sobota, 28 lutego 2015

Lioneart: Od Nicole

Po wyciskającym treningu siatkówki, wzięłam szybki prysznic i szybko przebrałam sie w luźne ciuchy. Wrzuciłam korki do mojej cudownej torby, kupionej w oficjalnym sklepie fanów Bayernu. upchnęłam tam też picie, dezodorant i ciuchy na zmianę. Wybierałam sie pograć w piłkę na boisku, w najgorszym wypadku, gdyby chłopaki mieli skład, posiedzieć na ławce i pogapić się na biegających za piłką uczniów. Szybko wypadłam z pokoju, mając nadzieję, że zdążę na wybieranie składów. Zbiegłam po schodach tak szybko jak tylko mogłam, rzucając znajomym niedbałe i niewyraźne "hej" albo "cześć". Kiedy dotarłam na boisko składy właśnie zostały wybrane.
- Choleraaa - mruknęłam niezadowolona. - Może wpuszczą mnie na drugą połowę.
Hałas rozmawiających ze sobą piłkarzy przerwał dźwięk gwizdka, oznaczającego początek meczu. W tym samym momencie wszyscy umilkli i dawało się tylko słyszeć dźwięk kopania piłki.
- Dobrze grają, co? - usłyszałam głos obok mnie.
- Yhym - mruknęłam, wpatrując się w zmagających się z przeciwnikiem chłopaków.
- Interesujesz się piłką? - padło pytanie.

(Ktoś...? Bardzo przepraszam za długość, nawet nie zrzucę tego na wenę... Lenistwo...)

