Shine, który zdobył 525 punktów.
Walka o II i I miejsce była zażarta. II miejsce zajął Lioneart z ilością punktów - 615.
Nie jest więc niespodzianką, że zwycięża akademik Wolfind z liczbą 695 punktów i to on zdobywa główną nagrodę, jaką w tym roku był stół bilardowy. Gratulacje!

Częściowo z winy, że w połowie roku odeszła kapitanka, częściowo z powodu frekwencji, a na ostatku z niedbałości administracji nie odbyły się żadne zawody w siatkówkę. Obiecuję zorganizować je w przyszłym roku. Jeśli skompletujemy drużynę koszykówki, zawody rozegrają również chłopcy. Z racji ilości dziewcząt w szkole, od nowego roku powstanie grupa cheerleaderek, przy czym nie będzie miał znaczenia profil danej uczennicy.

To chyba wszystko, co chciałam powiedzieć. Więc dziękuję i miłych wakacji!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Sun Shine: Od Chrisa cd. Kat

- Teraz to już trzeba będzie kupić kwiaty i zamówić stolik w najdroższej restauracji w mieście. Współczuję, stary - powiedział Mike, dość mocno, jednak przyjaźnie, klepiąc mnie po plecach. Po chwili dodał: - Co ci jest?
Kiedy mnie dotknął, zgiąłem się w pół, sycząc z bólu.
- Nie wiem... - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Boli jak diabli...
- Co cię boli? - spytał rzeczowo Ethan.
- Żebra...
- Serio mogą być popękane. Może nawet złamane - powiedział, na co ja spojrzałem na niego ze strachem, Mike natomiast z rozbawieniem. - Powinieneś iść do pielęgniarki.
- Żadnego lekarza! - powiedziałem kategorycznie i wyprostowałem się z takim impetem, że w następnym momencie skuliłem się jeszcze bardziej.
- Nie, to nie - Ethan wzruszył ramionami, po czym chwycił piłkę od kosza, wykonał wsad i wrócił truchtem. - Teraz ty - rzekł, wręczając mi przedmiot. Spojrzałem na niego z bólem. Westchnąłem. Facet jesteś, czy pizda?
Spiąłem się w sobie i potruchtałem w stronę kosza, kozłując piłkę. To jeszcze nie było takie znowuż najgorsze. Boleć zaczęło, kiedy chciałem podskoczyć. Wyciągnąłem ręce do góry i... AUUUU!!! Poczułem w żebrach ból tak silny, że nie miałem dość siły woli, by opanować ryk, który wydobył się z mojej piersi, nim na powrót się skuliłem.
- Nie potrzebujesz, ta? - zakpił Mike, kiedy oboje podbiegli i odebrali mi piłkę.
- Nie potrzebuję - upierałem się, choć ledwo mówiłem, nie wspominając o prostym staniu.
- Co ci szkodzi przejść się do piguły? - zapytał Ethan.
- Nie i już - odparłem.
- Boisz się? - powiedział Mike głosem pełnym drwiącego współczucia, pieszcząc się jak do dziecka. - Czy może uwłacza to twojej męskości?
- Zamknij się - syknąłem.
- Chris - powiedział Monroe głosem nieznoszącym sprzeciwu - idziemy.
- Coś ty taki opiekuńczy?
- Ktoś musi, skoro twoja dziewczyna nie chce cię znać - wzruszył ramionami.
Siłą zaciągnięty zostałem do gabinetu pielęgniarki. Spojrzała na mnie jak na przedszkolaka, który zrobił sobie kuku w piaskownicy i kazała zdjąć koszulkę i położyć się na kozetkę.
- Boli cię tu? - spytała, uciskając klatkę piersiową.
- Au - oznajmiłem.
- A tutaj?
- Au!
- A tu?
- AUA!!!
- Sądzę - powiedziała po chwili namysłu - że nie zawadzi zrobić prześwietlenie.
- Co?
- Prześwietlenie - powtórzyła cierpliwie. - Możesz się ubrać. Poproszę kogoś z personelu, żeby jechał z tobą do kliniki.
