Przez chwilę milczałem, wpatrując się w jej twarz. Nieco zirytowaną, ale śliczną jak zawsze buźkę. Spoglądała na mnie wyczekująco, a ja uśmiechnąłem się delikatnie.
- No co? Co? Może wyglądam jak dziewczyna... co ja plotę, istna paranoja, oczywiście, że zawsze wyglądałam jak dziewczyna... - Wzięła głęboki oddech. - To, że uważacie, iż wyglądam teraz niewinnie jak kilkudniowe szczenię i słodko niczym ogromny pączek z kremem, nie znaczy, że nie mogę ci przywalić!
- Nie boję się ciebie. - Wyszczerzyłem dwa rządki śnieżnobiałych ząbków.
- Dobra, ale poważnie. Przedtem wyglądałam jak... chłopczyca? Co?
- Nie. Mi się zawsze podobałaś - odparłem spokojnie.
Wstałem z łóżka i podszedłem do szafki, w której trzymam słodycze. Otworzyłem ją na oścież i, ułożywszy wygodnie ręce na biodrach, zlustrowałem wnętrze krytycznym wzrokiem, całkiem jak kobieta przed wieczornym wyjściem, która - jak zwykle - totalnie nie ma co na siebie włożyć. Co by tu sobie zjeść? Było kilka paczek ciastek, parę dobrych batoników i jeszcze jakieś żelki, paczka XXL. Nędza, nędza... Jutro trzeba się będzie wybrać na zakupy.
- Z kawałkami czekolady, orzechów laskowych i rodzynków, czy może Oreo? - zapytałem Iggy, nadal przyglądając się wnikliwie opakowaniom, jakbym oczekiwał, że nagle zaczną migać na nich neonowe napisy "Wybierz mnie!".
- Nie masz nic lepszego? - jęknęła. Droczyła się ze mną ewidentnie. Przewróciłem oczami.
- Może mam, ale chowam je na specjalne okazje. Czytaj: kiedy na horyzoncie nie będzie ani ciebie, ani tej szarańczy Roki.
- Poważnie? Co to takiego?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Właściwie i tak miałem zamiar uzupełnić zapasy, a niedobór glukozy osiągał stan krytyczny. Sięgnąłem w sam głąb szafki, za puste opakowania i stosy papierków.
- Świeżutkie kajmakowe babeczki - oznajmiłem, wracając na łóżko z kartonikiem opatrzonym logo pobliskiej cukierni.
- Świeżutkie powiadasz? W twoim pokoju coś może być świeże? Nawet jeśli przez chwilę na takie wygląda, to szybko przesiąknie promieniowaniem wysyłanym przez twoje niezwykle radioaktywne koszykarskie skarpety.
- Nooo ok... Może nie są tak całkowicie świeże. To chcesz je czy nie? - zapytałem, siadając obok. - Mogę zjeść je sobie sam.
- Mowa! Oczywiście, że chcę!
Dziewczyna wyrwała mi z ręki pudełko i uchyliła wieczko. Znajdowało się tam piętnaście zgrabnych babeczek z kajmakową masą, przystrojonych czekoladową posypką, całymi laskowymi orzechami i odlanymi z gorzkiej czekolady sowami wetkniętymi w krem.
- O proszę, jakie skarby ukrywa przed swą drogą przyjaciółką! - żachnęła się. Natychmiast zabrała się za ciastka, jak opasły goryl, którego głodzono przez miesiąc, a następnie ofiarowano mu skrzynkę bananów.
- Ej, może mi coś zostawisz? - zaśmiałem się.
- Jesteś bogaty, kupisz sobie nowe. - Wzruszyła ramionami, biorąc w dłoń kolejny smakołyk. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Taka słodziutka, niewinna dziewczynka, a tyle może zjeść. - Udało mi się ocalić przed jej siejącymi zagładę szczękami jedną babeczkę. Spałaszowałem ją, delektując się, gdyż podejrzewałem, że to pierwsze i ostatnie ciastko, które Iggy pozwoli mi skonsumować.
- NIE JESTEM słodka i niewinna - warknęła, posyłając mi spojrzenie wściekłego american terriera. - Nie jestem jak te wszystkie pindzie, Cambell. Zapamiętaj.
- Okej, okej. - Uniosłem ręce. - Jesteś buntowniczką, jesteś zła, a pfe, niedobra.
Naszą wymianę zdań, być może na szczęście, przerwało pukanie, żeby nie powiedzieć uderzanie, w moje drzwi. Usłyszeliśmy cichy jęk naciskanej klamki, nim w ogóle zaprosiłem tajemniczego gościa do środka. Tak... Nie ma to jak kultura osobista.
- Joł, Chris, lecimy pograć w kosza? Uuu... a co to za lalunia? - Do mojego pokoju wparadował Mike i stanął jak wryty. Ethan zatrzymał się zaraz za nim.
- To ja, głąby! Iggy! - warknęła dziewczyna ze zniecierpliwieniem, odwracając się w ich stronę. Michael zagwizdał z uznaniem.
- No, no... To dobrze, że to tylko ty - powiedział.
- Wiesz, już myśleliśmy, że Chris zdradza biedną Kat - dopowiedział Ethan. - Wtedy niestety musielibyśmy...
- ...powiedzieć jej wszystko - dokończyli chórem.
- To lecimy? - spytał Monroe.
- Nie chcę rujnować wam wielkich planów - odezwała się Iggele, sięgając do kartonu - ale leje jak z cebra.
- Sherry obiecał nas wpuścić na dużą halę - oznajmił Mike.
- Na dużą? Trzy osoby? Po co? - Iggy spojrzała na nas zdziwiona.
- Dla swagu!
Ślicznotka przewróciła oczami. Widać było jednak, że powstrzymuje uśmiech. Lubi mnie. Na sto procent mnie lubi. Bo kto nie lubi?
- To co, śliczna? Widzimy się później? - odwróciłem się do niej, szukając już w stercie wszystkiego butów do koszykówki i krótkich spodenek.
Iggy? :3
"Lubi mnie. Na sto procent mnie lubi. Bo kto nie lubi?"
OdpowiedzUsuńLiv taka skromna xD świetne, odpiszę w wolnej chwili ;)
Babeczki z kajmakiem!? Ale mi głoda narobiłaś, ja cię;'D