Sun Shine: Od Chrisa cd. Iggy

Przez chwilę milczałem, wpatrując się w jej twarz. Nieco zirytowaną, ale śliczną jak zawsze buźkę. Spoglądała na mnie wyczekująco, a ja uśmiechnąłem się delikatnie.
- No co? Co? Może wyglądam jak dziewczyna... co ja plotę, istna paranoja, oczywiście, że zawsze wyglądałam jak dziewczyna... - Wzięła głęboki oddech. - To, że uważacie, iż wyglądam teraz niewinnie jak kilkudniowe szczenię i słodko niczym ogromny pączek z kremem, nie znaczy, że nie mogę ci przywalić!
- Nie boję się ciebie. - Wyszczerzyłem dwa rządki śnieżnobiałych ząbków.
- Dobra, ale poważnie. Przedtem wyglądałam jak... chłopczyca? Co?
- Nie. Mi się zawsze podobałaś - odparłem spokojnie.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafki, w której trzymam słodycze. Otworzyłem ją na oścież i, ułożywszy wygodnie ręce na biodrach, zlustrowałem wnętrze krytycznym wzrokiem, całkiem jak kobieta przed wieczornym wyjściem, która - jak zwykle - totalnie nie ma co na siebie włożyć. Co by tu sobie zjeść? Było kilka paczek ciastek, parę dobrych batoników i jeszcze jakieś żelki, paczka XXL. Nędza, nędza... Jutro trzeba się będzie wybrać na zakupy.
- Z kawałkami czekolady, orzechów laskowych i rodzynków, czy może Oreo? - zapytałem Iggy, nadal przyglądając się wnikliwie opakowaniom, jakbym oczekiwał, że nagle zaczną migać na nich neonowe napisy "Wybierz mnie!".
- Nie masz nic lepszego? - jęknęła. Droczyła się ze mną ewidentnie. Przewróciłem oczami.
- Może mam, ale chowam je na specjalne okazje. Czytaj: kiedy na horyzoncie nie będzie ani ciebie, ani tej szarańczy Roki.
- Poważnie? Co to takiego?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Właściwie i tak miałem zamiar uzupełnić zapasy, a niedobór glukozy osiągał stan krytyczny. Sięgnąłem w sam głąb szafki, za puste opakowania i stosy papierków.
- Świeżutkie kajmakowe babeczki - oznajmiłem, wracając na łóżko z kartonikiem opatrzonym logo pobliskiej cukierni.
- Świeżutkie powiadasz? W twoim pokoju coś może być świeże? Nawet jeśli przez chwilę na takie wygląda, to szybko przesiąknie promieniowaniem wysyłanym przez twoje niezwykle radioaktywne koszykarskie skarpety.
- Nooo ok... Może nie są tak całkowicie świeże. To chcesz je czy nie? - zapytałem, siadając obok. - Mogę zjeść je sobie sam.
- Mowa! Oczywiście, że chcę!
Dziewczyna wyrwała mi z ręki pudełko i uchyliła wieczko. Znajdowało się tam piętnaście zgrabnych babeczek z kajmakową masą, przystrojonych czekoladową posypką, całymi laskowymi orzechami i odlanymi z gorzkiej czekolady sowami wetkniętymi w krem.
- O proszę, jakie skarby ukrywa przed swą drogą przyjaciółką! - żachnęła się. Natychmiast zabrała się za ciastka, jak opasły goryl, którego głodzono przez miesiąc, a następnie ofiarowano mu skrzynkę bananów.
- Ej, może mi coś zostawisz? - zaśmiałem się.
- Jesteś bogaty, kupisz sobie nowe. - Wzruszyła ramionami, biorąc w dłoń kolejny smakołyk. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Taka słodziutka, niewinna dziewczynka, a tyle może zjeść. - Udało mi się ocalić przed jej siejącymi zagładę szczękami jedną babeczkę. Spałaszowałem ją, delektując się, gdyż podejrzewałem, że to pierwsze i ostatnie ciastko, które Iggy pozwoli mi skonsumować.
- NIE JESTEM słodka i niewinna - warknęła, posyłając mi spojrzenie wściekłego american terriera. - Nie jestem jak te wszystkie pindzie, Cambell. Zapamiętaj.
- Okej, okej. - Uniosłem ręce. - Jesteś buntowniczką, jesteś zła, a pfe, niedobra.
Naszą wymianę zdań, być może na szczęście, przerwało pukanie, żeby nie powiedzieć uderzanie, w moje drzwi. Usłyszeliśmy cichy jęk naciskanej klamki, nim w ogóle zaprosiłem tajemniczego gościa do środka. Tak... Nie ma to jak kultura osobista.
- Joł, Chris, lecimy pograć w kosza? Uuu... a co to za lalunia? - Do mojego pokoju wparadował Mike i stanął jak wryty. Ethan zatrzymał się zaraz za nim.
- To ja, głąby! Iggy! - warknęła dziewczyna ze zniecierpliwieniem, odwracając się w ich stronę. Michael zagwizdał z uznaniem.
- No, no... To dobrze, że to tylko ty - powiedział.
- Wiesz, już myśleliśmy, że Chris zdradza biedną Kat - dopowiedział Ethan. - Wtedy niestety musielibyśmy...
- ...powiedzieć jej wszystko - dokończyli chórem.
- To lecimy? - spytał Monroe.
- Nie chcę rujnować wam wielkich planów - odezwała się Iggele, sięgając do kartonu - ale leje jak z cebra.
- Sherry obiecał nas wpuścić na dużą halę - oznajmił Mike.
- Na dużą? Trzy osoby? Po co? - Iggy spojrzała na nas zdziwiona.
- Dla swagu!
Ślicznotka przewróciła oczami. Widać było jednak, że powstrzymuje uśmiech. Lubi mnie. Na sto procent mnie lubi. Bo kto nie lubi?
- To co, śliczna? Widzimy się później? - odwróciłem się do niej, szukając już w stercie wszystkiego butów do koszykówki i krótkich spodenek.

Iggy? :3

piątek, 27 lutego 2015

Wolfind: Od Michael'a

Biegłem spóźniony do szkoły, pośpieszał mnie nieprzyjemny deszcz i świadomość, że zaczęła się lekcja angielskiego. Jednak fakt, że po niej były dwie matematyki, nie pocieszał mnie. Coraz szybciej, zręcznie omijając wystające kamienie i nierówności biegłem ku budynkowi szkoły. Byłem już cały przemoczony. Mogłem jednak zapiąć kurtkę, a teraz czułem, że mam już mokrą nawet bieliznę. Nie ma to jak spóźniać się codziennie, już od pierwszego tygodnia szkoły. Na szczęście ten tydzień już się kończył.
Kiedy wpadłem zdyszany do klasy, nauczycielka chciała zabić mnie wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Powoli usiadłem na jedyne wolne miejsce. Dostrzegłem kilku nowych uczniów, ale i znane twarze. Ethan klepnął mnie w plecy.
- Dzisiaj trening, stary! - wytarł rękę o spodnie. - Jesteś mokry...
Wypakowałem książki.
- Przecież wiem. Nie widziałeś jak leje?
Chłopak spojrzał przez okno i pokiwał głową. Później uciszyła nas nauczycielka.
***
Po lekcjach wyszedłem na dwór i usiadłem na ławce. Była mokra, więc usiadłem na kurtce. Na szczęście już nie padało. Trzeba w pełni nacieszyć się weekendem. Trzeba wyciągnąć kogoś na pizzę. Ok, pierwszy znajomy, który przejdzie obok mnie...
- Hej, dasz się zaprosić na pizzę? - zawołałem.
Ojej, brzmiało jak tani podryw.