- Nie zgadzam się! - wykrzyknąłem. Wzdrygnąłem się z bólu. Powoli ubrałem koszulkę. - Nie jestem dzieckiem - oznajmiłem nieco spokojniej, spuszczając nogi na podłogę.
- Jesteś pod naszym nadzorem - upierała się pielęgniarka.
- Nie mogę sam? - jęknąłem prosząco.
- Nie - odpowiedziała tonem kończącym rozmowę.
Stanęło na tym, że pojechałem do kliniki z nauczycielem w-f'u - profesorem Sherry'm - gdyż pielęgniarka uparła się, że, mimo iż wypadek nie miał miejsca na jego lekcji, "to przez pana skakanie i wygłupy oni łamią karki i całe ciało po drodze". Nie było to w sumie takie straszne, gdyż Sherry jest młodym gościem i wygląda raczej na mojego brata, jeśli nie kumpla. Pojechaliśmy więc jego osobistym czarnym porszakiem prosto z Niemiec i nie powiem, żeby to było takie krzywdzące - może wyłączając fakt, że miałem uszkodzone kości i nie mogłem normalnie w nim siedzieć.
- Wszystko gra, chłopie? - zapytał nauczyciel. - Co ci się stało?
- No... Trenowaliśmy... I spadło mi się z kosza...
- Uuu... To co? Prześwietlonko, ta?
Weszliśmy do okropnie białego pomieszczenia. Ściany i podłoga były białe, nawet ludzie poubierani byli na biało. Koszmar. Do moich nozdrzy doszedł ten okropny szpitalny zapach. Mimowolnie się skrzywiłem.
W sumie nie zajęło nam to dużo czasu, więc po godzinie stałem już przed drzwiami pokoju Kat. Zapukałem cicho i wszedłem, nie czekając na zaproszenie, bo miałem spore przeczucie, że i tak by mnie nie wpuściła.
- Co zginie w ogniu? Nasz związek? - zapytałem, słysząc tekst piosenki, której słuchała, a którą było słychać wyraźnie mimo tego, iż odtwarzano ją przez słuchawki.
- Co ci jest? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, wyjmując sprzęt z uszu i wpatrując się intensywnie w mój nieosłonięty mięśniaty tors owinięty bandażem na wysokości płuc.
- Eee... Nic - machnąłem lekceważąco ręką. - Tylko mam uraz płuc i mogę do końca życia mieć spore problemy z oddychaniem. Już nigdy nie zagram w kosza...
- Co?! - Kat zerwała się na równe nogi i podbiegła do mnie z rozpaczliwą miną, jakby to siebie obwiniała o wszystko. Uwiesiła się na mojej szyi.
- Boli - stęknąłem. Odskoczyła jak oparzona.
- Przepraszam, przepraszam - jęczała. - To tylko głupia lalka, zadanie domowe, a ty przeze mnie teraz cierpisz. - Wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Okej, wybaczam - powiedziałem ciepło i pocałowałem ją w policzek. - A tak serio, to płuca mam w porządku...
- Ty gnoju! - dziewczyna uderzyła mnie w klatkę, a ja zawyłem z bólu.
- Ale żebra mam popękane! - krzyknąłem i zakląłem głośno. To podobno osłabia ból fizyczny.
- O Boże, przepraszam - Kat zatkała usta dłonią.
- Nie szkodzi - syknąłem. - To zgoda?
- Zgoda...
- Boże - powiedziałem po chwili. - Jeden dzień z plastikową lalką i tyle szkód. I ty chcesz mieć ze mną kiedyś dzieci? - zapytałem, a w myśli dodałem: powiedz "nie".
- Żartujesz? Ja bym dnia nie wytrzymała - oznajmiła z zaczepnym uśmieszkiem.
Spojrzałem jej w oczy i wyszczerzyłem białe zęby w uśmiechu.
- Co? - spytała.
- Piękna jesteś - odpowiedziałem i złożyłem pocałunek na jej ustach.
- A ty kretyn - odparła, po czym zaczęła mnie całować.