Ktoś? Przepraszam, że nudne i bez sensu, obiecuję poprawę.

Uwaga

Witajcie!
Przejrzałam wszystkie moje "uwagi" i załamałam się ilością rzeczy, które miałam tu zrobić, a nie zrobiłam. Trudno.

Generalnie coś mnie tknęło, żeby sprawdzić stan naszej reprezentacji. Mamy wolną pozycję w drużynie siatkówki (co się rzadko zdarza i pewnie zaraz ktoś wskoczy w lukę) i dwie w drużynie koszykówki (to akurat żadna nowość). Kiedy będziemy mieć pełne składy, pomyślę, jak zorganizować zawody (międzyszkolne, rejonowe, stanowe, a potem nawet krajowe), by było ciekawie, niebanalnie i jeszcze jakieś punkty się nazbierały.

Mamy w szkole dużo dziewcząt, które ewidentnie nie mają co robić, toteż nareszcie rusza drużyna cheerleaderek. Mogą należeć do niej dziewczęta z każdego profilu i klasy, które nie są w drużynie siatkówki. Powód jest prosty - czas. Jeżeli drużyna ma zdobywać puchary, a cheerleaderki skutecznie dopingować, muszą poświęcać wolne chwile na treningi. Często ich godziny mogą ze sobą kolidować, dlatego albo to, albo to.

Teraz dwie rzeczy, które nie wiem, czy zauważyliście. Po pierwsze nie jest już obowiązkowe posiadanie pracy, więc jeśli ktoś chce zrezygnować, niech da znać. Po drugie dodałam coś ciekawego do zakładki zadania. Można przejrzeć, zrobić... Czy coś.

Dużo rzeczy muszę jeszcze ogarnąć, miałam tyle rzeczy zrobić, a nie zrobiłam nic. Może jakaś szkolna kapela, może fakultety, może... coś jeszcze innego. Piszcie w komentarzach, co byście tu widzieli, a ja idę uaktualniać zakładkę "Tereny" żeby zdążyć przed koncertem. Może wkrótce poproszę was o aktualizację formularzy, gdyż je też zmienię. Tymczasem lecę dalej.

Liv.

czwartek, 26 lutego 2015

Wolfind: od Iggy do Chris'a

Zimowy deszcz zacinał i nieprzyjemnie mroził czubki palców. Ale, cóż, gdy nie wyznaje się noszenia rękawiczek. Powinnam chyba to jednak rozważyć, biorąc pod uwagę poziom ich zmrożenia i odcień fioletu, w jakim były.
Zmierzałam właśnie do fryzjera, żeby zmienić kolor włosów, ponieważ żadne zimowe ubrania nie pasowały do obecnej krwistej czerwieni, jaką nosiłam, a nie będę raczej kupować ekstra drogich czerwonych botków za pensję pomocnicy w salonie fryzjerskim. Poza tym miałam odrosty, spod czerwieni wystawał oryginalny mój kolor, czyli niebyt ciekawy, według mnie przynajmniej, brąz. Wyglądało to jak jakieś żałosne ombre, bo moje wcześniejsze kolory (fiolet, błękit, blond i róż) dawno zniknęły z powierzchni włosów. A właśnie, może by tak ombre. Albo jakiś fajny rudy. Albo ponętna, krucza czerń. No nic, ewentualnie Rebecka mi coś doradzi.
Weszłam do ciepłego wnętrza zakładu fryzjerskiego. Moja szefowa akurat nie miała klientów i czytała gazetę.
-Ach. Iggy, to ty.-uśmiechnęła się.-Widzę na twej głowie fatalne odrosty i wnioskuję, iż chcesz się ich pozbyć. Jaki kolorek?
-Właśnie nie wiem, doradź coś.
-Hm... na tę pogodę i do tego typu ubrań zalecałabym coś ciemnego. Czerń lub brąz. Do tego fale lub loki.
-OK, zaufam twojemu gustowi.
Siadłam na fotelu, zacisnęłam oczy i pozwoliłam sztuce dochodzić do głosu.
Kiedy Rebecka pozwoliła mi otworzyć oczy, myślałam, że padnę trupem.


Zaczęłam piszczeć. No wiem, no wiem, nie w moim stylu, ale jeśli chodzi o włosy, uruchamiają się we mnie te dzikie, kobiece instynkty. Mniej więcej te same, które posiadają te solarki, które tak licznie oblegają naszą zacną akademię.
-Widzisz, bez tych zwariowanych kolorów wyglądasz jak zwykła, ładna dziewczyna.
-Przecież to mój naturalny kolor, nie żadna farba!-wydarłam się.
-OK, przyznam się bez bicia. Nie nakładałam ci farby, tylko swego rodzaju zmywacz, który kosztował mnie majątek, ale efekt jest bardzo ładny. Bez tych wszystkich farb już nie masz włosów jak siano.
Dotknęłam dłonią wijących się pukli. Faktycznie, były aksamitne, nie drapiące i niemiłe w dotyku. Przeczesałam je palcami.
-Rzeczywiście są bardzo miłe...
-I nie razisz jak odblask na kilometr.-stwierdziła trzeźwo Rebecka.-Wyglądasz bardzo delikatnie, jak... dziewczyna.
-A co to miało właściwie oznaczać!?-poderwałam się z miejsca i stanęłam naprzeciw kobiety-Że niby z inną fryzurą nie wyglądam jak dziewczyna!?
-Nie, nie to miałam na myśli... Iggy, zrozum, jesteś wspaniała, tylko sobie wmawiasz, że jesteś buntowniczką. Pamiętasz, jak wybroniłaś się w sądzie? Ja bym nie wpadła na takie argumenty. Jesteś świetną dziewczyną, a w tej farbie wyglądasz jak dziewucha. Chciałam, żeby to, co masz w środku zobaczyli ludzie. Nie jestem ślepa, Iggy. Widzę, jak cmokają z niezadowoleniem, jak idziesz taka, w dresie, z czerwonymi włosami, ze słuchawkami w uszach. Teraz jesteś prześliczna.
Odebrało mi mowę.
-Ty nie wiesz, jaka ja jestem. I nie obchodzi mnie opinia innych ludzi.
W biegu chwyciłam płaszcz i wybiegłam z salony. Próbowała mnie wołać, ale jej nie słuchałam. Najgorsze było dla mnie właśnie to, że się z nią zgadzałam. Bardzo się sobie podobałam w tym brązie, a w odbiciach sklepowych witryn, tylko się o tym przekonywałam. Zwłaszcza, że na zimę nie nosiłam gorącej kurtki, tylko płaszczyk nad kolana i botki. I w brązie wyglądałam znacznie gustowniej i bardziej dziewczęco, niż z tą czerwienią. Warknęłam sama na siebie i szybkim krokiem poszłam w stronę do akademików. Nie do Wolfind jednak, a do Sun Shine, na piętro męskie. Wparowałam do pokoju z numerem 69(przypadek, że tam mieszka akurat on? Nie sądzę) i urządziłam dziką awanturę:
-Co ona sobie myśli!? Jak dziewucha!? żart i satyra!
-Ekhm... czy mógłbym poznać twoje imię i powód, dla którego wstępujesz bezwstydnie do mojego pokoju i robisz w nim raban?-zapytał mój przyjaciel Chris, przeglądający smartfon, leżąc na łóżku.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie poznaje mnie!?
-Stary, ty tak na serio? Poważnie, nie poznajesz mnie?
-Ee...-nagle otworzył szerzej oczy-IGGY!? Wow... pewnie mi nie uwierzysz, ale w brązie wyglądasz jak dziewczyna... Wow.
-Kolejny!?-wykrzyknęłam poirytowanym tonem-Poważnie, przed zmianą koloru wyglądałam jak facet!?
-Nie, ale też... nie jak dziewczyna.
Wybudził się z pierwszego szoku i ponownie był tym złośliwym, zboczonym, podrywaczem Christopherem Cambellem.
Prychnęłam z dezaprobatą i siadłam ciężko obok niego. Nie zdejmując butów, wciągnęłam nogi na materac.
-Ej, podziurawisz tymi szpilami.-powiedział z pretensją w głosie.
-Na pewno i tak jest już dziurawy od twoich wygazowań.
-Pff... wyglądasz jak dziewczyna, ale jak dziewczyna się nie zachowujesz.-udał nadąsanego, co jednak mu kiepsko szło(profil aktorski, ta?). Odetchnęłam śmierdzącym powietrzem chłopięcej sypialni.
-Sprzątasz tu w ogóle? Założę się, że gdybym poszukała w tym bajzlu znalazłabym mandarynki z zeszłych świąt.
-Wolę określenie feng shui.
Parsknęłam śmiechem, po czym spytałam, już poważnie:
-Serio przed usunięciem farby nie wyglądałam jak dziewczyna?
-Masz szesnaście lat i kompleksy odnośnie wyglądu, opowiedz mi o tym.
-Ej, ja pytam poważnie. Czy z farbą wyglądałam nie-dziewczęco?
-Zara, zara, zara, to to nie jest farba!?-zdziwił się.
-Nie, to mój naturalny kolor. Rebecka zmyła wszystkie farby, bez mojej zgody.
-Wow.
-Odpowiesz mi na pytanie, Cambell, czy nie?-spytałam rozdrażniona. Ależ on elokwentny... wowowowowowow, jak jakiś pie*rzony pieseł.