- Pan Cambell i pani Everdeen - wywołała nas nauczycielka. Minął tydzień od naszej błyskawicznej kłótni i nadszedł moment oceny naszej ciężkiej pracy.
Wyszliśmy na środek klasy. Kat trzymała na rękach Simona, który coś tam gadał w tylko sobie znanym języku. Ja taszczyłem za nią torbę z różnymi dziecięcymi cackami.
- Lalka wygląda na całą, to już jest zaliczenie - zażartowała kobieta - energiczna blondynka z wiecznym uśmiechem na twarzy. - To teraz przesłuchamy sobie nagrania z dyktafonu.
Spojrzeliśmy po sobie.
- Tak przy wszystkich? - wydusiła z siebie dziewczyna.
- Czy to jakiś problem? - nauczycielka odpowiedziała pytaniem.
- Skąd... - Katniss przecząco pokręciła głową.
- W takim razie... - pani Montez wyjęła Simona z rąk mamusi, chwilkę coś przy nim majstrowała i wyciągnęła malutką kartę, czip, czy kij wie, co to było. Włożyła urządzonko do laptopa, poklikała w klawiaturę i z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki: od słodziutkich rozmów z bobasem, poprzez nasze kłótnie o zmienianie pieluch, na migdaleniu się kończąc. Słychać też było wiele brzydkich słów. Kat zarumieniła się ze wstydu.
Kiedy nagranie się skończyło, nauczycielka odchrząknęła i rzekła:
- Na tym przykładzie widzimy wyraźnie, jak wiele stresu kosztuje opieka nad małym dzieckiem. Powiedzcie mi, czego nauczyliście się przez ten tydzień.
- Żeby uważać robiąc wsad - mruknąłem. Żebra nadal trochę bolały. Klasa się zaśmiała.
- Okej. A ty, Katniss?
- Dowiedziałam się, że nie dam rady spędzić z tym głupkiem reszty życia.
Uczniowie znów zareagowali śmiechem.
- No cóż, nie do końca o to mi chodziło, ale ufam, że wasze wnioski są głębsze. Przynajmniej twój, Katniss. Siadajcie. Co ja mam wam postawić... Niech będzie B za wulgaryzmy.
Wracając do ławki, przybiłem piątkę Kat. Może rzeczywiście moje wnioski były głębsze. Nie chciałem się jednak nad nimi zastanawiać.

Koniec ;3

czwartek, 10 lipca 2014

Lioneart: Od Nicol - CD Michaela

- Dziękuję i zapraszam ponownie - powiedziała ekspedientka.
Kiedy odeszliśmy kawałek przedrzeźniłam ją:
- Dziękuję i zapraszam ponownie - powiedziałam słodziutkim głosikiem, tak jak te kasjerki z Biedronki.
Roześmieliśmy się, a ludzie spojrzeli na nas tak dziwnie. Ale co tam.
Fajnie jest mieć przyjaciela, z którym można się pośmiać.
- Mamy Biedronkę po drodze, zajdziemy, ok? Muszę kupić kilka potrzebnych rzeczy.
- Spoko - powiedział, a po chwili dodał - mam nadzieje, że nie to co ostatnio?
- Od kiedy to sprzedają żyletki w supermarkecie, hm?
- No fakt - uśmiechnął się.
Weszliśmy do sklepu. Wzięłam ten wózek na kółkach, mimo, że zamierzałam kupić parę bułek i 7upa (ulubiony napój Niemców ^^).
Michael spojrzał na mnie dziwnie.
- Zamierzasz kupować zapas na cały tydzień?
- Hahaha. Nie. Po prostu, ten wózek bierze się po to - powiedziałam i zademonstrowałam jak jeżdżę na nim pomiędzy pólkami odpychając się nogą.
***
Doszliśmy do kasy. Kasjerka ja zwykle nie miała wydać 2 groszy reszty.
- Mogę być winna 2 grosiki? - zapytała swoim słodkim głosem.
- Taa, tylko nie przetraci pani na głupoty - wyręczył mnie Michael.
Wybuchnęłam śmiechem, a Michael spojrzał na mnie i też zaczął się śmiać. Ludzie patrzyli na nas podejrzliwie. Nie widzieli śmiejących się ludzi? Ale co tam.