Chris? :)

Wolfind: Od Amberly CD Hiro

Rzuciłam dziewczynie krytyczne spojrzenie zaczynając od głowy, kończąc na butach... Kurde. Spojrzałam na swoje znoszone baleriny. Może wydawać się to dziwne, ale ubolewałam nad tym, że dziewczyna prezentuje się lepiej ode mnie.
- Amberly - oznajmiłam starając się brzmieć wyniośle. Byłam dumna ze swojego imienia. Brzmiało wręcz... Królewsko. Choć nie byłam pewna czy nie uważam tak, ponieważ mam dość wysoką samoocenę. - A ty?
- Hiro - przedstawiła się.
Wtedy dotarło do mnie, że stoję na środku ulicy z czerwoną plamą na brzuchu i to jeszcze w towarzystwie niebieskowłosej dziewczyny.
- Muszę już iść - rzuciłam i ruszyłam w stronę szkoły starając się zakryć jak największą część plamy.
- Y... Potrzebujesz pomocy? - zapytała Hiro niepewnie starając się nadążyć za mną. Teraz się cieszyłam, że zamieniłam czarne szpilki na wygodne baleriny.
- Nie - warknęłam.
Dziewczyna westchnęła i najwyraźniej uznała, że nie ma sensu mnie gonić, bo stukot obcasów ucichł.
Wparowałam do swojego pokoju i natychmiast się przebrałam. Czerwona plama na jasnoniebieskim podkoszulku. To chyba nie ma prawa zejść. Wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam koszulkę.
Położyłam się na łóżku i wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer do Celeste.
~Halo? Amberly? Co u ciebie? - na głos przyjaciółki uśmiechnęłam się szeroko.
- Cześć, Cel. Masakra. Byłam dzisiaj na mieście. Sklepy są świetne i w ogóle, ale oczywiście jakaś nieogarnięta laska musiała we mnie wejść ze swoim wściekle czerwonym napojem...
Usłyszałam westchnięcie.
~Nie gadaj...
- Bluzkę szlag trafił...
~Jejku, przepraszam cię strasznie, Amberly, ale...
I tutaj się rozłączyła. No tak. Mogłam się tego spodziewać. Celeste jest bardzo popularną dziewczyną w szkole. Kiedy wyjechałam prawdopodobnie nie miała problemu, żeby znaleźć nową przyjaciółkę. To bolało. Tak, mnie to bolało. Byłam z nią bardzo związana. Wszystko robiłyśmy razem. A teraz... Spojrzałam na zegarek. Kolacja za pięć minut. Zwlekłam się z łóżka. Nawet nie byłam głodna ale kto wie... Może tu mają takie zasady, że trzeba stawiać się na śniadanie, obiad i kolację. Co jak co, ale nie chciałabym podpaść nauczycielom w pierwszym dniu mojego pobytu tutaj. Pewnym krokiem weszłam na stołówkę. Podeszłam po jedzenie, po czym rozpoczęłam poszukiwania stolika. O dziwo - znalazł się jeden. No... Prawie wolny. Siedziała przy nim moja znajoma - Hiro. Rozglądnęłam się, ale nie zobaczyłam w pobliżu żadnego wolnego miejsca. Wolnym krokiem ruszyłam więc w stronę stolika.
- Hej - mruknęłam.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie wyraźnie zaskoczona.
- Cześć...? - odpowiedziała niepewnie.
Westchnęłam.
- Można się dosiąść? - zapytałam... Nie powiem, że uprzejmie.


Hiro? Stworzyłam plastikowego potwora. Jak ci się podoba? xd

wtorek, 24 lutego 2015

Clevouse: Od Hiro cd. Amberly

Grudzień w LA to chyba najbardziej BAKA* ze wszystkich miesięcy. Gdy w Japonii pada śnieg ludzie szykują się do świąt, szukając prezentów,a tu jak na zrządzenie losu pada co? DESZCZ! Widoki-szare i ponure. Ludzie- spieszący się i uciekający przed deszczem. Nawet zwierzęta pouciekały- nie że jestem ich fanką, ale jako artysta muszę mieć jakiś pierwowzór.
najchętniej nie wychodziła bym z domu, ale praca to praca, trzeba chodzić, co prawda rano sama miałam dylemat czy zakładać płaszcz przeciwdeszczowy czy też nie. Jednak się nie zdecydowałam na ni, ostatecznie ubrałam się w to



Jak zwykle w salonie, kilka naprawdę niezdecydowanych klientek, masa dziwnych spojrzeń na mnie. Co ja jestem?! ATRAKCJA TURYSTYCZNA. Nigdy nie widzieli farbowanych włosów? No naprawdę ubieram się normalnie! Oni nie wiedzą co się dzieje w Japonii, tam to dopiero jest dziwnie. Moja zmiana minęła, więc w powolnym tempie włóczyłam się po deszczu, jak zagubiona owca. Po drodze wstąpiłam jeszcze do Starbucksa, by zamówić Raspberry Blended Juice Drink, co ostatnio się stało moim nawykiem. Nie wiem czemu ale bardzo mi smakuje. Sączyła sobie nie zważając na nikogo, skupiona na swoich myślach. No i jak na mój pech wpadłam na dziewczynę rozlewając trochę napoju na jej ubranie.
- Po*ebało cię?! - dziewczyna na którą wpadłam, tak jak ja po mimo deszczowej pogody nie zamierzała chodzić z parasolką czy płaszczem, chroniącym swoje ubranie przed deszczem. dziewczyna nie zwracała uwagi na moją osobę, co nie przeszkadzało mi w pewnym stopniu bo mogłam skupić się na jej rysach, kształtach i wszystkim innym co mogło by mi posłużyć do kolejnego obrazu. Dziewczyna nagle spojrzała się na mnie i widząc mój ciekawski wzrok, skwitowała to typowym zdaniem, które często słyszę od takich typów dziewczyn.
- A ty co się gapisz, moje ubranie jest zrujnowane, a ty nawet nic nie powiesz?! Niemową jesteś?
- przepraszam że tak na na ciebie wpadłam, cóż niestety to moja wina że tak bujałam w obłokach.- powiedziała tekst, który powtarzam za każdym razem, gdy coś się stanie z mojej winy. Teraz ona mi się przyglądała. Co prawda mało mi się to podobało, ale już się po roku przyzwyczaiłam, no cóż w końcu byłam obcokrajowcem to normalne że zwracałam na siebie uwagę innych gapiów.
- Nie jesteś stąd.- prosto z mostu tego się nie spodziewałam. Atak znienacka.
- Tak.
- Więc pochodzisz ?- biorąc pod uwagę jak traktowano nas- Japończyków w Ameryce po ataku na Pearl Harbor... ale co ja plotę to było w czasie II wojny światowej, teraz Ameryka to wolny kraj.
- Z Japonii.- Skwitowałam, ale jedno mnie zastanawia... jakim prawem ona mnie tak przepytuje! Przecież ja nawet nie znam jej imienia! - A przynajmniej mogę wiedzieć jak na imię ma osoba na którą wpadłam z moim Raspberry Blended Juice Drink?

*BAKA - (z jap.) głupi
Amberly?
matko! jaki potwór xD