< Michael? Sorki, nie mam weny, jakoś tak nudno.>

wtorek, 8 lipca 2014

Wolfind: Od Michael'a cd. Nicole

- Przejdziemy się? - zapytałem - Robi się fajnie, ciepło.
Schowała książkę do torby i westchnęła.
- Jasne. - uśmiechnęła się.
Wyciągnąłem łokieć w jej stronę.
- Madame? - spojrzałem na nią wzrokiem dżentelmena.
Zaśmiała się i odepchnęła mnie.
- Idziemy na lody? - zapytałem - Na patyku, w sensie. Albo gałkowe.
- Wiem, aż taka zboczona nie jestem...
- Ja stawiam, madame. Ile madame życzy sobie gałek?
Znów się zaśmiała.
- Dwie. Jeśli można, oczywiście.
- Można i trzy, jeśli madame zapragnie.
Zbliżyliśmy się do lodziarni. Zapłaciłem za swój deser i za deser Nicole. Ekspedientka wydała mi resztę i uśmiechnęła się serdecznie.
- Dziękuję i zapraszam ponownie.

Nicole? Dobra, nie jest to moje najlepsze opo, jedno z gorszych, nudne i bez sensu ;-;

Lioneart: Od Katniss cd. Chris

- Trudno. - prychnęłam - Masz za zostawienie dzieciaka samego.
- Nie był sam! - zaczął go bronić Ethan - Przecież my tu jesteśmy.
- Właśnie. A poza tym to co ma się stać temu bachorowi? - spytał Michael.
Westchnęłam. Bez dalszej kłótni zabrałam lalkę do siebie. Czułam jak chłopcy odprowadzają mnie wzrokiem. "Teraz to już trzeba będzie kupić kwiaty i zamówić stolik w najdroższej restauracji w mieście. Współczuję, stary" - udało mi się usłyszeć słowa Mike'a.
Dziwne. Nawet nie próbował się usprawiedliwiać. Mało mu zależy.
Gdy znalazłam się w pokoju Simon zaczął się drzeć. Jakby mi tego do szczęścia brakowało. Wcisnęłam butelkę do jamy gębowej. Dziecko jakimiś czujnikami w japie wykryło, że go karmię. Moja praca domowa zaczyna mnie wkurzać. Usadziłam dziecko na krześle, a sama położyłam się na łóżku. Wzięłam książkę ze stojącej nieopodal szafki. Ach, przeczytana. Muszę wybrać się do księgarni.
Z powodu braku książek sięgnęłam po kolorowe czasopismo. Po przeczytaniu pierwszej strony cisnęłam ją w kąt. Kogo obchodzi jakie okulary założył Justin Bieber albo dlaczego Harry z Łan Dajrekszyn chodził po domu bez koszulki?
Sięgnęłam po telefon. Jak zwykle dołączone do niego były słuchawki. Po kilku kliknięciach było słychać głos Dan'a Smith'a.



Chris? Sory, że nudno, cierpię na powakacjowybrakwenytotalny ;-;

wtorek, 1 lipca 2014

Lioneart: Od Nicole - cd Michaela

Na przerwie usiadłam pod klasą. Miałam zamiar wyjąć książkę (Droga do raju) i dowiedzieć się co stało się z Candy i gdzie jest żółty mustang shelby Sloane. Ale oczywiście plany musiały się popsuć. To wada planowania. Jak coś zaplanujesz to zawsze coś się stanie, abyś nie mogła wykonać tej czynności, którą zaplanowałaś. Uhuhu jaka filozofia. Ale wrócę do tematu. Usłyszałam wykrzyknięte przez Michaela "Hej!" (jakie zdania xd) i odwróciłam się lekko zawiedziona. Miałam zamiar przecież doczytać książkę, przez którą zżerała mnie ciekawość. Byłam w stanie rozerwać każdego, kto mi przeszkodzi. Więc to nie moja wina, że wybuchnęłam:
- Czego??
- Jezu, spokojnie, dziewczyno. Stop agresji!
- Sory. Zamierzam doczytać książkę.
- Można wiedzieć jaką? - uśmiechnął się. Tak jakoś dziwnie.
Pokazałam mu okładkę książki.
- Czytałem - powiedział dumnie.
- Nie próbuj... - zaczęłam, ale nie zdążyłam.
- Candy zostanie zamordowana, Shelby nie znajdzie matki, a Gina nie powstrzyma chłopaka od ślubu z tamtą.
Spojrzałam na niego wzrokiem zabójcy.
-Niech cię szlag trafi ! - mruknęłam.
Miałam ochotę zasadzić mu kopa... ale cóż. Nadrobi się później.

< Michael? Sorki, kompletny brak weny + pisane na szybko, bo zapomniałam o tym opowiadaniu ;-; >